Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Erbel: Trzy jajka, praski antagonizm i błękitna karta Drukuj
Joanna Erbel   
22.07.2010
Kilka dni temu siedziałam ze znajomymi w winiarni na ulicy Inżynierskiej na warszawskiej Pradze. Chwilę wcześniej w pobliskim KNOTcie skończyliśmy dyskusję o pismach Henriego Lefebvra i o prawie do miasta. Początkowo wyglądało na to, że rozmowa tego dnia nie wykroczy poza teoretyczne rozważania i planowanie potencjalnych przyszłych działań, ale czasowo odległych. Jednak przestrzeń miejska częściej niż wiele innych obszarów intelektualnej refleksji sprawia, że to co intelektualnie odroczone powraca na styku ciała z materialnością miasta. Kwestia prawa do miasta pojawiła się niespodziewanie pod postacią dwóch jajek, które ktoś wyrzucił z okna kamienicy na chodnik koło naszego stolika. Szczęśliwie tylko jajka (a nie butelki), szczęśliwie nie na nas, ale obok. 

Dwa rozbite jajka silnie przypominały nam, że nasza obecność z winem, piwem, makaronem kupionymi w knajpie, na którą nie stać większości mieszkańców kamienicy, w której się ona mieści jest głęboko problematyczna. Chcąc nie chcąc ze swoimi gustami i przyjemnością picia dobrego wina jesteśmy agentami i agentkami gentryfikacji. Nasz sposób bycia w mieście był tym, co jednemu z lokalnych mieszkańców przeszkadzało. Jednak fakt, że jajka spadły nie nas, ale obok (chociaż znacznie łatwiej pewnie byłoby wystawić rękę i je spuścić prosto) uznaliśmy nie za próbę agresji wymierzonej w nas, ale rodzaj niezgody na obecny stan rzeczy. Za głos w dyskusji odnośnie prawa do miasta i warunków naszej współobecności na danym kawałku przestrzeni, którą rzucający w nas mieszkaniec uznał za własną, bo sąsiadującą z jego domem - my również za własną, bo publiczną. Zniechęciliśmy właścicielkę do wzywania policji. Nie weszliśmy do środka. W poczuciu, że atak nie był bezzasadny postanowiliśmy zostać i cielesną obecnością podjąć dialog. 

Po chwili spadły kolejne trzy jajka. Tym razem wprost na nas. Rzucenie pierwszych dwóch jajek zmieniło swoje znaczenie z głosu niezadowolenia na ostrzeżenie, które naiwnie zignorowaliśmy. Postanowiliśmy się schować do środka. Właścicielka stwierdziła, że bezwarunkowo dzwoni na policję i nie ma mowy o dalszej próbie tolerowania tej sytuacji, bo to nie pierwszy raz i prawie codziennie problem się ponawia, co więcej rzucający w nas mieszkaniec jest psychicznie chory i trzeba pokazać mu granice. Zaś jakiekolwiek próby zasłaniania się przed agresorem markizą lub parasolem nie mają sensu, bo wtedy zamiast jajek lecą pety, które wypalają dziury. Wezwanie policji miało być ostatecznym rozwiązaniem sytuacji, ale nim nie było. Pojawienie się policji w praktyce okazało się nie być rozwiązaniem, ale jedynie gestem separacji od rzucającego jajkami, które odraczało dalszy ciąg sąsiedzkiego antagonizmu o kolejny dzień. Policjanci mieli prawo interweniować w sprawie ulicznych bójek oraz kradzieży, ale sytuacja agresji na styku przestrzeni prywatnej i publicznej, w której nic nie zostało ukradzione, a szkoda była niewielka nie mieściła w procedurach. My mogliśmy spokojnie wrócić do domu bogatsi o nową miejską przygodę, ale właścicielka restauracji mogła być pewna, że sytuacja się powtórzy następnego dnia, tak jak powtarzała się przez wszystkie poprzedni dni. I to że to ona, która kolejnego dnia albo nie wystawi stolika albo będzie musiała się liczyć z koniecznością przepraszania kolejnych klientów i klientek, jest ofiarą spadających jajek, a nie my.

Sąsiedzki konflikt w obecnej praktyce działania władzy nie istnieje. Traktuje ona przestrzeń publiczną i prywatną jako całkowicie niezależne, rozdzielone od siebie sfery. Powtarzające się akty agresji w obrębie kamienicy uznaje za niepowiązane ze sobą, mało szkodliwe działania. Nie oznacza to, że nie istnieją instrumenty, które pozwalałyby na objęcie ochroną osób, które tak jak właściciele praskiej knajpy są narażeni na codzienne ataki ze strony sąsiada. Jednak jedyny instrument dotyczący przemocy w przestrzeni domowej - Błękitna Karta, która została opracowana przez Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych definiuje przemoc domową jako przemoc w rodzinie. Błękitna karta ma na celu: zwiększenie bezpieczeństwa ofiar przemocy domowej, rozwijanie ich zdolności samoobrony przed przemocą oraz tworzenie lokalnych koalicji na rzecz przeciwdziałania przemocy. Błękitna Karta z definicji nie ogranicza się jedynie do przestrzeni prywatnej zamieszkiwanej przez rodzinę, ale dotyczy sytuacji codziennego przebywania w danej przestrzeni. Mogłaby być używana do monitorowania napięć wewnątrz lokalnej wspólnoty rozumianej szerzej niż związek kobiety i mężczyzny oraz ich dzieci (o ile takie są), ale nie jest. 

Obecne rozdzielenie przestrzeni prywatnej od przestrzeni publicznej, poprzez definiowanie tej pierwszej jako przestrzeni zamieszkiwanej przez rodzinę istotnie utrudnia monitorowanie i rozładowywanie sąsiedzkich antagonizmów, które często posiadają klasowe podłoże. Efektem tego rozdzielenia jest nie tylko traktowanie relacji w obrębie jednej kamienicy czy bloku jako relacji osób, które są ze sobą niepowiązane, więc nie są za siebie nawzajem odpowiedzialne, ale ponadto sugeruje, że rozwiązaniem na miejskie antagonizmy nie jest nawiązanie dialogu i próba wypracowania jakiejś formy wspólnotowego współbycia pomimo różnic odnośnie wizji przestrzeni miejskiej, ale radykalne odcięcie prób ponawiania dialogu wzmacniane przez nasyłanie na siebie nawzajem policji: przez mieszkańców na właścicieli barów i restauracji, żeby zamknąć imprezę, uciszyć gości; przez właścicieli knajp po to, żeby dyscyplinować powtarzające się ataki ze strony mieszkańców. Przestrzeń sąsiedzka nie jest przestrzenią neutralnego spotkania, ale punktem, w którym radykalizują społeczne antagonizmy związane z walką o wizję miejskiej wspólnoty i prawo do miasta. Jednocześnie jest przestrzenią życia codziennego, która z jednej strony prowadzi do eskalacji napięć, z drugiej zaś daje możliwość przepracowania pewnych konfliktów, które możemy ignorować w innych miejscach w przestrzeni miejskiej, zmieniając nasze trasy spacerów. Jednak, aby takie relacje były możliwe, nawet w sytuacji agresji, konieczne jest poszerzenie polityki antyprzemocowej i uznanie przestrzeni kamienicy czy bloku jako przestrzeni domowej, która powinna podlegać takiej samej ochronie jak przestrzeń prywatna dzielona przez szeroko definiowaną rodzinę.
Komentarze
Dodaj nowy
Spokojny   |22.07.2010 12:18:06
Często tam siedzę :) Mieszkańcy przez lata traktowali ten teren jako własny. W
tym momencie z właścicieli obszaru stali się na tym obszarze eksponatami i coraz
wyraźniej to czują. Rozwiązaniem mogłoby być danie im adekwatnej odpowiedzi na
ich instynktowne odczucie, że coś im się należy od nowych użytkowników. Knajpa
płaci jedynie prawnym właścicielom za wynajem, czyli miastu. Jednak z
antropologicznego punktu widzenia właścicielem terenu jest ten jajkorzutnik.
Knajpa powinna więc z jajkowym artylerzystą zawrzeć układ - co drugi dzień
browar w zamian za dbałość o całość markizy. I będzie spokój.
Willen  - @Spokojny -To zart?? rownie dobrze mozna zaprosic   |22.07.2010 14:28:31
To zart, rownie dobrze mozna zaprosic kiboli dresiarzy!
Spokojny   |22.07.2010 15:16:44
Pewnie troche żart. Jest problem z taką miejską przestrzenią, bo mnóstwo ludzi
zorientowało się juz, że to jest własciwie jedna z ostanich przestrzeni w
Warszawie z autentyczną tkanką miasta. Nie ma tych deweloperskich wygłupów z
grodzeniem, z przygotowywaniem sztucznych placów zabaw, z projektowaniem
wszystkiego od razu, nie ma rzędów banków przy głównej ulicy, nie ma
wpierdolonego w sam środek osiedla Carrefoura, tylko są bramy, kamienice,
sklepiki, normalne balkony.. To jest piękna dzielnica zamieszkała do tej pory
przez ludzi którzy nie mają niczego oprócz tego co ukradną. Te mieszkania tez
nie są ich. Są komunalne. Niesamowity jest ten widok, jak się obserwuje stadka
młodych wylansowanych mijających się z menelami pijącymi w bramie i jak się
jedni i drudzy wysilają, by się wzajemnie nie widzieć. Stopniowo ci menele
zostaną stamtąd wykopani na przedmieścia. Będą mieszkać w barakach, a obok
Fabryki Trzciny powstaną nowiutkie kamienice wystylizowane na stare, gdzie metr
będzie za dychę. Będą tam mieszkać pracownicy agencji reklamowych i będą
świadomie segregować śmieci.
wejder1   |22.07.2010 21:26:47
A co jest fascynującego w menelach?
Radosław Pobłogosław   |22.07.2010 22:04:24
wolność, pod warunkiem, że jesteś menelem z wyboru.
wejder1   |22.07.2010 23:40:56
Bawiąc się w sofistykę, można powiedzieć to o każdym zawodzie, czy zajęciu. Co
prowadzi do tego, że nadal nie wiem co jest wyjątkowego w byciu menelem.
Józef K   |22.07.2010 23:32:08
Z wyboru to możesz jedynie umrzeć. Najlepiej teraz. Niewielu to wybiera, bo to
bez sensu. W zasadzie nic, co z wyboru, nie ma sensu. Największą wartość ma to,
jak się o wolność powalczy, będąc bez wyboru.
arybaczyk   |22.07.2010 23:46:27
To jest fajny dokument nakręcony przez dziewczynkę (10 lat) który super oddaje
klimat tamtych okolic - http://www.youtube.com/watch?v=CHQJFsuRqDQ
acmd  - hmm   |23.07.2010 15:34:23
szczerze powiedziawszy, to nie wiem, która postawa jest bardziej
aspołeczna:
yuppies zamykających się w grodzonych osiedlach na kabatach (wersja
warszawska)/ruczaju (krakowska)
czy młodych bobos, którzy kolonizują pragę
(wawa)/podgórze(krk) nie biorąc pod uwagę tego, że kończy się to eksmisją
biedoty z mieszkań komunalnych
kot_w_golebniku   |23.07.2010 22:33:39
Widzę tu raczej stałą tendencję do wkraczania rządu w prywatną przestrzeń
obywateli. Brakuje już metod inwigilacji i rozbijania rodzin? Chcielibyście
całkowicie znieść prywatny teren? Objąć wszystko szczegółowym rządowym
nadzorem?
Orwell szczerzy zęby zza grobu.
Drozda   |24.07.2010 14:05:21
To całkiem niesamowite, jak całkowicie błahe doświadczenie grupki
uprzywilejowanych dzieciaków może wywołać naprawdę głupią dyskusję, która jednak
rości sobie pretensje do bycia poważną wymianą opinii, zabarwioną
polityczno-etycznie. Koszmar, ale jakże typowy. Biedny Henri Lefevbre musiał
znaleźć się wśród gówniarskich spostrzeżeń, brzmiących jak nieudolne próby
cytowania cudzych poglądów. Owszem, jak się konsumuje zupełnie nie-praskie
potrawy w nie-praski sposób, to można się spotkać z praską reakcją. Czy jest to
nieprzewidywalne? Czy jakikolwiek pogląd zawarty w powyższym artykule i dyskusji
nawet apriorycznie nie dałby się wyrazić w pełnej formie?
wejder1   |24.07.2010 14:29:46
Zgadzam się z komentarzem, tylko nie zauważyłem jakiejkolwiek praskości, czy nie
praskości w tym zdarzeniu. (no chyba, że poszukujemy jakiś własnych tubylców,
bez potrzeby jeżdżenia do afryki, wtedy tajemnice odmiennej kultury szokują nas
i zaskakują)
Drozda   |24.07.2010 15:02:23
"Praskość" to w tym przypadku termin pomocniczy. Podobnie jak
"uprzywilejowane dzieciaki" - nie mam zamiaru nikogo obrażać. Tym
bardziej, że w wielu przypadkach, raczej wbrew mojej woli, określenie to mogłoby
pasować do mnie i mojego otoczenia, niestety.

Nie wiem, po co ten
antropologizujący komentarz. Proszę wybaczyć, ale na tych ostatnich trochę się
znam. Dlaczego, jak pojawia się w jakiejś historii "menel", to od razu
musi być coś o "szoku" i "odmiennych kulturach"? Powszechna
swoboda w szafowaniu tego typu terminami jest okropna.
wejder1   |24.07.2010 16:27:38
Taki komentarz jest potrzebny, wystarczy przeczytać artykuł i niektóre
komentarze.
czerwony łunio  - terefere   |26.01.2011 02:50:44
Cholerna gentryfikacja. Sam bym rzucił tymi jajkami. Myślę, że obraźliwe dla
mnie jako warszawiaka nieprzyjezdnego jest czytanie o tym jak klientka praskiej
knajpki przybywająca z zewnątrz (innej dzielnicy) roztrząsa kwestię pt.
rozwiązywanie konfliktowych kwestii wewnątrz wspólnoty mieszkaniowej. Jak to
zrobić? Nie wpychać "awangardowych" miejsc w ekscytujące swoją obcością
przestrzenie! To takie trudne? Chyba niezbyt.

Sam przynależę do klasy zarówno w
rozumieniu ekonomicznym, wiekowym, jak i towarzyskim, która idealnie podpadałaby
pod target takich miejsc, ale jednak tam nie zaglądam. Ja nie lubię Pragi. Nie
lubię tego żerowania na tutejszej biedzie - czyli m.in. niskich czynszach przy
cenach za usługi równych tym w centrum.

I jeszcze jedna uwaga. Tutaj też
wkroczyła już segregacja przestrzenna. Przecież róg Namysłowskiej z 11 Listopada
to ledwie rzut beretem, a jak najbardziej, straszy tutaj odgrodzony moloch
mieszkaniowy, konstelacja kilku zamkniętych bloków w wysokim standardzie.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.99152 Seconds