|
Gombrowicz pisząc o historycznej prozie Sienkiewicza, zauważył, że jest to nie tyle polski „sen o potędze”, ile „sen o urodzie”. We współczesnym polskim kinie reżyserem najbardziej konsekwentnie śniącym ten sen jest Waldemar Krzystek. Jego najnowszy film, historia wyprowadzenia przez zarząd dolnośląskiej „Solidarności” 80 milionów związkowych pieniędzy z NBP, tuż przed stanem wojennym i zajęciem majątku związku przez władzę, potwierdza to ponad wszelką wątpliwość. Już Mała Moskwa, nagrodzony kilka lat temu w Gdyni melodramat rozgrywający się w bazie Armii Czerwonej w Legnicy, śnił ten sen i to śnił aż do dna. Polska nie była w nim słabą, znoszącą cierpienia, opiekuńczą kobietą – ale młodym, przystojnym, bardzo tradycyjnie męskim mężczyzną, oficerem, który w agonie ze swoimi sowieckim sojusznikiem/okupantem wygrywa stawkę w melodramacie najwyższą – miłość kobiety. Polska i polskość w Małej Moskwie przede wszystkim uwodzi – uwodzi główną bohaterkę, ale uwodzi też w zasadzie wszystkich przebywających w Legnicy obywateli Związku Radzieckiego, jawiąc im się jako lepszy świat, jedyny przyczółek Zachodu w „nieludzkim”, sowieckim imperium, spełnienie wszystkich ich aspiracji.
Ten sam „sen o urodzie” pojawia się telewizyjnym serialu z czasów okupacji pt. Czas honoru, przy którego wielu odcinkach Krzystek pracował. 80 milionów bardzo przypomina ten telewizyjny obraz. „Karnawał «Solidarności»” wygląda w filmie jak nowa, wojenna konspiracja, kolejna okupacja, która stawia przed młodymi Polakami zadanie „sprostania honorowi” Polaka. Tylko zamiast gestapo jest SB, MO i ZOMO; zamiast kolaboracyjnego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” – „Trybuna Ludu” i „Dziennik Telewizyjny”; a zamiast szmalcowników i folksdojczów kapusie i TW. Z czasami okupacji akcję filmu bezpośrednio łączy postać „Starego” (Mariusz Benoit), byłego Cichociemnego, bohatera II wojny światowej, oficera Kedywu. Miły starszy pan przekazuje zarządowi dolnośląskiej „Solidarności” informacje o zbliżającym się siłowym rozwiązaniu przygotowywanym przez władze PRL i prowadzi ich w konspiracyjnej walce z policją polityczną.
Obraz konspiracyjnej walki w 80 milionach, tak samo jak w Czasie honoru, ma przede wszystkim uwodzić widza, przekonać, że działalność w „Solidarności” była po prostu sexy. Stąd wartka akcja, wyraziści, charyzmatyczni bohaterowie, humor, swada – żadnej bogoojczyźnianej martyrologii. I, trzeba to Krzystkowi oddać, jego film rzeczywiście jakoś uwodzi, przynajmniej mnie. Jako filmowe widowisko, zrealizowane bardzo konwencjonalnymi, prostymi środkami, 80 milionów po prostu działa, wciąga, angażuje emocje, podoba się. W czym tkwi więc problem?
W tym, że przy okazji Krzystek całkowicie kastruje politycznie wydarzenie „Solidarności”. Spór między „Solidarnością” a władzą sprowadzony tu zostaje do zupełnie abstrakcyjnego starcia Polaków z okupacyjną władzą, która „trzyma się na pałach” i sama nie wierzy w socjalistyczne hasła, jakie głosi przez wszystkie podległe sobie środki przekazu. Nie ma tu tak naprawdę nic o samej „Solidarności”, wyjątkowym ruchu robotników przeciw robotniczemu państwa, ruchu klasy pracowniczej, która wymawia partii komunistycznej prawo do jej reprezentacji, a być może w ogóle odrzuca w swojej praktyce politykę opartą o kategorie hegemonicznej reprezentacji jak taką. 80 milionów wypłukuje „Solidarność” z jakiejkolwiek politycznej treści – nawet narodowo-katolickiej. Choć już w jednej z pierwszych scen filmu wśród strajkujących w zajezdni tramwajowej widzimy polowy ołtarz z wielkim krzyżem, a za nim księdza, to Kościół w filmie służy bohaterom wyłącznie jako schronienie, księża radzą i pomagają w różnych praktycznych kwestiach, ale Kościół nie dostarcza wcale języka do opisu politycznej sytuacji, sami główni bohaterowie wydają się być zupełnie niekościelni (zważając, że jednym z bohaterów filmu jest Józef Pinior, czy też postać oparta na Piniorze, pewnie trudno by było przedstawić ich jako takich). Cała historia z okresu 1980 – 81 sprowadza się więc filmie Krzystka do rozgrywki kilku dzielnych mężczyzn z konspiracji z kilkoma zakapiorami z policji politycznej.
Bo konspiracja jest w 80 milionach głównie męską zabawą, w filmowej „Solidarności” kobiety są zupełnie zmarginalizowane, nie przeznaczono im nawet jakiś skromnych funkcji, na miarę tych jakie, w powstaniu warszawskim pełniły łączniczki. Kobiety co najwyżej wykonują wobec bohaterów podziemia funkcje opiekuńcze, troszczą się o swoich mężczyzn, dostarczają im kryjówek, gdy ci się ukrywają itp. Dopiero w ostatniej scenie jedna z kobiet, Maria (Olga Frycz), aktywnie bierze udział w konfrontującej się z ZOMO demonstracji.
Tak, wiem, że nie od każdego filmu można oczekiwać, by podejmował historiozoficzną refleksję na miarę arcydzieł Szkoły Polskiej czy Viscontiego. I że może filmu Krzystka, przyzwoicie zrobionego kina środka nie ma się co po prostu czepiać. Też lubię takie kino, na pewno powinno być dla niego miejsce w polskiej kinematografii. Ale jednocześnie, dopóki nie powstanie w niej film, który na poważnie zastanowi się czym dla polskiej wspólnoty było tak naprawdę – politycznie, moralnie, społecznie – wydarzenie „Solidarności”, który nie podda naszej najnowszej historii, podobnej refleksji, jakiej szkoła polska poddała doświadczenie wojny i stalinizmu, filmy takie jak ten Krzystka będą mimowolnie drażnić i robić złą robotę dla naszej historycznej pamięci.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...