|
O Rejestrze Stron i Usług Niedozwolonych napisano już tyle, że nie wiem, czy wypada jeszcze „przedstawiać” tę inicjatywę. Dla porządku jednak przypomnę, że (wciąż) chodzi o zmiany w ustawie Prawo Telekomunikacyjne, polegające na wprowadzenie obowiązku blokowania dostępu do stron i usług, które zostaną wpisane do Rejestru. Ten obowiązek ma dotyczyć wszystkich przedsiębiorców telekomunikacyjnych, którzy „niedozwoloną stronę” muszą zablokować w ciągu 6 godzin od opublikowania przez UKE informacji o wpisie. Do Rejestru mają trafiać nie tylko witryny e-hazardowe, ale także strony reklamujące lub promujące e-hazard; propagujące „treści faszystowskie” czy pornografię dziecięcą; ale też takie, które „umożliwiają uzyskanie informacji mogących służyć do dokonania operacji finansowych bez zgody dysponenta środków”. O ile z faszyzmem czy pornografią jest chyba nieco prościej, o tyle przywołane przepisy o „promowaniu” różnych postaw czy działań w Internecie, a już na pewno te o „umożliwianiu” dokonywania „operacji finansowych bez zgody…” otwierają spore pole do interpretacji.
Całe szczęście w nieszczęściu, że tej interpretacji miałby teraz dokonywać niezawisły sąd. Zasadnicza zmiana w projekcie z 4 stycznia polega właśnie na wprowadzeniu kontroli sądowej, czyli minimalnego wymogu legalności, o który wołali chyba wszyscy krytykujący pierwotne założenia, w tym Fundacja Panoptykon. Wcześniej projekt zakładał w zasadzie automatyczny wpis na wniosek „uprawnionego organu”. Obecnie te organy, czyli: policja, Straż Graniczna, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służba Kontrwywiadu Wojskowego, Żandarmeria Wojskowa, CBA, wywiad skarbowy i Służba Celna - mają tylko prawo wnioskowania o wpis. Ale to i tak niemało.
To, że to sąd będzie decydował o blokadzie to faktycznie „spory postęp w porównaniu z pierwotną wersją ustawy, która pozwalała na blokadę już po wniosku policji czy ABW”, jak stwierdza Fundacja Helsińska. Projekt pozostaje jednak obarczony „grzechem pierworodnym”: sam pomysł na arbitralne ograniczanie dostępu do treści publikowanych w Internecie uderza w podstawowe wartości państwa demokratycznego. A konkretnie: wolność słowa (publikujących), prawo do informacji (użytkowników), czy wreszcie wolność prowadzenia działalności gospodarczej (przedsiębiorców internetowych), bo blokowanie stron przekłada się na blokowanie możliwości świadczenia usług drogą elektroniczną. Nie sposób uciec w „kwestie proceduralne” (takie jak to, kto decyduje o wpisie i czy można się od tej decyzji odwołać) od podstawowego pytania: czy zgadzamy się walkę z zagrożeniami czyhającymi w sieci - nawet zakładając, że czujemy się realnie zagrożeni - kosztem własnej wolności. Jak zwykle przy podobnych „transakcjach wiązanych” na wartościach fundamentalnych, sugerowany „kompromis” może wydawać się wątpliwy, a cena nieco zbyt wygórowana.
Nie chcę przez to powiedzieć, że kontrola sądowa blokowania treści to nic nie wnosząca fikcja. Zupełnie nie. Mogłoby się okazać, że dzięki wiedzy i asertywności orzekających sędziów przepis art. 179a byłby w praktyce stosowany tylko w sytuacjach zupełnie wyjątkowych i nie budzących kontrowersji. Ale mogłoby się też okazać inaczej. Łącznie z takim scenariuszem, że „przy okazji” kolejnych nowelizacji (może tym razem „noweli antyterrorystycznej” albo czegoś podobnego?) te - w miarę jeszcze zdrowe procedury - zostaną zmienione, arbitralne uprawnienia służb w zakresie blokowania treści powrócą, a do listy przesłanek uzasadniających wpisanie do Rejestru dojdzie jeszcze parę szerokich klauzul… Rzecz w tym, że społeczeństwo oswaja się z raz wprowadzonymi ograniczeniami stosunkowo łatwo. Jeśli tama praw człowieka, którą teraz jeszcze stawiamy, raz puści, będzie nam w przyszłości o wiele trudniej monitorować, co się wokół wolności w Internecie dzieje.
Warto przy tym zastanowić się, dlaczego projekt wprowadzania tak kontrowersyjnego mechanizmu pojawia się jako element „pakietu anty-hazardowego” i dlaczego firmuje go… Ministerstwo Finansów. Znowu, jak w przypadku komentowanej już przeze mnie retencji danych, nasuwa się skojarzenie z taktyką przemycania niepopularnych rozwiązań w ramach szerszych zmian legislacyjnych. Z całą pewnością debacie publicznej i transparentności procesu legislacyjnego zrobiłoby dobrze uporządkowanie pojęć: jeśli proponowane są radykalne (jak ma to miejsce w tym przypadku) zmiany do strategicznych regulacji (a taką niewątpliwie jest Prawo Telekomunikacyjne), powinny one zostać odpowiednio nazwane i jako takie poddane konsultacjom społecznym. W tym wypadku mamy deficyt transparentności podwójny: nie tylko sama propozycja została „podczepiona” pod inny, skupiający wówczas całą uwagę mediów, projekt; zabrakło także rzetelnych konsultacji. Rząd dał „społeczeństwu obywatelskiemu” cztery dni na zgłaszanie uwag do projektu, co przy trybie pracy większości organizacji non-profit brzmiało jak niesmaczny żart z partycypacji. Nie mniej jednak, sprawa okazała się na tyle kontrowersyjna, że głos krytyki się przebił - i do mediów, i do Ministerstwa Finansów.
Po tym, jak larum podniosły niemal wszystkie zainteresowane tematem organizacje pozarządowe, środowiska biznesowe - głównie ze względu na ogromne koszty wdrożenia takiego obowiązku dla samych przedsiębiorców telekomunikacyjnych, masa internautów, GIODO, UKIE, a nawet UKE - czyli sama „władza wdrażająca”, rząd jakby odpuścił. W połowie grudnia„mówiło się” nawet o wycofaniu Ministerstwa Finansów z tej inicjatywy. Szybko okazało się jednak, że Rząd „e-hazardu” - a raczej szansy na wprowadzenie bezprecedensowego mechanizmu kontrolowania treści w Internecie - tak łatwo nie odpuści. I tak, 19 stycznia projekt tzw. ustawy anty-hazardowej, a wraz z nim przepisy zmieniające Prawo Telekomunikacyjne (niesławny już art. 179a) zostały przyjęte przez Radę Ministrów.
Co to oznacza? Zwyczajnie, początek „normalnego” procesu legislacyjnego. Teraz projekt powinien trafić do odpowiedniej komisji (w tym wypadku - znowu absurd - będzie to zapewne Komisja Finansów Publicznych, bo przecież rzecz dotyczy hazardu, czyli wpływów budżetowych…) i po wstępnym opracowaniu pod obrady Sejmu. Naprawdę, lepiej by było, żeby ten projekt nie wpadł teraz w „zwyczajne” tryby prac sejmowych. Sprawa zasługuje na wyjątkowe potraktowanie, odpowiednio do stawki, o jaką toczy się gra (nomen omen). Skoro Rząd rozpoczął nie-całkiem-uczciwie, może nasi reprezentanci zdecydują się podejść do tego projektu poważniej? Trzeba mieć nadzieję (czyli głośno się o to dopominać), że posłowie podejmą przynajmniej decyzję o zorganizowaniu wysłuchania publicznego. Jeśli tak się stanie, jest jeszcze szansa na publiczną debatę na ten temat z przedstawicielami najróżniejszych środowisk, które od listopada próbują się przebić ze swoimi racjami.
Idealne byłoby jednak, gdyby to sam Rząd wycofał projekt „do uzgodnienia” i przeprowadził wreszcie rzetelne konsultacje społeczne. Chętnych do rozmowy na pewno nie zabraknie. 20 stycznia (zbieżność dat nieprzypadkowa) kilkanaście organizacji pozarządowych, walczących o przestrzeganie praw podstawowych w Polsce, podpisało się pod listem do Premiera i innych członków gabinetu, apelującym o podjęcie takiego dialogu. Czekamy na odpowiedź.
—
*Katarzyna Szymielewicz - prawniczka, absolwentka Development Studies na School of Oriental and African Studies, aktywistka, współzałożycielka Fundacji Panoptykon.
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...