NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Majmurek: Kino 2010. Podsumowanie (2) Drukuj
Jakub Majmurek   
29.12.2010

fot. all-free-download.comJak wyglądał ten rok z perspektywy widza mieszkającego w Polsce? Nie najgorzej, pod warunkiem, że widz mieszkał w dużym mieście i miał okazję uczestniczyć w licznych filmowych festiwalach, przeglądach itd. W tym roku znów umocnił się podział na dwa obiegi filmowe: festiwalowy i normalnej dystrybucji. Nie są one zupełnie rozłączne, obrazy z pierwszego przenikają czasem do drugiego. Choć w tym drugim także nie brakuje filmów ważnych, ciekawych wybitnych, choć staje się on coraz bardziej różnorodny, uwzględniając także (przynajmniej w sieciach kin studyjnych) kino spoza euroamerykańskiego kręgu kulturowego; to widz, który chce mieć szerszy, bardziej pełny obraz tego, co dzieje się w kinie światowym, nie może ograniczać się tylko do filmów na co dzień pokazywanych w kinach przez naszych dystrybutorów.

  

Najciekawsze filmy można było w tym roku zobaczyć właśnie na festiwalach: Wkraczając w pustkę Gaspara Noe, Cztery razy Michealangelo Framartino, Refreny powracają jak rewolucje w piosence Johna Torresa, Hedewijch Bruno Dumonta (Era Nowe Horyzonty), Somwhere Sofii Coppolli (Camerimage), Imperialiści są wśród nas Zeiny Durry (Warszawski Festiwal Filmowy), Porno od 9 do 5 Jensa Hoffmana, Dawno temu w Chinach Xianlao Guo (Planet Doc Review) – o większości z nich pisałem na witrynie Krytyki Politycznej. Oprócz tych wielkich imprez na uwagę zasługują także mniejsze przeglądy, często poświęcone prezentacji kinematografii z wybranych regionów słabo znanym polskim kinomanom, skąd nieczęsto trafiają do nas filmy. W listopadzie tego roku mieliśmy aż dwa bardzo interesujące przeglądy tego rodzaju: Festiwal Pięciu Smaków poświęcony prezentacji kina z Azji (głównie Południowo-Wschodniej), oraz Festiwal Filmów Świata Ale kino!, od kilku lat przedstawiający widzom kino spoza europejskiego i północnoamerykańskiego kręgu kulturowego.

  

Na pierwszych z tych przeglądów można było zapoznać się z dwoma rewelacyjnymi debiutami – singapurskim Tutaj Ho Tsu Nyena, oraz filipińską Konfrontacją Pepe Diokno. Pierwszy film ma strukturę pętli, cały utrzymany jest w onirycznym klimacie, nie wiemy co dzieje się naprawdę, a co jest halucynacją chorego psychicznie bohatera. Bohater, słysząc dziwne głosy z telewizora morduje swoją żonę, po czym trafia do szpitala dla psychicznie chorych. Tam, pacjenci poddawani są wideoterapii, w ramach której ponownie odtwarzają najbardziej traumatyczne wydarzenia ze swojego życia, ale tak, by wymazać ich traumatyczny wymiar, by je oswoić. Oglądając rozgrywające się w inny sposób (na przykład bohater filmu odgrywa scenę, w której w rzeczywistości zabił żonę, tym razem jednak nie dochodzi do morderstwa) sceny z własnej przeszłości (w towarzystwie wszystkich pacjentów szpitala), pacjenci są wzywani na pozycje „normalnych”, „zdrowych podmiotów”. Jednak ta interpelacja się nie udaje, w ostatniej scenie bohater wraca – jak sądzimy wyleczony – do domu, gdzie czeka na niego żona, którą on raz jeszcze – słysząc znów te same dziwne głosy dochodzące z telewizora – zabija. Film Nyena pełen jest teoretycznych (cały proces wideoterapii odwołuje się przecież do tak ważnych dla wielu teoretyków kina procesów identyfikacji i projekcji zachodzących na kinowej sali), filozoficznych i politycznych kontekstów. Łatwo można go czytać jako alegorię współczesnego społeczeństwa zarządzanego i pacyfikowanego przez spektakl, oraz różne dyskursy i praktyki terapeutyczne. W Singapurze, jak mówił reżyser podczas spotkania z widzami, został on odebrany jako bardzo bieżąca wypowiedź przeciw rządzącej partii, której funkcjonariusze – podobnie jak personel szpitala – ubierają się na biało. 

  

Mocnym kinem politycznym jest też Konfrontacja. To dzień z życia mężczyzny żyjącego w slumsie jednego z filipińskich miast, na którym ciąży wyrok wydany przez szwadrony śmierci, terroryzujące miasto, za zgodą i wiedzą jego władz. Chłopak usiłuje zebrać pieniądze na wyjazd razem ze swoją dziewczyną do Manili (gdzie mieszka jego matka): pożycza od każdego znajomego dysponującego gotówką, sprzedaje wszystko, co ma wartościowego (rewolwer, narkotyki, jakie kradnie swojemu uzależnionemu ojcu), przy okazji starając się unikać także dybiących na jego życie członków konkurencyjnego gangu. Tak jak większość kina z Filipin film Diokno kręcony jest tanią kamerą, z ręki, bez sztucznego oświetlenia, obraz trzęsie się, drży, często na ekranie widać tylko niewyraźne kontury, powidoki ruchów postaci i kształtów. Ale taki filmowy obraz idealnie pasuje do tematu, doskonale oddaje sytuację bohatera, w którą od razu wrzucony zostaje widz. Kino filipińskie jest dziś jednym z najdynamiczniej rozwijających się w Azji, coraz mocniej wchodzi do światowego obiegu festiwalowego i warto śledzić uważnie, co się w nim dzieje. 

  

Z kolei na festiwalu Filmy Świata można było zapoznać się z fascynującym kinem politycznym z Ameryki Południowej. Warto poszukać zwłaszcza dwóch tytułów: chilijskiego Post Mortem Pablo Larraina i meksykańskiego Roku przestępnego Michaela Rowa. Pierwszy to obraz zamachu stanu Pinocheta widziany z punktu widzenia urzędnika (pisarza) w głównej kostnicy w Santiago, biorącego udział w sekcji zwłok Salvadora Allende. Film doskonale pokazuje, w jaki sposób faszyzm rodzi się na poziomie ekonomii pragnienia pojedynczej jednostki: przeciętnego, wykształconego, kulturalnego drobnomieszczanina. Bohater filmu jest apolityczny, kocha się bez wzajemności w sąsiadce, która sympatyzuje z radykalną lewicą. Po przejęciu władzy przez juntę bohater z jednej strony konformistycznie podporządkowuje się nowym wojskowym władzom, a z drugiej ukrywa ukochaną w piwnicy jej domu, co dzień przynosząc jej jedzenie. Gdy odkrywa, że razem z nią ukrywa się tam jej kochanek, zamurowuje ich żywcem w piwnicy. Ostatnia scena filmu, gdy nieruchoma kamera przez długi czas, bez żadnego cięcia, pokazuje jak mężczyzna (opanowany, spokojny, działający z zimną metodycznością) znosi kolejne stosy ciężkich przedmiotów i zagradza nimi jedyne drzwi od piwnicy, tak, by para nigdy z niej nie wyszła, to jedna z mocniejszych rzeczy, jaką w tym roku można było zobaczyć w kinie. 

  

Z kolei Rok przestępny w całości rozgrywa się w jednym ciasnym mieszkaniu w stolicy Meksyku, gdzie mieszka młoda kobieta pochodząca ze stanu Oaxaca (z rdzennej ludności). Kobieta pracuje jako dziennikarka, nie ma etatu w żadnej redakcji, pisze na zlecenia artykuły ekonomiczne do różnych gazet, głównie hagiografie miejscowych oligarchów. Prawie nie wychodzi z domu, nie ma znajomych (z zazdrością patrzy przez okno na dwie pary – starszą i młodą – mieszkające w bloku naprzeciw), ogląda telewizję, spożywając tanie jedzenie w puszkach. Wieczorami wychodzi do klubów, w niektóre noce wraca do domu z partnerem na jedną noc. Czasem dzwoni do niej ktoś ze stron rodzinnych, wtedy opowiada jak wspaniałe ma życie, jak cudowną i kreatywną pracę, jak wielu znajomych i jak wspaniałego chłopaka. Gdyby film ograniczył się już tylko do tego, byłby rewelacyjną metaforą neoliberalizmu, przepaści między jego realiami (życie bohaterki), a jego fałszywą świadomością (to, co opowiada krewnym z głębokiej prowincji). Ale wkracza jeszcze jeden wątek, jeden z partnerów na jedną noc zostaje dłużej w życiu bohaterki, oboje wiążą się w silnie sadomasochistyczną relację. Dziewczyna chce, by jej partner zabił ją 29 lutego – tego samego dnia cztery lata temu samobójstwo popełnił jej ojciec. Ale choć jej partner godzi się na to, nie przychodzi umówionego dnia, kobieta przeżywa. Rankiem pierwszego marca zrywa kartkę kalendarza, patrzy na kartę przedstawiającą kolejny miesiąc, który będzie musiała przeżyć, a potem (za jej wzrokiem podąża kamera) na rozświetlone okno. Ale ten widok nie wywołuje w nas ulgi, ani radości, poczucia triumfu życia nad popędem śmierci. Ten obraz prowokuje jakiś niezwykły smutek – kobieta nie znajduje ucieczki w śmierci, dalej zostaje skazana na swoje życie. Film Rowe’a dostał nagrodę za debiut w Cannes, dobrze byłoby, gdyby jednak trafił do normalnej dystrybucji.

  

Na tym samym festiwalu swoją premierę miały (pokazywane później w kinach) filmy będące laureatami tegorocznych festiwali w Berlnie i Cannes:  turecki Miód Semiha Kaplanoglu oraz tajski Wujaszek Boonmee, który umie przywoływać swoje poprzednie wcielenia Architaponga Weeresethakula. Kino Turcji było w tym roku silnie obecne w Polsce: przegląd współczesnego kina Turcji i retrospektywa Zekiego Demirkubuza na Nowych Horyzontach, na Festiwalu Filmów Świata retrospektywa Kaplanoglu. Kino tureckie bardzo silnie inspiruje się europejskim modernizmem filmowym, Kaplonoglu nie jest tu wyjątkiem – jego kino jest silnie zdedramatyzowane, lubi posługiwać się długimi, statycznymi ujęciami, bardziej od akcji, czy opisu rzeczywistości interesuje go wejrzenie w głąb psychologii postaci. Taki też jest Miód, część na poły autobiograficznej trylogii o Yusufie. Z kolei Złota Palma dla Wujaszka… (który najpierw powstał jako instalacja wideo) była dla wszystkich sporym zaskoczeniem, na całym świecie krytycy piszą, że film jest na granicy zrozumiałości. Mnie – choć nie wiem, czy naprawdę go rozumiem – bardzo się podobał, jest on ciekawym wyzwaniem dla widza (choć to, co robi Weeresethakul nie jest przecież nowe, twórca ten od dawna znany jest w Polsce widzom Nowych Horyzontów), zmuszającym do zmiany modelu odbioru i sposobu patrzenia, do wyciszenia się, zrezygnowania z pretensji do rozumienia, z pragnienia rozrywki i prostych atrakcji. 

  

A jak wyglądało kino obecne w normalnej dystrybucji? Brakowało mi dobrych filmów europejskich, najciekawszym (poza pokazywanymi już w 2009 we Wrocławiu Tlenem Wyrypajewa i Plażami Agnes Agnes Vardy) był zdecydowanie Prorok Jacquesa Audiarda. Audiard pokazuje, w jaki sposób więzienie socjalizuje młodego przestępcę, z nieumiejącego się wysłowić analfabety bez tożsamości, zmieniając go pewnego siebie lidera świata przestępczego. Reżyser bardo sprytnie zastawia na widza pułapkę, poprzez filmowe konwencje zmuszając go do kibicowania zupełnie amoralnemu bohaterowi. 

  

Ciekawych przypadków do analizy (co niekoniecznie znaczy dobrych filmów) dostarczało jak zwykle kino amerykańskie. Położenie Polski na mapie światowej dystrybucji obrazów filmowych sprawia, że duża część z nich dociera do nas z pewnym przesunięciem. Te obrazy, które w Stanach trafiają do kin pod koniec danego roku, u nas wchodzą na ekrany dopiero w roku następnym. Tak było z takimi filmami jak Samotny mężczyzna Toma Forda, W chmurach Ivana Reitmana, Poważny człowiek braci Coen, czy Hurt Locker Kathryn Bigelow, które w Stanach stanowiły część filmowego roku 2009, a u nas wchodziły do kin w ciągu pierwszego półrocza roku 2010 (ten ostatni zanim wszedł do kin został już wyemitowany na antenie jednej z kodowanych telewizji i wydany na DVD). 

  

Zwycięzcą tegorocznych Oscarów był właśnie film Bigelow (nagroda za najlepszy film i reżyserię), co należy uznać za jeden z najbardziej niefortunnych werdyktów Akademii w ostatnich latach. Hurt Locker mówi o wojnie w Iraku w najbardziej ideologiczny sposób, jaki można sobie wyobrazić: zamiast szerokiego obrazu konfliktu, pokazującego jego rzeczywiste stawki, zamiast obrazu amerykańskiej okupacji, przedstawia historię „amerykańskich chłopców” próbujących pomagać cywilom (rozbrajając bomby podkładana w całym Bagdadzie przez nie wiadomo kogo), przeżyć i nie zwariować. W dodatku film jest potwornie nudny, nie jest w stanie dostarczyć nawet najprostszych, filmowych przyjemności, które na ogół kojarzymy ze spektakularnym kinem hollywoodzkim, przypomina pod względem dramaturgicznej konstrukcji raczej telenowelę dokumentalną. 

  

Ideologicznej narracji dostarcza też największy hit ubiegłego roku (co prawda wszedł na ekrany w ostatnim tygodniu grudnia, ale jego recepcja dokonywała się u nas na początku tego roku) – Avatar Jamesa Camerona. Raz jeszcze pod pozorami krytyki imperializmu, chciwości wielkich korporacji i militaryzmu mamy tu kolonialną fantazję o cywilizowanym mężczyźnie, który najpierw ma zniszczyć „dzikusów”, ale potem zostaje jednym z nich, a nawet ich przywódcą, prowadzi ich do walki przeciw swoim rodakom, w nagrodę dostaje rękę „tubylczej” księżniczki i dostęp do zabranej mu przez cywilizację pełnej, „niewykastrowanej” męskości (w Avatarze, gdzie bohater żyjąc wśród „dzikich” z inwalidy zmuszonego do poruszania się na wózku zmienia się w super silnego i szybkiego wojownika jest to pokazane na najbardziej dosłownym poziomie). To samo było w Tańczącym z wilkami, Ostatnim samuraju, różnych wersjach historii Pocahontas. I choć trudno nie wciągnąć się jako widz w film Camerona (on umie mistrzowsko zarządzać naszymi emocjami w trakcie seansu), nie zachwycić się bogactwem wykreowanego na ekranie świata, to zostaje jakieś poczucie zażenowania, że tak wielkie środki, tak wiele kreatywnej pracy poszło na wyprodukowanie czegoś aż tak głupiutkiego. 

  

Rozczarowaniem jest też niestety (dużym zwłaszcza wobec oczekiwań) Incepcja Christophera Nolana, którego Mroczny rycerz był naprawdę wielkim filmem. Choć jego najnowsze dzieło jest narracyjnym i montażowym majstersztykiem, to wizja snu jest w nim bardzo naiwna, konserwatywna, rzeczywistość snu zbyt poukładana, mechaniczna, newtonowska. W snach śnionych w Incepcji w ogóle nie ma opisanych przez Freuda mechanizmów zagęszczenia, przemieszczenia, związków rzeczowych przybierających charakter związków językowych, a nawet specjalnie pracy cenzury – film jest zupełnie nieoniryczny, przypomina raczej demo gry komputerowej.

  

Dla amerykańskiego kina to w ogóle był słabszy rok, o ile jego punkt maksimum w tej dekadzie wyznacza rok 2007, gdy powstały jednocześnie Aż poleje się krew i To nie jest kraj dla starych ludzi – jedne z najwybitniejszych krytycznych portretów Ameryki w historii kina, to ten i poprzedni są od tego maksimum bardzo daleko. Na uwagę zasługują zwłaszcza trzy filmy: wspomniane już W chmurach i Samotny mężczyzna, oraz Whatever Works (idiotycznie przetłumaczone jako Co nas kręci, co nas podnieca). Pierwszy to bardzo „baumanowski” film, doskonały portret współczesnego kapitalizmu – mężczyźnie żyjącemu z tego, że lata od miasta do miasta „przeprowadzając restrukturyzację” (czytaj: zwalniając ludzi) w różnych firmach, nagle grozi utrata dotychczasowego stanowiska i związanego z nim nomadycznego stylu życia, gdyż – dzięki nowym technologiom – jego praca ma być teraz wykonywana zza biurka, przez kamerę internetową. Samotny mężczyzna jest zaskakująco udanym transferem ze świata mody do świata filmu. Ford tworzy bardzo modernistyczny w swoim ujmowaniu homoseksualności, bardzo klasyczny narracyjnie i estetycznie film, a przy tym wydobywa z tych estetycznych kodów cały potencjał jaki mogą mieć dla homoseksualnego pragnienia, kręci swój film tak, jakby nakręcony mógł zostać w latach ’50, gdyby nie ograniczenia techniczne i obyczajowe. Z kolei najnowszy film Allena potwierdza powrót do formy (zaznaczony przez Vicky Cristina Barcelona) twórcy, który od czasu Przejrzeć Harry’ego (1997) nie nakręcił dobrego filmu.

  

A jak na tym tle wygląda kino polskie? Po dwóch świetnych, poprzednich latach wpadło w lekką zadyszkę. Znów dominowały mierne (w najlepszym wypadku warsztatowo poprawne) produkcyjniaki, głównie z naszych dwóch narodowych specjalności: kina historycznego i komedii romantycznej. Jedynym naprawdę mocnym filmem była Matka Teresa od kotów Pawła Sali, film – co symptomatyczne – przegrał w Gdyni z Różyczką – filmem uosabiającym (podobnie jak Mała Moskwa, z którą przegrały dwa lata temu 33 sceny z życia Szumowskiej) wszystko to, co jest nie tak z naszym kinem. Mocnym filmem mogłoby też być Made in Poland (ciągle krąży w obiegu festiwalowym), gdyby miało premierę jakieś 10, 11 lat temu. Film Wojcieszka i zawarta w nim krytyka polskiej rzeczywistości jest dziś zupełnie spóźniona, wygląda potwornie anachronicznie na tle tego, co w ciągu ostatnich 10 lat powiedziano w teatrze, sztukach wizualnych, literaturze, czy teorii. Ten rok nasuwa jeden wniosek: wielkim strukturalnym problemem polskiego kina jest jego niewczesność, opóźnienie wobec tego, co dzieje się w innych obszarach pola produkcji kulturowej, przetrzymywanie filmów, które nie nadążają za rzeczywistością. Tę diagnozę potwierdza to, że najciekawszy w tym roku debiutant (Sala) skończył filmówkę w połowie lat ’80. Rozbieg, jakie dwa lata temu wzięło polskie kino wyraźnie zwolnił, skoku jakościowego ciągle nie widać.

 — 
Czytaj też: Wiśniewska: Kino 2010. Podsumowanie (1)

  

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 31.12.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.19922 Seconds