NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Tokarczuk: Czego nas uczą zdziczałe psy? Drukuj
Olga Tokarczuk   
25.01.2011
Ludzie niestrudzenie poszukują powodów, dla których podróżują, jakby podróż musiała zostać racjonalnie wytłumaczona i umotywowana. Zwykle jedziemy  d o k ą d ś  i mamy tam coś do  z r o b i e n i a. Ten powód musi być rozsądny: zobaczyć, doświadczyć, załatwić, kupić, wyjaśnić, odnaleźć, prześledzić, podążać tropem, sprawdzić. 

  

pies.jpgCoraz więcej z nas ma pokusę, żeby swoją podróż opisać. Gdy to sobie już postanowimy, podróż przemienia się w misję, a nawet najbardziej chaotyczna trasa staje się pielgrzymką. Wymyślenie tematu podroży jest zadaniem trudnym: najgorsze, co mogłoby nas spotkać, to drugi człowiek, który pisze o tym samym. To pewne, że minęły czasy wypraw w poszukiwaniu źródeł rzek czy zaginionych plemion. Powoli wyczerpuje się także idea podróży do własnych korzeni czy ekspedycji do muzeów, która tak znacząco wpływała na esej podróżny przed czasami Internetu. Unus Mundus, w jakim znaleźliśmy się po aksamitnej rewolucji informacyjnej, wymusza na nas tematy globalne, a nowa wrażliwość domaga się wyjścia poza niewyobrażalnie wielkie ludzkie ego. 

  

Jean Rolin, francuski pisarz i dziennikarz, znalazł taki szczególny temat – feral dogs. Przymiotnik feral oznacza po angielsku po prostu - zdziczały. Autor często używa tego słowa, biorąc je na dodatek w cudzysłów, co dla polskiego czytelnika staje się punktem wyjścia niezamierzonej przez autora gry językowej. Pies, który został wyrzucony poza granice cywilizacji i pozostaje poza ludzkim wpływem i opieką, staje się  f e r a l n y  - pechowy i nieszczęśliwy.

  

Trudno jest pisać o losie takich zwierząt, nie popadając przy tym w sentymentalizm albo, przeciwnie, w opisy okrucieństwa. Rolin znajduje dla swojej opowieści język szczególny i oryginalny. Jego opowieść wytycza sobie miejsce gdzieś między reportażem a wypracowanym literacko dziennikiem podroży. Narratorowi Rolina, niespokojnemu duchowi i jednocześnie refleksyjnemu obserwatorowi, udaje się znaleźć bardzo indywidualną perspektywę. Z uporem ignoruje to, co widzi zwyczajny podróżnik i jego przewodniki, sięga zaś tam, gdzie ów nigdy się nie zapędzi – na marginesy cywilizacji, pod podszewkę rzeczywistości znanej z telewizji. Rolin zagląda tam, gdzie nie chcemy patrzeć, a gdy już spojrzymy – nie chcemy widzieć. Ma bystre oko, trochę straceńczą odwagę i niezmordowaną czujność. Na dodatek zachowuje ironiczny dystans zarówno wobec tego, co opisuje, jak i do samego siebie. Nie odsłania pochopnie własnych uczuć ani nie ulega pokusie szybkich sądów. Jest zimnokrwisty, bywa sarkastyczny. Ale pod tym wszystkim - nie mamy co do tego wątpliwości - jest czuły i głęboko przejmuje się losem bohaterów tej książki. 

  

Nie waha się także opisywać swoich reporterskich porażek. Nieudane wyprawy  też stają się tematem – i to jakim! Melancholijny opis wyprawy z australijskimi strażnikami, którzy pełni rezygnacji prowadzą śmiertelną wojnę ze zdziczałymi psami dingo (przywiezionymi niegdyś do Australii przez ich przodków) daleki jest od relacji w stylu Ernesta Hemingwaya. Tutaj myśliwych obsesyjnie pilnujących zwyczajnej siatki rozciągniętej wzdłuż kontynentu przygniata poczucie absurdu i bezradności.  

  

Rolin konsekwentnie i bez pośpiechu buduje swoją tezę: bezdomny pies jest polityczny. Psy pozbawione praw i tylko rzadko pozostające pod opieką starszych pań lub skromnych lokalnych inicjatyw, są przedmiotami politycznych gier i szybko stają się ich ofiarami. Dzieje się tak zarówno wtedy, kiedy rozpętują się wielkie konflikty zbrojne, jak i w czasach pokoju. Tam, gdzie rozpada się społeczna zgoda obok ofiar ludzkich nieomal natychmiast pojawia się przez nikogo nie komentowana, bezgłośna hekatomba ofiar zwierzęcych. Od Tanzanii, Rwandy, Bangkoku po Kair, Santiago i Moskwę, jesteśmy świadkami, jak niepokoje ludzkie przekładają się na konkretną sytuację zwierząt.

  

Autor zauważa następującą prawidłowość: bez względu na to, czy nowa władza pochodzi z puczu, przewrotu, niedemokratycznych bądź demokratycznych wyborów, często zaczyna ustanawianie porządku od generalnej rozprawy z plagą bezdomnych psów. Każdy projekt sanacji wcześniej czy później sięga po ten argument - jakby stada porzuconych zwierząt stanowiły archetypowe zagrożenie dla ludzkiego porządku, a wymordowanie bezpańskich psów było aktem założycielskim nowego społeczeństwa. 

  

Tak właśnie stało się w przypadku reformatorskich działań Atatürka - jednym z pierwszych kroków do unowocześnienia Turcji było wywiezienie ze Stambułu wszystkich bezpańskich psów na malutką wysepkę i pozostawienia tych tysięcy feralnych (tym razem to słowo jest jak na jbardziej na miejscu) zwierząt bez wody, na śmierć w męczarniach. Rolin przypomina również o partyzantach Złotego Szlaku, mordujących przez powieszenie bezdomne psy oskarżone o trockizm, a także o krucjacie przeciwko psom, jaką zorganizowano w Rumunii za rządów Nicolae Ceausescu. I wreszcie przywraca nam pamięć o tym, co dzieje się za kulisami takich cywilizowanych przedsięwzięć jak wielkie imprezy sportowe: o wielkiej akcji oczyszczania Moskwy poprzedzającej igrzyska w 1980 r., powtórzonej niedawno przy okazji szumnie świętowanej olimpiady w Atenach, za co powinniśmy się długo jeszcze wstydzić. 

  

Bezdomny pies staje się też u Rolina głównym bohaterem subtelnej analizy włóczęgostwa i dowodem na to, jak blisko w tym fenomenie pra-podróży  sąsiadują oba gatunki: Homo sapiens i Canis lupus familiaris. Wydumane różnice, którymi pierwszy z nich tak zaciekle odgradza się od reszty gatunków, okazują się umowne. Międzygatunkowy mur kruszeje na marginesach ludzkiego społeczeństwa, gdzie bezpańskie psy przynależą nieodłącznie do świata biedy i, razem z wieloma innymi istotami, w tym człowiekiem, znajdują się poza granicami dobrodziejstw cywilizacji. Etolodzy badający zachowania bezdomnych psów twierdzą, że wiele z nich to „subtelni psychologowie”, potrafiący bezbłędnie wypatrzeć w tłumie jednostki najbardziej podatne na rozczulenie, a co się z tym wiąże –   litościwe. Często są nimi dzieci lub osoby starsze.

  

Podając przykład Wielkiej Moskwy, jednej z największych aglomeracji na świecie, Rolin pokazuje, jak bardzo przemiany polityczne i społeczne wpłynęły na sytuację bezpańskich psów, które nawiązały trwałe więzi ze zwiększającą się populacją żebraków i bezdomnych, ale też stały się beneficjentami wzrostu poziomu życia. Wprawdzie ubodzy ubożeją jeszcze bardziej, ale za to śmietniki bogatych są coraz lepiej zaopatrzone. Nowo powstałe środowiska życia zamieszkują odmienne grupy psów. Najbardziej wynędzniałe są te z terenów poprzemysłowych, a żyjące w okolicach pól golfowych o wiele lepiej wyglądają i dzielnie trwają - nawet te najdelikatniejsze.

  

Bezdomny pies może być najlepszym pretekstem do wielkiej podroży dookoła świata. Książka zaczyna się i kończy w tym samym miejscu – w Aszchabadzie, stolicy Turkmenistanu, gdzie autor ma nadzieję znaleźć potomków pierwszych udomowionych psów. Pies jako motyw przewodni prowadzi nas tam, gdzie nie ma do zwiedzania żadnych kościołów ani muzeów, plaż z dyskotekami ani bulwarów z butikami. Są za to wysypiska śmieci, slumsy, puste place po bazarach, wykopy budowlane i bocznice kolejowe. Właśnie z tą częścią świata wchodzimy u Rolina w komitywę. Ulice, gdzie „nocą psy mają szczególne zadanie polegające na tym, że opiekują się ludźmi samotnymi, a zwłaszcza pijakami; odprowadzają ich do domu, nie oczekując niczego w zamian”, jak żartuje autor, stają się bliższe sercu niż modne deptaki.  

  

Ten nowy dla ewentualnego turysty punkt widzenia zachęca, by przyjąć zupełnie inną perspektywę – z turysty stać się włóczęgą, zamienić się w psa i odtąd poruszać się niespiesznie, chaotycznie, wracać w te same miejsca, obwąchiwać detale, obsikiwać słupki i odpoczywać bez powodu, a potem nagle zerwać się na nogi i popędzić w kierunku, który właśnie przyszedł nam do głowy. Wyrwać się z utartego porządku życia zachodniego człowieka, przyjąć proste nauki „feralnych psów”, które „doceniają spokój parków i skwerów, kochają defilować, zwłaszcza z okazji Gloria Navales, oczywiście, jeśli ich uprzednio nie otruto i w ogóle lubią galopować po ulicach bez żadnego celu”.  

  

Ta świetnie napisana i czuła książka, poświęcona psim kloszardom świata, szkicuje oblicze innej rzeczywistości, podrzędnej i marginalizowanej, ale  trwającej obok ludzkiej w złożonej zależności, w którą uwikłanych jest wielu z nas. 

  

W mojej rodzinie istnieje taka opowieść: Dziadkowie mieli psa, dużego, mocnego i tego dnia na początku 1946 r., kiedy mieli opuszczać swoje domy z niewielką częścią dobytku, nie pozwolono im zabrać go do pociągu, który miał zawieźć ich na Ziemie Zachodnie. Tylko to zdarzenie z całej repatriacji zapamiętał mój ojciec, wtedy dziesięcioletni. Rozpacz po utracie psa. Pies został na straży opuszczonego domu, porzucony, stając się w naszej wspólnej pamięci z roku na rok coraz bardziej zmitologizowaną i bolesną figurą, w której zlewały się ze sobą w jedno poczucie winy, gniew i bezradność.

  

 — 

Jean Rolin, I ktoś rzucił za nim zdechłego psa, przeł. Wiktor Dłuski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec

 

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 25 stycznia 2011.

  

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 25.01.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.01947 Seconds