NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Wstęp do książki „Drżące ciała” |
|
|
Z Arturem Żmijewskim rozmawia Sebastian Cichocki
|
|
27.01.2007 |
Sebastian Cichocki: Przeprowadziłeś wywiady z grupą artystów
kojarzonych z tzw. nurtem krytycznym, które zebrane zostały w jednej
książce. Czemu służą te rozmowy, jaki rodzaj wiedzy wiąże się ze słowem
mówionym, czy ta wiedza jest niezbędna do właściwej recepcji ich prac?
Artur Żmijewski: Artysta w społecznej optyce postrzegany jest jako
szaman, demiurg, kolorowy ptak, trochę szaleniec, ktoś nieustannie
chory, trawiony gorączką jakiejś nieusuwalnej dolegliwości. To jest
oczywiście społecznie wyprodukowany fantazmat. I ten wszechobecny
fantazmat chroni społeczeństwo przed rzeczywistym spotkaniem ze sztuką.
Ale równocześnie chroni on artystę przed rzeczywistą odpowiedzialnością
za własne działanie. Efektem aktywnej obecności fantazmatu jest
wytworzenie się instytucji immunitetu, jaki chroni sztukę przed
weryfikacją jej tez i wytwarzanej przez nią wiedzy. Słowo „chroni” jest
tu użyte w znaczeniu raczej pejoratywnym, gdyż fantazmat ten ma
właściwości impregnujące: społeczeństwo staje się nieprzemakalne na
treści produkowane przez sztukę. Fantazmat powstał jako narzędzie
obrony przed sztuką, ale zaczął też produkować swoje ofiary:
nieszczęśników, którzy wcielają się w ten fałszywy kostium.
Konsekwencje są takie, że artysta podążając tą wyznaczoną mu kulturowo
drogą, przestaje się uważać za partnera w dyskusji o rzeczywistości.
Dalej zgodnie z zasadą samospełniającego się proroctwa, organizującą
życie społeczne, artysta faktycznie traci wpływ na rzeczywistość.
Zrzucenie tego kostiumu, bez strukturalnej redefinicji pola
artystycznego w całej kulturze, kończy się tym, że brakuje
rozpoznawalnego tła, a artysta w zdeformowanej optyce „braku wzorca
postrzegania”, jawi się jako karłowata narośl na społecznej tkance,
rzucająca w świat swoją „idiotyczną” pretensję. Tymczasem to „idiotyzm”
owej pretensji jest bliższy prawdy, niż społecznie zaakceptowana
fantazja o artyście. „Idiotyzm” opisuje nieusuwalną niejasność obrazu,
z którą społeczeństwo i różne jego agendy, np. media czy nauka, nie
potrafią sobie poradzić: albo go upraszczają, albo uważają za zbyt
wieloznaczny.
Do czego jeszcze służy ten fantazmat?
Pamiętamy wielokrotnie ponawiany zabieg, gdy najpierw mówiono: „to nie
jest sztuka”, a potem przypuszczano medialny atak na dzieło i jego
autora czy autorkę. To właśnie była gra z fantazmatem i z rolą. Bo jest
to również rodzaj legitymizacji działań artystycznych, społeczny mandat
na wykonywanie sztuki. Artyści tymczasem, i to daje się odczytać z
wywiadów jakie przeprowadziłem, chcą przełamać tę zasadę. Nie chcą być
ubrani w mit, albo też szukają innego mitu. Nie chcą takiej
fantazmatycznej legitymacji do wykonywania swojego zawodu. Nie chcą
rangi ani immunitetu, ponieważ wszystko to są narzędzia alienacji.
Zerwanie zasłony, ujrzenie sztuki bez tej otulającej powłoki podszyte
jest jednak ryzykiem. Dlatego też budzi lęk u wszystkich tych, którym
na rękę jest utrzymanie mitu…
Ujrzenie prawdziwego obrazu, nieprzesłoniętego bielmem fantazmatu wiąże
się z pewną, pozorną jednak, stratą dla widzów i dla samych artystów.
Kim wówczas okazuje się artysta? Postacią, w której reprodukuje się
identyczność, powszedniość. Artysta w tym ujęciu to ktoś, kto jest, jak
i inni ludzie, trochę bezradny wobec świata. To trochę ignorant z
lukami w podstawowym wykształceniu, czasem to człowiek, który jak wielu
innych nie potrafi słuchać i niewiele wie, niewiele rozumie. To trochę
urzędnik piszący podania o stypendia, trochę konformista uśmiechający
się do ludzi, od których zależy jego los. To mała postać umiejscowiona
na peryferiach istotności. Dlaczego więc mamy go słuchać, skoro sam w
geście wyrzeczenia pozbywa się fantazmatu, który wiąże go z grozą i
wizją? Dlaczego rezygnuje z różnicy, która kreowała hierarchie i
stawiała go/ją ponad innymi? Dlaczego chce ponosić odpowiedzialność za
swoje artefakty? Dlaczego rezygnuje z immunitetu? Dlaczego go/jej
słuchamy? No właśnie – czy naprawdę słuchamy? Słuchanie powinno kończyć
się wysłuchaniem, a więc np. włączeniem do obiegu elementów wiedzy czy
procedur wyprodukowanych przez dany dyskurs. I te wywiady są formą
słuchania tych ludzi. Słuchania wtedy, kiedy „odklejają się” od sztuki.
Kim zatem mógłby być artysta, gdyby doszło do redefinicji jego roli w życiu społecznym?
Sztuka nie mając dobrej, rozumiejącej odpowiedzi dryfuje w stronę
kolorowego urojenia. Wykluczana jako wiedza, miewa okresy gdy przestaje
nią być. Ale nawet wtedy przechowuje tą „niepojętą” metodę podążania za
intuicją, za tym co wyparte, a co sztuka potrafi odzyskiwać, przywracać
publicznej debacie. A to jest naszym wspólnym ogromnym pożytkiem.
Sztuka jest więc lub może być (w zasadzie zależy to od stopnia naszej
świadomości) równorzędnym partnerem dla innych dyskursów – zajmuje się
tą samą rzeczywistością, podejmuje te same tematy – działa w tym samym
świecie i mówi o tym samym, o czym inne dyskursy. Bywa wobec nich
krytyczna, ale zarówno nauka jak polityka czy obyczajowość bywają
krytyczne wobec niej. A więc wszyscy rozmawiamy o tym samym – o świecie
w jakim żyjemy, o jego ograniczeniach i możliwościach i o tym jak
możemy go wspólnie konstruować. Tzn. my go już wspólnie konstruujemy
ale raczej bezwiednie, a myślenie o partnerach za często bywa
lekceważące.
Jak mogłaby się dokonać zmiana w sztuce?
Sama sztuka może przestać twierdzić uparcie, że dawane przez nią
odpowiedzi są pytaniami. Ja rozumiem, że to jest kłopotliwe, bo jak się
daje odpowiedzi to trzeba wziąć odpowiedzialność za konsekwencje tych
odpowiedzi. Czyli zmiana może nastąpić poprzez redefinicję statusu
wypowiedzi sztuki – ten doklejany na ich końcu znak zapytania kamufluje
ich faktyczny status stwierdzeń, konstatacji, odpowiedzi. Czasem są to
wręcz manuale – instrukcje naprawy miejsc w ciele społecznym, które są
„chorobowo zmienione”, bolą, krwawią.
Oczywiście artyści sami nie zmienią sytuacji – zmienią ją w
porozumieniu z ludźmi zajmującymi się polityką, nauką, etc. I to nie
wtedy gdy zaproponują kolejną „sztukę polityczną” wytwarzającą
eksponaty do white cube’u, kolejny towar opakowany w polityczny
papierek, ale świadome wejdą w strukturę polityczną z intencją
zaoferowania jej swoich możliwości i wzięcia udziału w negocjowaniu
kształtu wspólnej rzeczywistości. Wymieniajmy się kompetencjami.
Cytując Sławka Sierakowskiego: „Każdy – nauka, polityka, sztuka – ma
swoje środki (systematyczne badania naukowe, polityczne zdolności
organizacji wpływu i retoryczna skuteczność, artystyczne środki
diagnozowania świata i oddziaływania), ale teren walki jest przecież
wspólny.” Związki sztuki z władzą doprowadziły kiedyś do potworności – po tamtych czasach został nam wstyd utrudniający wspólne działanie.
Ciało społeczne zostało w tym miejscu zranione i do dzisiaj przechowuje
nieświadomy lęk, żal, pretensję. Ale sama sztuka formatując społeczne
fantazje też bywa śmiertelnie niebezpieczna. Baczyński, Gajcy, Borowski
sformatowali fantazje przyszłych ofiar w kształt zgody na śmierć. I
„został po nich złom żelazny, dławiący, trupi nieba fiolet.” Nie
ulegajmy iluzji, że dziś pisarze czy artyści wolni są od wpływu
ideologii. Równie powszechne, co naiwne przekonanie, że żyjemy w epoce
„końca ideologii” jest wystarczającym dowodem na to, że jest dokładnie
odwrotnie. Rzeczywistość społeczna jest a priori ideologiczna, albo się
służy istniejącemu status quo, albo się przeciw niemu występuje.
Wróćmy do przeprowadzonych przez Ciebie wywiadów. Jaka jest więc ta wiedza, którą dały Ci rozmowy z artystami?
Sztuka jest takim refleksyjnym aparatem analitycznym umieszczonym w
polu intuicji i przeczuć. Np. prace Libery: łóżeczka porodowe dla
nastolatek, obóz koncentracyjny z klocków Lego, etc. to coś więcej niż
obiekty – to budzące spory fakty społeczne i eksperymenty
artysty-antropologa. Te prace to zapis pewnej wiedzy w formie obrazów i
jednocześnie aktywne aparaty produkcji nowej wiedzy. Dlaczego ta
wiedza, która została przez Liberę wyprodukowana na drodze takich
eksperymentów, nie staje się częścią wiedzy antropologicznej? Dlaczego
traktujemy to wciąż jak kulturową rozrywkę? Dlaczego socjologowie nie
powołują się na wiedzę wytworzoną przez sztukę? Nauce nawet nie wolno
przeprowadzać takich eksperymentów, jak rzucenie w przestrzeń publiczną
zabawki z klocków, która przedstawia nazistowski kacet. A przecież taki
obiekt aktywnie penetruje przestrzeń społecznych przekonań i dostarcza
informacji o nich. Nie mówiąc o tym, że sam jest już rodzajem
antropologicznego i socjologicznego odkrycia. Kłopot pewnie w tym, że
„jest obrazem”, a analfabetyzm w zakresie czytania obrazów dotyczy
ekspertów innych dziedzin. Natomiast pojawiający się często wątek etyki
działań artystycznych jest w istocie dyskutowaniem „możliwości
wykorzystywania na szerszą skalę” proponowanych przez artystów,
procedur poznawczych. Sztuka to także aparat decentralizacji,
dywersyfikacji źródeł wiedzy.
Czy to, że jesteś artystą ośmielało w twoich rozmówców? Może mówili ci więcej niż krytykom, dziennikarzom?
Tak, zapewne. Ja też należę do tej upośledzonej grupy, która usiłuje
przeżywać świat poprzez obrazy. I tutaj ważne są dwie rzeczy. Pierwsza,
to błąd polegający na gardzeniu obrazami. Dlaczego to jest błąd? Np.
dlatego, że jak napisał Peter Sloterdijk (w książce „Pogarda mas”)
„masy są rządzone przy pomocy obrazów”. Rozpoznanie choćby tej sytuacji
jest „obroną konieczną”. Więc do innych artystów zbliża mnie to, że nie
gardzę obrazami, ale zdaję sobie sprawę z ich siły. Druga jest taka, że
sztuka, a właściwie obrazy są sposobem mówienia. Takiego
„przeformułowania”. Artyści myślą i mówią obrazami – nie potrafią
inaczej – a to jest na razie głębokim upośledzeniem. Upośledzeniem w
cywilizacji, która, co prawda, ma już intuicję, że w kontinuum
procedury poznawczej działanie artysty polegające na zaufaniu do
bezwiednego kojarzenia, do tego co wyłania się spod progu świadomości,
jest początkiem wiedzy. A to się daje przedstawić w formie obrazów.
Obraz jest więc tym widzialnym dziełem intuicji, przeczuć, zaufania do
chaosu, do błędu, które stanowią pierwsze stadium produkcji wiedzy – pierwszą, zagubioną chwilę poznania. Wiedza zwykle nie jest miejscem
wyładowania pragnień i uczuć, nie jest miejscem ostentacyjnej rozkoszy
czy ostentacyjnego wstydu, wiedza zwykle nie jest erupcją skrajnego
subiektywizmu – ale w sztuce jest. I na tym polega wartość tej
propozycji, na intersubiektywności rozumianej nie jako relacja
zdeformowanej przez optykę jednostek obiektywności, ale na relacji
subiektywności rozumianych jako jednostkowe iluminacje, olśnienia i
wglądy. Ja traktuję serio olśnienia i wglądy, jakich doświadczyli moi
rozmówcy i rozumiem je jako ich wkład do wspólnej wiedzy. Jeśli Paweł
Althamer opowiada, że drzewa to nerwy wystające z ziemi, ja to rozumiem
jako wgląd do jego świata. Jeśli opowiada, że rozmawiał z Bogiem, jak z
kolegą, to ja nie jestem sceptyczny i nie mówię mu, że Boga nie ma. Ja
wiem, że on rozmawiał z Bogiem NAPRAWDĘ. To dla mnie rzeczywisty fakt
pochodzący z jego subiektywności. I ja tę jego subiektywność doceniam i
afirmuję jako prawdziwie inną, a nie jako zdeformowaną przez filtr jego
indywidualności wspólną nam wszystkim obiektywność.
Zwróciłem ostatnio uwagę na to, jak wielką rolę w Twoich działaniach
odgrywa język. Nie dość, że piszesz sporo i bierzesz udział w licznych
dyskusjach, zdarza Ci się publikować manifesty, to jeszcze kwintesencją
Twoich prac wydaje się być często to, co się o nich MÓWI. To efekt
uboczny obrazów zarejestrowanych na taśmie filmowe, który pączkuje,
rozgałęzia się, splata z innymi. Jak gdyby Twoje filmy były jedynie
pretekstem do rozmowy i nie musiały istnieć poza ustnym przekazem.
To jest jeden z pożądanych efektów działania obrazów polegający na tym,
że obraz jest argumentem w toczącej się rozmowie. Jako argument podlega
regułom dyskusji: prowokuje odpowiedź i, jak każdy argument, może
spotkać się z argumentem silniejszym. A zatem może w tej dyskusji
polec. Moje filmy są argumentami i podlegają sprawdzeniu. I mogą zostać
przeważone przez opinię silniejszą, bardziej inteligentną, bardziej
przekonującą. Moim zdaniem artefakt, obraz jest ekwiwalentem tekstu,
jest jedną z opinii i NAPRAWDĘ nadaje się do dyskusji, a więc można go
obalić jako rację. Spektakularnym i jednocześnie skrajnym przykładem
takiej dyskusji jest argument wolności przeciw argumentowi
indoktrynacji w przypadku sztuki socrealistycznej. Takie „sprawdzenie
sztuki” mogłoby nam też pozwolić na „rozebranie się z fantazmatu”.
Wsparciem mogłaby jeszcze być rezygnacja z immunitetu i z rangi.
Paradoksalnie takie próby pozbawienia immunitetu były podejmowane w
czasie afery Doroty Nieznalskiej. Oskarżenie jej było wyrażeniem – w
gwałtownym języku – chęci pozbawienia jej kulturowej nietykalności.
Skarżąca Nieznalską grupa domagała się prawa do uznania własnego
sposobu definiowania rzeczywistości. Została jednak określona jako
wrogowie, a komunikacja z tą grupą została zablokowana poprzez
etykietowanie jej jako przeciwników wolności słowa. Powołuję się na to
zdarzenie, bo jest modelowe i jednocześnie najbardziej skrajne.
Skandale wokół sztuki lat 90. i te z początku XXI wieku są świadectwem
ambiwalencji w odbiorze treści sztuki. Z jednej strony pełniły funkcję
obronną przed treściami sztuki, z drugiej informowały o niewygodzie w
relacji z nią. Mówiły: ten immunitet jest tak silny, że od razu musimy
używać mocnego języka, żeby zakomunikować swoją opinię. Żeby zrównać
się z rangą sztuki, wyrównać tą asymetrię, język dyskusji od samego
początku debaty musi być przesadnie mocny. Taki przesadzony w swojej
gwałtowności język, realizował się publicznie jako skandal czy
wniesione do sądu oskarżenie.
Czyli „rozebrać się z fantazmatu” można np. poprzez pozbawienie się
kulturowej nietykalności, poprzez umieszczenie artefaktu w przestrzeni
realnego sporu w roli możliwego do zbicia argumentu. No i przez
realizację oferty skierowanej do innych dyskursów – oferujemy wam nasze
umiejętności i metaumiejętności. Sztuka nie zamienia swojego np.
politycznego zaangażowania w treść możliwą do wypowiedzenia tylko w
przestrzeni galerii, ale w treść realizującą się jako część
politycznego sporu, gdy zrzeka się swojej autonomii na rzecz
politycznego lub naukowego dyskursu.
Co jest charakterystycznego dla wiedzy uzyskanej przez artystów?
Jak ona powstaje i co różni ją od innych rodzajów wiedzy?
Wyobraźmy sobie kogoś, kto odbył studia uniwersyteckie. Jego/jej wiedza
ma strukturę takiego porządku, który układa się w sieć odsyłających do
siebie pojęć, definicji, analiz, etc. Ta struktura sieci ma oczywiście
miejsca puste – oczka sieci, w których lokuje się każda nowa wiedza.
Można powiedzieć, że ta sieć odniesień aktywnie strukturuje nowe
informacje, umieszczając je we właściwych oczkach sieci i włączając w
system odniesień. Artyści z racji upośledzenia, jakim jest
fragmentaryczność wiedzy teoretycznej wykładanej w szkołach
artystycznych, mają to skonstruowane inaczej. A zatem nie ma sieci, bo
nie ma węzłowych pojęć, które odsyłając do siebie tworzą i sieć, i jej
puste miejsca. Nowa wiedza wlewa się po prostu w obszar pozbawiony
struktury lub mający postać lokalnych zawirowań grupujących jakieś
fragmenty wiedzy. Być może w takim zaprojektowaniu wiedzy dla artystów
kryje się pewna społeczna mądrość. Skoro elementy niehamowane przez
strukturę swobodnie się przemieszczają, to i sposób kojarzenia nie jest
zdeterminowany powszechnie obowiązującą regułą. A skoro tak, to efekty
takiego nieortodoksyjnego kojarzenia bywają interesujące z powodu
właśnie „niemożliwych skojarzeń”. Tym, co odróżnia ten system od
pospolitej głupoty jest coś, co nazwiemy „nadmiernie intuicyjnym”
wyposażeniem artystów i pewną nadwrażliwością społeczną. To jest ten
naddatek, te metaumiejętności, którymi nadrabiają braki w klasycznym
wykształceniu. Mówiłem już o tym kiedyś, że artyści, tak jak i
kieszonkowcy widzą miejsca społecznej „nieuwagi”, próżni, obojętności.
Widzą te fragmenty ciała społecznego, które uległy anestezji. W
nieoficjalnym dyskursie mają status śpiących. Czyli artyści widzą te
miejsca, które Žižek opisał jako te, o których nie wiemy, że o nich
wiemy. Ciekawe jest to, że cały taki system kojarzenia został
społecznie zrealizowany i funkcjonuje, natomiast jego efekty nie są
odważnie przez to społeczeństwo konsumowane.
Czy zauważyłeś w swoich badaniach-wywiadach obecność tematów
cierpiętniczych, martyrologicznych czy też mesjanistycznych,
stawiających doświadczenie sztuki ostatniej dekady w typowo polskim
kontinuum postaw i motywacji?
Nie chcę nakładać na działania wolne, „wolność ubezpieczające”, tej
siatki polskich schematów, która redukuje nas do wykonawców woli czy
raczej paranoi pokoleń. Jesteśmy prawnukami Gombrowicza, lubimy
polityczne rozwiązania, lubimy przebiegłość, chytrość, lubimy być
trochę słabi, trochę oportunistyczni i manifestacyjnie nieetyczni.
Cierpimy, ale jak petenci w kolejce do biura. Mesjanizm też jest obcym
słowem: czy ktoś ze znanych Ci artystów powtarza, że „z Polski wyjdzie
iskra, która odmieni świat?”. Bliższy byłby może mit prometejski, ale
jak pogodzić z nim tę denuncjację swojego moralnie niejednoznacznego
zachowania? Podłości popełnianej w sztuce? Praktykowanie działań
haniebnych?
I wracając do mesjanizmu – czy słowo zbawienie może mieć zastosowanie
do sztuki obecnej? Może jest obecne jako intencja zbawienia-ocalenia
przez wiedzę, jako uwolnienie od mainstreamowego kompleksu zaprzeczeń i
wyparć. Sztuka, jakiej reprezentantami są moi rozmówcy dążyła do
uwolnienia ludzi od społecznie przeżywanego bólu poprzez przyznanie
się. Ale przyznanie się jest w pewnym sensie niemożliwe – zakłada
identyfikację z winą, z winnym. I również przynosi ból, ponieważ wiedza
wiąże się z oglądaniem „tego, co rzeczywiste” – nieosłoniętej podstawy
bytu, prawdy o egzystencji, o jej uwarunkowaniach i kosztach. Dobrym
przykładem niemożliwości zlokalizowania winnego jest obecność systemu
sądownictwa. Paradoksalnie jego istnienie świadczy o tym, że winy „nie
ma”. Nikt się do winy nie przyznaje – winę trzeba ustalić – arbitralnie
przypisać. Nie chcę tu powiedzieć, że sztuka jest oskarżycielem, chcę
powiedzieć, że sztuka opisywała (opisuje) istnienie mechanizmów
społecznych zasłaniających „to, co rzeczywiste”. Ale w odróżnieniu od
bezstronnego obserwatora, jakim chce być np. nauka, sztuka angażuje się
w poszukiwanie „sprawcy”. Sprawcą nie jest oczywiście osoba lub grupa,
ale mechanizm któremu ta społeczność ulega. Sprawcą jest właśnie ta
bezwiedna zgoda na działanie owego mechanizmu. Sztuka eksponuje
samowolę targających nami mechanizmów włączając ją w strukturę
artefaktu. A więc często sama okazuje się być współsprawcą, jest
współwinna – denuncjuje samą siebie. Czyni samą siebie częścią
społecznej przemiany. Może więc działać jako przyczyna badanego
mechanizmu, np. jako część aparatu społecznej represji, część
mechanizmu wykluczenia. Dobrym przykładem są prace Santiago Sierry,
które stają się np. częścią rasistowskiej nagonki na ciemnoskórych,
obcych, albo narzędziem wyzysku biednych. Różnica jest jednak taka, że
sztuka czyni to jawnie – na każdym etapie działania denuncjuje samą
siebie. Co oczywiście nie umniejsza jej winy, tym bardziej że sztuka
się od winy nie uchyla. Więcej, przyznaje się że jest sojusznikiem
kulturowej przemocy. Jest władzą kasty nietykalnych. Sierra działając w
polu kultury pokazuje jak ta właśnie kultura usprawiedliwia przemoc.
Jak kultura nadaje rangę i wartość takiej podłości, jakiej on się
dopuszcza.
Czy doświadczenia tzw. sztuki krytycznej mówią nam coś ważnego o Polsce?
Tak, mówią nam, że możliwa jest Polska krytyczna, świadoma. Że można
wejść na ten poziom cynizmu, żeby widzieć i wiedzieć. Sztuka krytyczna
była taką ciągłą świadomością, upartą autorefleksją. Rozwinęła
autorefleksję w sztuce – teraz znów się to zgubiło – ponieważ sztuka
nie przechowuje swojej mocy, nabywa ją i gubi w zależności od np.
presji rynku, który promując powiedzmy malarstwo, zniechęca sztukę do
produkcji idei – „szkodliwość ideologiczna” malarstwa jest niemal
żadna. Presja art industry jest w stanie wymusić posłuszeństwo artystów
jako kulturowych producentów.
Jaka jest więc specyfika działań artysty w tym kraju, abstrahując od
ogólnie znanych, międzynarodowych schematów wymuszonych przez rynek
sztuki? Gdzie się podział pierwiastek rewolucyjny, ta ciągła
historyczna niezgoda, knowania?
Polska nie jest miejscem rewolucji, jest raczej producentem stagnacji.
Popatrzmy na zwycięstwo prawicy w 2005 roku: spełniła najważniejszą
wyborczą obietnicę, tj. obietnicę dyscyplinowania tego społeczeństwa do
przeżywania patriotyzmu, religii, wzajemnej kontroli. Realizuje
strategię małych kroków: patriotyczny program w szkołach, postulat
całkowitego zakazu aborcji etc. I zagrożenie się rozmywa, zamienia się
w nudę, w „jakoś to będzie”. W dodatku ta władza „trenuje”
społeczeństwo do małych ustępstw. Taka nieustanna mobilizacja w końcu
ludzi nuży, ludzie uciekają od konieczności ciągłych protestów. I wtedy
władza wykonuje kolejny mały krok. Sztuka krytyczna – nastawiona na
nieustanny współudział w komentowaniu rzeczywistości – była ewenementem
w tym kraju. Była takim błyskiem oświecenia. Oczywiście miała
zakotwiczenie we wcześniejszych wieloletnich działaniach takich
artystów i ośrodków jak: Przemysław Kwiek, Zofia Kulik, Grzegorz
Kowalski, Elżbieta i Emil Cieślarowie, Oskar Hansen, łódzka Kultura
Zrzuty, Wyspa w Gdańsku, etc. To był nurt myślenia i tworzenia oporu w
postaci wiedzy. Oni zaczynali w złych czasach; po 1989 wszystko się
otworzyło, takie myślenie zyskało na pewien czas hegemonię i z nurtu
marginesowego stało się dominującym. Teraz tę hegemonię traci. We
wzroku innego, w spojrzeniu recenzenta artyści odczytują wahanie. I
narcyz się płoszy. A w sztuce to jest szczególnie ważne – narcyz w
artyście nieustannie musi się przeglądać w akceptującym spojrzeniu
innego. To także jest narzędzie kontroli treści sztuki.
W kilku twoich filmach („Lisa”, „Icyk”, a nawet „80064”) pojawia się
tradycyjna dokumentalna formuła „gadających głów”. Czujesz potrzebę
dawania świadectwa, wcielania się w rolę dokumentalisty?
To, co bierzemy za dialog, np. w rozmowie, jest w istocie dwoma
monologami. Ludzie nie słuchają siebie nawzajem, a jedynie formułują
społeczny obraz siebie, dając świadectwo uczestnictwa w interakcji i
przy okazji tworzą dla siebie obraz samych siebie. Często dzieje się
tak właśnie ze sztuką, artysta produkuje obraz, który w powszechnym
przekonaniu – w tym samego artysty – może być właściwie zinterpretowany
tylko w jeden sposób. Innymi słowy, dzieło posiada jedno kanoniczne
odczytanie – oczywiście zgodne ze zdaniem samego artysty. Inne
odczytania bywają rugowane lub kompromitowane. Jest to zatem monolog, a
nie zaproszenie do dialogu. Kanoniczne odczytanie jest więc realizacją
władzy symbolicznej i reprodukowaniem przemocy poprzez sztukę. Dlatego
daję czasami moim bohaterom możliwość mówienia poza moją władzą
symboliczną i poza moją cenzurą. Ich świadectwo jest wówczas ważniejsze
niż moje domniemania i formułowane przeze mnie interpretacje. Dając im
głos pozbywam się również władzy nad kanonicznym odczytaniem. Władzy
tej nie mam już na etapie nagrywania wypowiedzi bohaterów filmu.
Czy w Tobie dokonała się przemiana pod wpływem wiedzy, jaką dało Ci
mierzenie się ze ślepymi zaułkami sztuki, z nieprzewidywalnymi
rezultatami własnych poszukiwań? A także słuchanie, jak to kiedyś
określiłeś „naocznych świadków”, jakimi są artyści?
Zaułki sztuki oczywiście nie są ślepe – to meandry ciała społecznego
inwigilowane przez wyposażonych w szczególny aparat poznawczy ludzi.
Szczególny, ponieważ dający się porównać do aparatu poznawczego
chiromanty – wizja jest wiedzą, sen wskazówką, intuicja ścieżką
poznania. Czy twarda behawiorystyka traktuje serio pytanie zadane przez
Jacka Kaczmarskiego: „Dlaczego wszyscy ludzie mają zimne twarze?
Dlaczego drążą w świetle ciemne korytarze?”. Sztuka traktuje takie
pytania serio. I w dodatku może dać na nie odpowiedź, bo realizuje
postawę holistyczną – to, co wykluczone z innych dyskursów: emocje,
błąd, przerażenie, sprzeczność, tu są narzędziami działania razem z
racjonalnością i analizą. Jak jesteś i mądry i głupi jednocześnie, to
masz w ręku więcej niż ten, co tylko wie, albo tylko nie wie. I w
sztuce możesz być głupi – bo twoje „wiedzące ja” używa cię jako
transmitera, medium, mieszka w tobie. Ja nie opowiadam się za głupotą,
ja chcę powiedzieć, że sztuka zawiera potencjalnie więcej rozmaitych
wolności, ponieważ np. nie wyrzekła się głupoty, błędu, absurdu, lęku,
sprzeczności, zdominowania przez emocje, etc. To otwiera większe
możliwości kojarzenia i osłabia dominację sztywnych procedur
poznawczych, jakie nieuchronnie produkuje ortodoksyjnie pojmowana
racjonalność.
To prowadzi także w obszary mroczne, dziwaczne, pełne obsesji. Kiedy
organizowałeś wystawę „Parteitag” postulowałeś postawienie się choć na
chwilę po „ciemnej stronie”: wcielenie w rolę oprawcy.
Sztuka jest takim ciemnym obszarem w ciele społecznym – to, co
artystyczne jest i musi pozostać nienazwane, mroczne, otoczone zarazem
czcią i pogardą. Musi, nie z powodu działania sił nadprzyrodzonych, ale
dlatego że taki jest interes społeczny – utrzymywanie takiej strefy,
jak z powieści „Stalker” braci Strugackich, w której nie obowiązują
prawa fizyki, a zwykłe przedmioty budzą grozę i nic nie jest
bezpieczne. Interesem społecznym jest utrzymywanie obecności takiej
właśnie strefy w ciele społecznym. To jest szufladka na szaleństwo,
błąd, histerię, dziwność, etc. I pęknięcie w sztuce – schizma jaka się
w niej już dokonała – polega na zdradzie tych, którzy obsługują ową
strefę – samych artystów. Zdefiniowali obrazy jako język i szukają dla
niego miejsca w racjonalnym i w irracjonalnym, ale nie chcą już palić
świętego ognia i być kapłanami. To pęknięcie już nastąpiło, a jedynym
co scala jeszcze sztukę jest ekonomiczna hegemonia rynku. To rynek
maskuje owo pęknięcie i nie pozwala na porzucenie kapłaństwa, ponieważ
z tego właśnie społecznego rojenia o artyście jako kapłanie, czerpie
zyski. Tu jest źródło fetyszyzacji dzieła i wzrostu jego ceny.
Czego jeszcze nauczyłeś się od artystów?
Przekonania o sile obrazów i sile wyobraźni. Następna rewolucja, jak
powiada Žižek rozegra się w wirtualnej rzeczywistości. Ten, kto
zdobędzie ludzką wyobraźnię, ten ją wygra. Czy sztuka potrafi włączyć
się w tą rewolucję? Przecież wie jak organizować wyobraźnię. To jest
może odpowiedź na pytanie: do czego jeszcze może nam się przydać
sztuka? Czesław Miłosz zadał w jednym ze swoich wierszy pytanie: „Po co
nam poezja, skoro nie ocala narodów ani ludzi?”. Zapytam za nim: po co
nam sztuka, skoro nie ocala narodów ani ludzi? Jeżeli nie
potrafilibyśmy sztuką działać w rzeczywisty sposób w rzeczywistym
świecie – to po co nam ona?
Wstęp do książki Artura Żmijewskiego „Drżące ciała. Rozmowy z
artystami”, Galeria Kronika, Korporacja Ha!art, Seria Krytyki
Politycznej, t. 2, Bytom-Kraków 2006.
Czytaj: Rozmowa z Katarzyną Kozyrą
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 02.09.2007 )
|
|
|
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...