|
Jan Smoleński
|
|
29.04.2010 |
Gdy szwedzkie dziecko kończy pięć lat, jego rodzice dostają informację od gminy, że czas już rozejrzeć się za klubem piłkarskim dla malucha/y (taką informację dostaje się niezależnie od płci dziecka).
- Mój synek gra już w drugim klubie, bo się przeprowadziliśmy – opowiada Katarzyna, mama dziewięcioletniego Daniela. - W Szwecji małych, lokalnych klubów (często powiązanych z większymi) jest bez liku. Trenerami w takich klubach są ojcowie lub mamy dzieci z okolicznej szkoły. Jest to czysto wolontariackie działanie: rodzice ani dzieci z grania nie dostają nic poza frajdą. Za przynależność do klubu płaci się symboliczną składkę. My płacimy 1200 koron rocznie.
Sieć lokalnych klubów jest podtrzymywana przez gminy, to one utrzymują boiska (są w świetnym stanie i jest ich na pęczki), finansują stroje, piłki, torby, bidony. Rodzice z kolei kupują swoim pociechom buty, skarpety i ochraniacze. No i wożą - klub to nie tylko treningi dwa razy w tygodniu, ale mecze w różnych miejscach przez całe lato. Katarzyna śmieje się, że w tym tkwi tajemnica sukcesu szwedzkiej piłki.
Takie wspólne działanie cementuje więzi sąsiedzkie. - Szwedów do współpracy nie trzeba namawiać, to po prostu część tej kultury, coś absolutnie oczywistego – opowiada. W sobotę mieli dzień sprzątania naszej okolicy. Stawili się – jak podkreśla - wszyscy sąsiedzi i zbierali śmieci.
- Mieszkałam w trzech miejscach i zawsze to wyglądało podobnie. Jest wyznaczany termin, wszyscy się stawiają, wspólnie nie tylko sprzątają, ale też malują plotki i huśtawki, naprawiają piaskownice, a po pracy jedzą grillowane kiełbaski. Podobnie jest z piłką. Ludzie się organizują, a gmina im to po prostu ułatwia.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 29.04.2010 )
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...