NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Bauman: Kultura na sprzedaż Drukuj
Zygmunt Bauman*   
14.05.2011

Rzecz jest przedmiotem kultury w zależności od długości jej trwania; jej trwałość zaś pozostaje w opozycji do jej funkcjonalności – aspektu, który musiałby uczynić ją przemijalną i spowodować jej zniknięcie ze świata zjawisk przez jej wyczerpanie, zużycie się czy zdarcie…
Hannah Arendt, La crise de la culture


ksiazkieliot.jpgZdaniem Arendt kultura sięga poza i ponad realia bieżące. Nie liczy się z tym, co w danym momencie znalazło się na porządku dziennym i zostało mianowane „imperatywem chwili”; a przynajmniej zabiega o to, by nie wiązać się limitami zakreślonymi przez „aktualność” sprawy przez kogokolwiek i jakkolwiek dekretowaną, i stara się uwolnić od skrępowań przez nią narzucanych.

Bycie zużytym/spożytym na miejscu i na poczekaniu, a tym bardziej uleganie zniszczeniu w toku i w wyniku zużywania/spożywania nie są zdaniem Arendt przeznaczeniem wytworów kultury ani tym bardziej miernikiem ich wartości. Arendt twierdzi, że w kulturze (w domyśle: w sztuce) idzie o piękno - a moim zdaniem wybiera ona to miano dla zainteresowań kultury dlatego, że idea piękna jest synonimem czy ucieleśnieniem ideału twardo i uparcie wymykającego się rozumowym uzasadnieniom czy przyczynowym objaśnieniom; piękno jest ze swej istoty pozbawione celu czy oczywistego pożytku, niczemu innemu poza sobą nie służąc - ani też nie może usprawiedliwić swego istnienia powołaniem się na już uznaną, odczuwaną i udokumentowaną potrzebę, domagającą się niecierpliwie a donośnie zaspokojenia. Jakiekolwiek potrzeby miało by piękno ewentualnie zaspokoić, muszą być jeszcze wywabione na świat i powołane do życia aktem artystycznego stworzenia. Rzecz jest „obiektem kulturowym” o tyle, o ile trwa dłużej niż jakikolwiek pożytek, który mógł towarzyszyć czy przyświecać jej przyjściu na świat.

Marketing kontra pędzle i fortepiany

Andy Warhol, z właściwym sobie upodobaniem do paradoksu i niekonsekwencji oraz słuchem niebywale wyczulonym na to, co aktualnie w trawie piszczy, orzekał jednym tchem, że „artysta to ktoś taki, kto wytwarza rzeczy, jakich ludzie nie potrzebują” i że „bycie dobrym w interesach jest najbardziej fascynującą odmianą sztuki. Robienie pieniędzy jest sztuką, praca jest sztuką, a dobry interes jest najlepszą ze sztuk” (kursywa dodana - Z.B.). Kuszenie przez nowych zwierzchników, operatorów konsumpcyjnego rynku, a więc specjalistów od podciągania popytu do poziomu podaży, polega na obietnicy, że pod nowym zarządem te dwa twierdzenia przestaną być wzajem sprzeczne i będą mogły być naraz głoszone: nowi szefowie sprawią, że ludzie odczują potrzebę posiadania (i płacenia za posiadanie) tego, co artyści zechcą stworzyć, a więc że uprawianie sztuki stanie się „dobrym interesem”. A przymuszanie polega na tym, że to od chcenia nowych władz ma odtąd zależeć, na jakie twory artystyczne zapotrzebowanie się stworzy, a więc jaka to twórczość stanie się dobrym interesem, tą najlepszą odtąd ze sztuk – w której to sztuce, nawiasem mówiąc, eksperci od marketingu biją mistrzów pędzla czy dłuta na głowę.

Pośredniczenie w doprowadzaniu dzieł sztuki do odbiorców nie jest niczym nowym: zajmował się tym, z większym czy mniejszym powodzeniem i ku większemu czy mniejszemu zadowoleniu artystów, państwowy mecenat; zajmowały się nim polityczne instancje zawiadujące kulturą. Prawdziwą nowością są kryteria, jakimi posługują się w owym pośredniczeniu zarządcy kultury nowego chowu, agenci mocy rynkowych pretendujący do miejsca opuszczonego przez (lub uwolnionego od) pełnomocników władz państwowych. Jako że są to kryteria rynkowo-konsumpcyjne, idzie w nich o sprawy takie, jak natychmiastowość konsumpcji, natychmiastowość gratyfikacji i natychmiastowość pieniężnego z nich zysku.
Rynek konsumpcyjny pracujący nad zaspokojeniem potrzeb długoterminowych, nie mówiąc już o potrzebach wiecznych czy ponadczasowych, to contradictio in adiecto (czy, jak to się dziś u nas za Anglikami mówi, „oksymoron”). Rynek konsumpcyjny faworyzuje i forytuje szybki obieg towaru i maksymalne skracanie odległości czasowej między pożytkiem a wysypiskiem śmiecia - w imię sprawnego a niezwłocznego zastępowania niedochodowych już dóbr.

Dzieła jak dorsze

Pierwsze pytanie zadawane artystycznym inicjatywom ubiegającym się o uznanie dla swej wartości dotyczy rynkowego zapotrzebowania, wspartego zasobami finansowymi potencjalnych nabywców. Zauważmy jednak, że intencje konsumenckie są notorycznie kapryśne i ulotne i że dzieje panowania rynku konsumpcyjnego nad sztuką pstrzą się przeto od fałszywych prognoz, pomyłkowych i mylących ocen oraz błędnych, bo na nich opartych decyzji. Logika owego panowania sprowadza się w praktyce do kompensowania braku jakościowych kryteriów estetycznych pomnażaniem ofert i „obstawianiem zakładów”, czyli, mówiąc prosto, marnotrawczym nadmiarem i nadmiernym marnotrawstwem.

George Bernard Shaw, autor znakomitych sztuk teatralnych i namiętny miłośnik fotografiki, zwykł był ostrzegać swych towarzyszy-amatorów, że w swych fotograficznych poczynaniach winni iść za przykładem dorszy, które, jak wiadomo, muszą składać tysiące jajeczek ikry, aby jeden dorsz mógł dożyć dojrzałości. Ma się wrażenie, że cały przemysł konsumpcyjny i jego marketingowi agenci wzięli sobie jak mało kto przestrogi/porady Shawa do serca. To potencjalni klienci, a ściślej mówiąc ich liczebność, zawartość ich kont bankowych i rozmiary dostępnego im kredytu, decydują dziś, świadomie czy bezwiednie, o losach tworów kultury. Linia dzieląca „udane” dzieła sztuki (czytaj: skupiające na sobie uwagę publiczności) od nieudanych, kiepskich czy chybionych (czytaj: takich, które nie zdołały się przebić do renomowanych i przez właściwą klientelę uczęszczanych galerii czy sal licytacyjnych) wyznaczana jest z powołaniem się na statystyki sprzedanych egzemplarzy, notowania oglądalności czy wpływy kasowe.

Wedle na poły, ale nie całkiem żartobliwych definicji Daniela J. Boorstina, „celebryci to osoby dobrze znane z bycia znanymi” – zaś dobra książka to taka, która się dobrze sprzedaje z tytułu swej dobrej sprzedaży. Dociekając wartości dzieł sztuki dziś na rynek rzucanych i usiłując znaleźć współzależność między popularnością artysty a wartością jego dzieła, teoretycy i krytycy sztuki nie zdołali jak dotąd pójść dużo dalej czy dokopać się głębiej, niż to uczynił Boorstin w swych dowcipach. Gdy się szuka przyczyny sprawczej wysokich notowań artysty, łatwiej niż w jego dziełach można ją znaleźć w marce galerii, widowiska telewizyjnego czy prasowego organu, odpowiedzialnych za wydobycie jej czy jego i ich dzieł z mroków i ustawienie w światłach reflektorów.

Posprzątać po rynku

Od stuleci kultura bytowała w niełatwej symbiozie z rozmaitego typu możnymi opiekunami/zarządcami, żywiąc nader mieszane wobec nich uczucia, skrępowana, a czasem i duszona w objęciach swych samozwańczych opiekunów – ale też i antyszambrując u nich często-gęsto z prośbą czy żądaniem pomocy, a z niejednej audiencji wracając z nową dawką wigoru i ambicji. Czy kultura zyska, czy straci na „zmianie kierownictwa” (czy jak się dziś mówić woli, posługując się pewnie dla schlebiania szefom i ratowania własnego czoła autorytatywnym, bo importowanym terminem - „menadżmentu”)? Czy wyjdzie cało ze zmiany warty w wieży strażniczej? Czy tę zmianę warty przeżyje? Czy przypadnie jej dziełom w udziale coś więcej niż szansa motylego żywota i piętnastu minut chwały? Czy nowe kierownictwo, w zgodzie z modnym dziś stylem zarządzania, nie ograniczy przypadkiem swoich czynności opiekuńczych do asset stripping, czyli zagarnięcia i zawłaszczenia aktywów podopiecznego? Czy w roli przenośni dla sposobu bycia kultury najtrafniejszej „cmentarzysko wydarzeń kulturalnych” nie zastąpi przypadkiem „wznoszącego się ku niebu górskiego zbocza”?

Z odpowiedziami na te pytania trzeba jeszcze poczekać. Ale ich poszukiwań, i to energicznych, odkładać nie wolno. Ani troski o to, jaki kształt, w wyniku naszych poczynań lub ich braku, ostatecznie przybierze.
Patronat państwa nad kulturą narodu nie uniknął losu wielu innych „deregulowanych” i „prywatyzowanych” funkcji państwa, chętnie pozbywającego się dziś na rzecz rynku coraz to nowych zadań, jakich nie jest w stanie utrzymać w swych słabnących (między innymi - choć nie tylko - z powodu tejże prywatyzacji…) dłoniach. Ale dwu funkcji zderegulować, sprywatyzować i scedować się nie da bez katastrofalnych społecznie „szkód współbieżnych”. Pierwsza to obrona rynków przed nimi samymi, przed następstwami ich notorycznej niezdolności do samoograniczania się i samokontroli i równie notorycznej skłonności do bagatelizowania wszelkich wartości opornych na wycenę i spieniężenie - i zrzucania ich z listy planowanych poczynań, a ich kosztów z kalkulacji opłacalności. Druga to naprawianie szkód społecznych i kulturowych, którymi, z powodu wspomnianej niezdolności i wspomnianej skłonności, rynki zasiewają gęsto szlaki swej ekspansji. Jack Lang wiedział, co czyni…

Nie potrafiłbym podsumować tych rozważań ani wysnuć zeń wniosków praktycznych lepiej, niż to uczyniła Anna Zeidler-Janiszewska, wnikliwa badaczka losów kultury artystycznej i zawiłych szlaków sztuki w III Rzeczpospolitej: „Jeśli odróżnimy kulturę artystyczną (jako „rzeczywistość myślową”) od praktyki uczestnictwa w niej (twórczego i odbiorczego, dziś bardziej: twórczo-odbiorczego czy odbiorczo-twórczego) i instytucji, które umożliwiają to uczestnictwo, to polityka kulturalna państwa powinna dotyczyć instytucji tegoż uczestnictwa (w skład których wchodzą też media „publiczne”), a jej troską podstawową jest wyrównywanie możliwości uczestnictwa […] Jakość i wyrównanie szans uczestnictwa, a więc „odbiorcy”, a nie treści i formy ani też stosunki „zarządców z ludźmi sztuki”, są punktem skupienia polityki kulturalnej.


*Zygmunt Bauman - światowej sławy socjolog, socjolog, filozof, eseista, jeden z najważniejszych twórców koncepcji postmodernizmu. Wielokrotnie nagradzany prestiżowymi nagrodami, w tym nagrodą im. Theodora W. Adorno. Autor wielu książek. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazał sie jego Socjalizm. Utopia w działaniu.

Tekst pochodzi z „Kuriera Kultura” przygotowanego przez zespół Krytyki Politycznej Na Kongres Obywateli Kultury (13-14 maja 2011).

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
Pan Epicki   |16.05.2011 17:56:40
Współczesna twórczość kulturalna to strony typu kwejk.pl (powstała 4 miesiące
temu, jest w pierwszej 20 najpopularniejszych stron w Polsce), czy świat blogów,
czy blogów obrazkowych.
Dziś każdy może zostać twórcą kultury i albo rezultat
się podoba i staje się popularny, albo się nie podoba i znika.
Oczywiście taki
model nie spodoba się panu Baumanowi, po pierwsze, bo w nim twórcy kultury nie
dostają kasy, po drugie, bo jest to w olbrzymiej większości twórczość anonimowa
i jak w takim modelu nakarmić swoje elitarne "światowej sławy" ego?

Być
twórcą kultury to zaspokajanie pewnej emocjonalnej i intelektualnej potrzeby.
Jest to coś, co ludzie robili i będą robić zawsze, niezależnie od tego, czy im
za to płacą, czy nie płacą.
Ludzi twórczych będzie w szybkim tempie przybywać,
niezależnie od protestów tych, którym dewaluacja aktu twórczości nie
odpowiada.

Czy taka ewolucja świata kultury jest dobra? Z punktu widzenia
odbiorcy kultury oczywiście tak.
Rezultat przypomina światek muzyczny, pisarski
i filmowy w USA, gdzie jest ogromna rzesza twórców, którzy wykonują swoją pracę
za darmo lub pół-darmo, bo lubią, i niewielka elita, którzy mieli na tyle
umiejętności, pracowitości i szczęścia (i znajomości, i odporności, i
konformizmu), że udaje im się utrzymywać się ze swojego kreatywnego zajęcia.

Co
jest najlepsze, dzięki Internetowi droga do dotarcia z przekazem artystycznym do
odbiorcy ogromnie skraca się i efektem jest większa niezależność twórców.
Nie
trzeba iść na kompromisy z korporacjami, przejmować się zdaniem urzędników
państwowych, czy jakimkolwiek innym establishmentem, czy pseudo-establishmentem,
czy nawet presją społeczną.
No chyba, że ktoś chce się utrzymywać z kreatywnej
działalności, to wtedy trzeba, ale tak działa świat i nic nie można na to
poradzić.
Pieniądze będą zarabiać ci, którzy specjalizują się w zarabianiu
pieniędzy.
Kulturę będą tworzyć ci, którzy specjalizują się w tworzeniu
kultury.
Jak miałby zdobywać fundusze taki Harper Lee? Pójść do urzędnika i
powiedzieć "Mam zamiar napisać dobrą książkę, ale tylko jedną. Jestem
świetnym pisarzem, naprawdę, tylko jeszcze nic nie napisałem"? Albo taki
Kafka, może gdyby został doceniony za życia, niektóre dzieła by nie powstały.
Może lepiej tworzy artysta, który cierpi.

Na marginesie, z tekstu przebija
niepokojący autorytaryzm.
Po jednym z poprzednich artykułów, w którym pan Bauman
zaproponował ograniczenie anonimowości w sieci, teraz mamy nowe
pomysły:
"obrona rynków przed nimi samymi, przed następstwami ich
notorycznej niezdolności do samoograniczania się i samokontroli"
No tak,
trzeba ograniczyć i kontrolować te niepokorne rynki, bo same nie chcą. Co tu
zrobić z tymi najgroźniejszymi rynkami, na których nikt nie kupuje i nie
sprzedaje, a jakość rozprowadzanych dóbr kultury rośnie (rozprowadzanych za
darmo, czyli za tyle, ile są warte)?
"skłonności do bagatelizowania
wszelkich wartości opornych na wycenę i spieniężenie"
Bo lepszy jest model
urzędniczego wsparcia, gdzie bagatelizuje się wartości odporne na zmierzenie i
zbiurokratyzowanie.
"naprawianie szkód społecznych i
kulturowych"
Ciekawe, kto ma ustalać, co jest szkodą kulturową, a co nie
jest. Niech zgadnę, ten sam urzędnik państwowy, który wypłaca pensję panu
Baumanowi i jego znajomym.
Jaka jest pana prawdziwa agenda, panie Bauman? O co
tak naprawdę pan walczy?
Bo na pewno nie o jakość kultury, która w szybkim
tempie staje się coraz lepsza, przez swobodną wymianę informacji w sieci i przez
szybko zwiększającą się liczbę osób zaangażowanych w kreatywną działalność.
more   |15.05.2011 18:52:37
Panie Epicki,
z tego wpisu wyłania się "produkt kultury", który tak
trafnie diagnozuje Bauman w swojej twórczości ostatnich lat.
Generalnie panu
"popularność" myli się z "kulturą" zwłaszcza tą pojmowaną
tradycyjnie - wprowadzającą dystynkcje kultury "wysokiej" i
"niskiej" (Bourdieu) - to właśnie Bauman pisze: "… kultura staje
się dzisiaj jednym z działów domu towarowego pod nazwą "Spełniamy twoje
potrzeby i marzenia", w który przemienił się świat zamieszkiwany przez
konsumentów…" oraz "… w kulturze płynnej nowoczesności nie ma
"ludu", który mógłby się stać przedmiotem "kulturalizacji".
Zamiast niego istnieją klienci, których trzeba uwieść…"

Panie Epicki nie
bądź pan takim wielkim pustakiem i nie ośmieszaj się publicznie, bo czymże
wytłumaczyć takie kuriozalne pańskie sformułowania:
"… z tekstu przebija
niepokojący autorytaryzm";

"Ciekawe, kto ma ustalać, co jest szkodą
kulturową, a co nie jest.
Niech zgadnę, ten sam urzędnik państwowy, który
wypłaca pensję panu
Baumanowi i jego znajomym"

Czy ten pisk prawdziwego
fightera:
"… Jaka jest pana prawdziwa agenda, panie Bauman? O co tak
naprawdę pan walczy?"

Na takich Epickich ciotka mojego wujka mówiła - ot,
zwyczajny dupek…
.
ubik   |16.05.2011 23:35:23
Bauman ma rację, nie zachwycając się peerelem trzeba powiedzieć, że państwowy
mecenat zrobił tam mimo autorytarnego ustroju wiele dobrego, a ileż więcej mógł
zrobić w normalnych warunkach. Co dobrego? Np. sporo świetnych filmów zrobionych
za państwowe pieniądze i oglądanych na całym świecie, podczas gdy rynek
produkuje dzisiaj głównie chłam w postaci kolejnych komedii romantycznych. Jak
dziecko czytałem w PRL-u sporo literatury s-f, było dużo tłumaczeń, chociaż nie
tyle co dzisiaj, ale tłumaczono same perełki. Dicka, Aldissa, Asimova, Le Guin,
Tolkiena. To się nazywa kształtowanie gustu i przygotowanie do poważniejszej
literatury. A gdzie jest dzisiaj nasz nowoczesny Stanisław Lem, który byłby
znany na całym świecie i ekranizowany przez Amerykanów i Rosjan. Dawne nakłady
idące w setki tysięcy książek zastąpiło dzisiaj rozdrobnienie na tysiące tytułów
wydawanych w 3-4 tys., zupełnie nieopłacalnych dla autorów, a za to bardziej dla
wydawców. Zmierzam do tego, że mądry mecenat państwowy nie musi być wcale zły.
No, ale od dwudziestu lat jesteśmy w świecie, który do instytucji państwa odnosi
się z obrzydzeniem. Chociaż ostatnio, po pojawieniu się kryzysu coś się w tym
zakresie zmienia, pojawiły się objawy otrzeźwienia. Jednym z nich jest pakt dla
kultury, chociaż jest to w poważnym stopniu ściema Tuska.
bobo do "more"  - re:   |24.05.2011 02:42:15
@ more
Mozna by panu zarzucic ze nie rozumie pan co Bauman pisze, ale Bauman
chyba sam nie rozumie co pisze. Taki swiat jak tu opisuje juz nie istnieje.

Druga sprawa - nie ma takiego drugiego kraju gdzie tyle sie mowi o kulturze
‘wysokiej’, a wiec dlaczego taki syf produkujecie? W USA kultura to biznes i
prosze sobie porownac. Mam wrazenie ze cala ta retoryka sluzy maskowaniu wlasnie
‘biznesu’ krecenia lodow na kulturze.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 14.05.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.93557 Seconds