|
Rzecz jest przedmiotem kultury w zależności od długości jej trwania; jej trwałość zaś pozostaje w opozycji do jej funkcjonalności – aspektu, który musiałby uczynić ją przemijalną i spowodować jej zniknięcie ze świata zjawisk przez jej wyczerpanie, zużycie się czy zdarcie…
Hannah Arendt, La crise de la culture
Zdaniem Arendt kultura sięga poza i ponad realia bieżące. Nie liczy się z tym, co w danym momencie znalazło się na porządku dziennym i zostało mianowane „imperatywem chwili”; a przynajmniej zabiega o to, by nie wiązać się limitami zakreślonymi przez „aktualność” sprawy przez kogokolwiek i jakkolwiek dekretowaną, i stara się uwolnić od skrępowań przez nią narzucanych.
Bycie zużytym/spożytym na miejscu i na poczekaniu, a tym bardziej uleganie zniszczeniu w toku i w wyniku zużywania/spożywania nie są zdaniem Arendt przeznaczeniem wytworów kultury ani tym bardziej miernikiem ich wartości. Arendt twierdzi, że w kulturze (w domyśle: w sztuce) idzie o piękno - a moim zdaniem wybiera ona to miano dla zainteresowań kultury dlatego, że idea piękna jest synonimem czy ucieleśnieniem ideału twardo i uparcie wymykającego się rozumowym uzasadnieniom czy przyczynowym objaśnieniom; piękno jest ze swej istoty pozbawione celu czy oczywistego pożytku, niczemu innemu poza sobą nie służąc - ani też nie może usprawiedliwić swego istnienia powołaniem się na już uznaną, odczuwaną i udokumentowaną potrzebę, domagającą się niecierpliwie a donośnie zaspokojenia. Jakiekolwiek potrzeby miało by piękno ewentualnie zaspokoić, muszą być jeszcze wywabione na świat i powołane do życia aktem artystycznego stworzenia. Rzecz jest „obiektem kulturowym” o tyle, o ile trwa dłużej niż jakikolwiek pożytek, który mógł towarzyszyć czy przyświecać jej przyjściu na świat.
Marketing kontra pędzle i fortepiany
Andy Warhol, z właściwym sobie upodobaniem do paradoksu i niekonsekwencji oraz słuchem niebywale wyczulonym na to, co aktualnie w trawie piszczy, orzekał jednym tchem, że „artysta to ktoś taki, kto wytwarza rzeczy, jakich ludzie nie potrzebują” i że „bycie dobrym w interesach jest najbardziej fascynującą odmianą sztuki. Robienie pieniędzy jest sztuką, praca jest sztuką, a dobry interes jest najlepszą ze sztuk” (kursywa dodana - Z.B.). Kuszenie przez nowych zwierzchników, operatorów konsumpcyjnego rynku, a więc specjalistów od podciągania popytu do poziomu podaży, polega na obietnicy, że pod nowym zarządem te dwa twierdzenia przestaną być wzajem sprzeczne i będą mogły być naraz głoszone: nowi szefowie sprawią, że ludzie odczują potrzebę posiadania (i płacenia za posiadanie) tego, co artyści zechcą stworzyć, a więc że uprawianie sztuki stanie się „dobrym interesem”. A przymuszanie polega na tym, że to od chcenia nowych władz ma odtąd zależeć, na jakie twory artystyczne zapotrzebowanie się stworzy, a więc jaka to twórczość stanie się dobrym interesem, tą najlepszą odtąd ze sztuk – w której to sztuce, nawiasem mówiąc, eksperci od marketingu biją mistrzów pędzla czy dłuta na głowę.
Pośredniczenie w doprowadzaniu dzieł sztuki do odbiorców nie jest niczym nowym: zajmował się tym, z większym czy mniejszym powodzeniem i ku większemu czy mniejszemu zadowoleniu artystów, państwowy mecenat; zajmowały się nim polityczne instancje zawiadujące kulturą. Prawdziwą nowością są kryteria, jakimi posługują się w owym pośredniczeniu zarządcy kultury nowego chowu, agenci mocy rynkowych pretendujący do miejsca opuszczonego przez (lub uwolnionego od) pełnomocników władz państwowych. Jako że są to kryteria rynkowo-konsumpcyjne, idzie w nich o sprawy takie, jak natychmiastowość konsumpcji, natychmiastowość gratyfikacji i natychmiastowość pieniężnego z nich zysku.
Rynek konsumpcyjny pracujący nad zaspokojeniem potrzeb długoterminowych, nie mówiąc już o potrzebach wiecznych czy ponadczasowych, to contradictio in adiecto (czy, jak to się dziś u nas za Anglikami mówi, „oksymoron”). Rynek konsumpcyjny faworyzuje i forytuje szybki obieg towaru i maksymalne skracanie odległości czasowej między pożytkiem a wysypiskiem śmiecia - w imię sprawnego a niezwłocznego zastępowania niedochodowych już dóbr.
Dzieła jak dorsze
Pierwsze pytanie zadawane artystycznym inicjatywom ubiegającym się o uznanie dla swej wartości dotyczy rynkowego zapotrzebowania, wspartego zasobami finansowymi potencjalnych nabywców. Zauważmy jednak, że intencje konsumenckie są notorycznie kapryśne i ulotne i że dzieje panowania rynku konsumpcyjnego nad sztuką pstrzą się przeto od fałszywych prognoz, pomyłkowych i mylących ocen oraz błędnych, bo na nich opartych decyzji. Logika owego panowania sprowadza się w praktyce do kompensowania braku jakościowych kryteriów estetycznych pomnażaniem ofert i „obstawianiem zakładów”, czyli, mówiąc prosto, marnotrawczym nadmiarem i nadmiernym marnotrawstwem.
George Bernard Shaw, autor znakomitych sztuk teatralnych i namiętny miłośnik fotografiki, zwykł był ostrzegać swych towarzyszy-amatorów, że w swych fotograficznych poczynaniach winni iść za przykładem dorszy, które, jak wiadomo, muszą składać tysiące jajeczek ikry, aby jeden dorsz mógł dożyć dojrzałości. Ma się wrażenie, że cały przemysł konsumpcyjny i jego marketingowi agenci wzięli sobie jak mało kto przestrogi/porady Shawa do serca. To potencjalni klienci, a ściślej mówiąc ich liczebność, zawartość ich kont bankowych i rozmiary dostępnego im kredytu, decydują dziś, świadomie czy bezwiednie, o losach tworów kultury. Linia dzieląca „udane” dzieła sztuki (czytaj: skupiające na sobie uwagę publiczności) od nieudanych, kiepskich czy chybionych (czytaj: takich, które nie zdołały się przebić do renomowanych i przez właściwą klientelę uczęszczanych galerii czy sal licytacyjnych) wyznaczana jest z powołaniem się na statystyki sprzedanych egzemplarzy, notowania oglądalności czy wpływy kasowe.
Wedle na poły, ale nie całkiem żartobliwych definicji Daniela J. Boorstina, „celebryci to osoby dobrze znane z bycia znanymi” – zaś dobra książka to taka, która się dobrze sprzedaje z tytułu swej dobrej sprzedaży. Dociekając wartości dzieł sztuki dziś na rynek rzucanych i usiłując znaleźć współzależność między popularnością artysty a wartością jego dzieła, teoretycy i krytycy sztuki nie zdołali jak dotąd pójść dużo dalej czy dokopać się głębiej, niż to uczynił Boorstin w swych dowcipach. Gdy się szuka przyczyny sprawczej wysokich notowań artysty, łatwiej niż w jego dziełach można ją znaleźć w marce galerii, widowiska telewizyjnego czy prasowego organu, odpowiedzialnych za wydobycie jej czy jego i ich dzieł z mroków i ustawienie w światłach reflektorów.
Posprzątać po rynku
Od stuleci kultura bytowała w niełatwej symbiozie z rozmaitego typu możnymi opiekunami/zarządcami, żywiąc nader mieszane wobec nich uczucia, skrępowana, a czasem i duszona w objęciach swych samozwańczych opiekunów – ale też i antyszambrując u nich często-gęsto z prośbą czy żądaniem pomocy, a z niejednej audiencji wracając z nową dawką wigoru i ambicji. Czy kultura zyska, czy straci na „zmianie kierownictwa” (czy jak się dziś mówić woli, posługując się pewnie dla schlebiania szefom i ratowania własnego czoła autorytatywnym, bo importowanym terminem - „menadżmentu”)? Czy wyjdzie cało ze zmiany warty w wieży strażniczej? Czy tę zmianę warty przeżyje? Czy przypadnie jej dziełom w udziale coś więcej niż szansa motylego żywota i piętnastu minut chwały? Czy nowe kierownictwo, w zgodzie z modnym dziś stylem zarządzania, nie ograniczy przypadkiem swoich czynności opiekuńczych do asset stripping, czyli zagarnięcia i zawłaszczenia aktywów podopiecznego? Czy w roli przenośni dla sposobu bycia kultury najtrafniejszej „cmentarzysko wydarzeń kulturalnych” nie zastąpi przypadkiem „wznoszącego się ku niebu górskiego zbocza”?
Z odpowiedziami na te pytania trzeba jeszcze poczekać. Ale ich poszukiwań, i to energicznych, odkładać nie wolno. Ani troski o to, jaki kształt, w wyniku naszych poczynań lub ich braku, ostatecznie przybierze.
Patronat państwa nad kulturą narodu nie uniknął losu wielu innych „deregulowanych” i „prywatyzowanych” funkcji państwa, chętnie pozbywającego się dziś na rzecz rynku coraz to nowych zadań, jakich nie jest w stanie utrzymać w swych słabnących (między innymi - choć nie tylko - z powodu tejże prywatyzacji…) dłoniach. Ale dwu funkcji zderegulować, sprywatyzować i scedować się nie da bez katastrofalnych społecznie „szkód współbieżnych”. Pierwsza to obrona rynków przed nimi samymi, przed następstwami ich notorycznej niezdolności do samoograniczania się i samokontroli i równie notorycznej skłonności do bagatelizowania wszelkich wartości opornych na wycenę i spieniężenie - i zrzucania ich z listy planowanych poczynań, a ich kosztów z kalkulacji opłacalności. Druga to naprawianie szkód społecznych i kulturowych, którymi, z powodu wspomnianej niezdolności i wspomnianej skłonności, rynki zasiewają gęsto szlaki swej ekspansji. Jack Lang wiedział, co czyni…
Nie potrafiłbym podsumować tych rozważań ani wysnuć zeń wniosków praktycznych lepiej, niż to uczyniła Anna Zeidler-Janiszewska, wnikliwa badaczka losów kultury artystycznej i zawiłych szlaków sztuki w III Rzeczpospolitej: „Jeśli odróżnimy kulturę artystyczną (jako „rzeczywistość myślową”) od praktyki uczestnictwa w niej (twórczego i odbiorczego, dziś bardziej: twórczo-odbiorczego czy odbiorczo-twórczego) i instytucji, które umożliwiają to uczestnictwo, to polityka kulturalna państwa powinna dotyczyć instytucji tegoż uczestnictwa (w skład których wchodzą też media „publiczne”), a jej troską podstawową jest wyrównywanie możliwości uczestnictwa […] Jakość i wyrównanie szans uczestnictwa, a więc „odbiorcy”, a nie treści i formy ani też stosunki „zarządców z ludźmi sztuki”, są punktem skupienia polityki kulturalnej.
*Zygmunt Bauman - światowej sławy socjolog, socjolog, filozof, eseista, jeden z najważniejszych twórców koncepcji postmodernizmu. Wielokrotnie nagradzany prestiżowymi nagrodami, w tym nagrodą im. Theodora W. Adorno. Autor wielu książek. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazał sie jego Socjalizm. Utopia w działaniu.
Tekst pochodzi z „Kuriera Kultura” przygotowanego przez zespół Krytyki Politycznej Na Kongres Obywateli Kultury (13-14 maja 2011).
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...