|
Żaden teatr nigdy nie wychodził nam tak dobrze jak widowisko Polska współczesna. Spektakl, który rządzi się jednym prawem: odwołuje Polskę realną, by na to miejsce powołać życie złożone z działań spełnionych już i wielokrotnie przećwiczonych, przywołać więc tej Polski wyłącznie symboliczne wyobrażenie – fantazję – przedstawienie. Określone dekoracje, rekwizyty, kostiumy, pozy, gesty, zachowania, frazesy o sztuce, religii i polityce to rzeczy bezdyskusyjne, które skutecznie stroją nam narodową scenę. Zawsze tę samą, bo pobudzaną do istnienia w imię tej samej wspólnoty, tej samej abstrakcyjnie pojętej jedności – narodu. Tak jakby zmontowanie tej sceny poprzedzone zostało jej zdemontowaniem: „Stoją około mnie żywi, kunsztem sztuki pozwani do życia”.
Ten mechanizm inicjowanego naprędce narodowego misterium przenikliwie przestudiował już wiek temu Stanisław Wyspiański w Wyzwoleniu. Kazał wtedy Konradowi (w nekrofilskim geście przywołanemu jako kulturowy znak, literacka ikona, mityczna figura) wnieść na scenę rekwizyty polskości (żupany, kontusze, wstążki, chorągwie, krzyże i sztandary), ustawić w teatrze pomniki, groby bohaterów narodowych, a statystów przebrać za magnatów i chłopów, prymasów i prezesów, artystów i mnichów, a także za husarię. Wreszcie uczynić symbolem tych paraliżujących indywidualne akty woli i wszelką aktywność omamień – Geniusza, który pojawia się u wrót Wawelu, by wieszczyć wyzwolenie przez mękę krzyża.
Katedra wawelska to miejsce niepodważalnej identyfikacji obywateli z Polską i polskością, a jednocześnie miejsce takiej identyfikacji, na jaką – jak mówi Wyspiański – stać „naród, który chce się bawić”. I który pragnie podkreślać piękno zgonu, snuć propagandę śmierci, żyć złudą wielkości i cmentarzem. „Znam twoje gusła i hasła, widmo upiorne przeszłości, / cieniu, – błądzisz śród głazów i kolumn świątyni. / Oto Wawel! Wawel!” – takimi słowami Konrad toczy walkę z symbolicznym teatrem katolicko-konserwatywnej polskości – z tą harpią narodu, kochankiem ruin, manią przeszłości. Walczy o życie i mówi: Bez obaw. Katedra na Wawelu to tylko teatr. Teatr konwencjonalny, teatr stary. Zwykła dekoracja, która udaje to, czym w swej istocie nie jest.
Nastał chyba teraz dobry czas, by ludzie teatru na nowo przemyśleli Wyzwolenie. Przyjrzeli się tej pseudokatedrze, umieszczonej przez Wyspiańskiego na scenie teatru, za kurtyną z gazy, tym niebezpiecznie ożywającym pomnikom-głazom, i zaczęli tworzyć inny język. Świecki, laicki, niekoniecznie katolicki. Pójdźmy więc śladami Konrada, który „chwycił drzwi grobowe, przywarł i zatrzasnął nimi zejście do podziemi, a rygle żelazne przetknął płonącą pochodnią”. Może wtedy narodzi się w Polsce teatr nowy. Teatr, który wyrzeka się „trupiego wdzięku”, by nieść zwycięstwo „ze krwi i ciała, z woli żywej i żywej Potęgi”.
Musimy tylko uważać, bo w tej walce dwóch teatrów – teatru życia i teatru śmierci – niepokojąco graniczną pozycję zajmują dziś aktorzy. Pracują, swojej pracy jednak nie mogą pokazać na zewnątrz. Trenują ciało, lecz swych ciał nie mogą wystawić na widok publiczny. Tak jakby współczesność wciąż nosiła ślady kulturowej pamięci o nieczystym ciele aktora. O aktorze jako tym, któremu prawo kościelne zabraniało niegdyś pochówku na poświęconej ziemi i którego zwłoki znaleźć mogły miejsce tylko poza murami cmentarza. Albo – jak podobno miało to miejsce w przypadku Moliera – pięć stóp pod ziemią, gdzie ziemia święta nie sięgała.
*Dorota Sajewska - badaczka teatru, tłumaczka współczesnych dramatów niemieckojęzycznych. Wykłada w Instytucie Kultury Polskiej UW. Jest zastępcą dyrektora artystycznego Teatru Dramatycznego w Warszawie. Autorka książki Chore sztuki. Choroba/tożsamość/dramat (2005).
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...