|
Gdy władze niemieckie uznały, że po kilkunastoletniej walce sprawa RAF-u (Rote Armee Fraktion) jest już zamknięta, temat niespodziewanie powrócił. Na stronach lewicowych ugrupowań młodzieżowych zaczęła się pojawiać charakterystycznie podniesiona pięść (znak RAF-u), a na niemieckim rynku wydawniczym ukazały się publikacje szeroko komentujące działalność niemieckich ugrupowań terrorystycznych i bojówek paramilitarnych, w tym również RAF-u. W końcu na podstawie książki Der Baader-Meinhof-Komplex Stefana Austa powstał film pod takim samym tytułem. Trudno odmówić racji Michałowi Sutowskiemu, że dla wielu widzów pozostanie on jedynym wiarygodnym źródłem wiedzy o tamtych czasach, choć żadnej historii w nim nie ma, a już na pewno nie ma
historii prawdziwej. Polski rynek czytelniczy w tej materii jest nad wyraz ubogi; do wymienionych przez Michała Sutowskiego publikacji dorzuciłabym jeszcze dwie: Czerwone życiorysy, szczególnie fragment Ulrike Meinhof i banda Baader-Meinhof, autorstwa Melvina Lasky’ego i 50 dni grozy Janusza Moszczeńskiego i Marii Wągrowskiej.
Jezus pierwszym socjalistą
Obraz Baader-Meinhof Komplex pojawił się na ekranach stosunkowo niedawno i wzbudził spore emocje. Nie, nie w Niemczech, gdzie ci, którzy tamte czasy pamiętają (rozumieją?), wypowiadali się o nim raczej sceptycznie (co, nie ukrywam, na samym początku mnie dziwiło), ale w Polsce. Myślę, że Emilia Walczak nie jest w swoim poczuciu rozczarowania z powodu wyczerpania się buntu odosobniona. Taki film jest więc dla wielu osób wizualizacją potrzeby zmiany rzeczywistości. Walczak pisze nawet, że „sytuacja się powtarza (…) i zatacza koło”. Zgadzam się, ale jest to zupełnie inne koło. Powracają do nas idee walki z bezmyślnym przemysłem konsumpcyjnym, który przekształca to, co kiedyś było kontrkulturowe, w doskonałe marketingowe produkty dla tych, którym się wydaje, że dzięki temu pokazują światu swoją „undergroundowość”. I nie mam tu na myśli bon motów z No logo Naomi Klein, które do tej problematyki nic ani ciekawego, ani nowego nie wniosło, a tylko kopiuje problemy sygnalizowane przez Theodora W. Adorno i Maksa Horkheimera w Dialektyce Oświecenia z 1947 r. Nie mogę się również zgodzić z inną opinią Emilii Walczak: że krytycznie myślący, lewicujący młodzi ludzie zmieniają się w filmie niemieckiego reżysera w męczenników: „Hippis krzyczący po ataku na wydawnictwo Springera: Wietnam! Wietnam! albo zmarły w więzieniu w Stuttgarcie po wycieńczającym strajku głodowym Holger Meins (Stipe Erceg) – obaj przypominają wyglądem Jezusa”. Jeśli każdy długowłosy i brodaty mężczyzna kojarzy się Emilii Walczak z Jezusem, to spacer po Parku Angielskim w Monachium w 1968 roku mógłby być dla niej iście mistycznym przeżyciem… Tak, wiem, „Jezus był pierwszym socjalistą”, ale to porównanie jest - moim zdaniem - nadużyciem. W filmie Hair w Central Parku hipisi raczą się LSD jak hostią – i co z tego?
Zabawy z bronią
Wracając jednak do samego filmu: podzielę się tym, czym dla mnie był „świetny komiks Edela”. Na Baader-Meinhof pobiegłam dzień po premierze i… naprawdę nie wiem, do kogo skierowany jest ten obraz. Bo przecież nie do tych, którzy chcą poznać historię tamtych czasów. Z krótkich sekwencji nie zorientują się, dlaczego przyjazd szacha Rezy Pahlawiego wywołał w Niemczech społeczną dyskusję, która w efekcie przyczyniła się do fali demonstracji. Nie dowiedzą, jakie konsekwencje wywołało śmiertelne postrzelenie podczas studenckiej demonstracji studenta Benna Ohnesorga przez policjanta Karla-Heinza Kurrasa i dlaczego data 2 czerwca przeszła do historii, a pewien paraterrorystyczny ruch przyjął ją za swoją nazwę. Przeciętnemu widzowi trudno będzie wyłapać drobny niuans – oko puszczone przez Rudiego Dutschkego i nieśmiały uśmiech Ulrike Meinhof (rzecz ma miejsce podczas kongresu antywietnamskiego na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie). A przecież to sygnał późniejszego mariażu czarnej i czerwonej linii terroru!* A może i początek niedoszłego romansu, jeśli przytoczyć słowa żony Dutschkego: „Gdyby nie zamach, Rudi Dutschke powstrzymałby Ulrike Meinhof od walki zbrojnej. Gdyby nie zamach, Rudi Dutschke sam poszedłby tą drogą…”** Równie nieudolnie pokazano zamach na Dutschkego czy Josefa Bachmanna (zamachowca) bezradnie łykającego jakieś proszki w ruinach. Bardzo natomiast wyraźnie pokazano Dutschkego z kulami w głowie, w plecach i w nodze, zdejmującego buta (chociaż gdyby się opierać na książce Austa, reżyser powinien pokazać upadający rower). Ale gdzie jest powiązanie tego wydarzenia z „Bildem” i artykułem Stoppt Dutschke jetzt, piętnującym Dutschkego i ruch opozycji pozaparlamentarnej? Z całą pewnością nie wyjaśnia tego problemu opakowana w „Bild” ciężarówka wyjeżdżająca z drukarni Springera. Zamach ten miał przecież wymiar symboliczny, pokazał, jak dalece media manipulują opinią publiczną - trzymając jednostki w „jednowymiarowym społeczeństwie”, wystawionym na publiczny osąd przez Herberta Marcusego, o którym, swoją drogą, w filmie nie ma ani słowa.
Podobnie rzecz się ma ze sceną śmierci głodowej Holgera Meinsa i obrazem jego pogrzebu, w trakcie którego nagle, prawie jak duch, pojawia się postrzelony wcześniej tajemniczy Dutschke i wypowiada pamiętne słowa „Holger, walka trwa nadal”. Kolejny więc ważny moment dla Niemców, dla RAF-u, dla Ruchu Protestu, pozostał niedopowiedziany. A czyż nie było to jednoznaczne wskazanie, że tylko walka zbrojna, przy wykorzystaniu metod terroru, a nie tylko guerilli miejskiej, ma sens?
Ludzie jednowymiarowi?
Takich przykładów jest sporo. Chociaż, z drugiej strony, gdyby te momenty zupełnie wyciąć, z filmu pozostałoby niewiele: długie sceny walk ulicznych i misterium krwawiącej rany postrzałowej. Może więc Baader-Meinhof miał być próbą odbrązowienia ikon, pokazania zwolennikom przemocy i aktów terrorystycznych, że dawni bohaterowie byli zwyczajnymi ludźmi, którym część tzw. „akcji” wychodziła przypadkiem? Film pokazuje jednak coś zupełnie innego - momentami nawet zabawnego. Baader ze stratega zmienia się w lowelasa zainteresowanego nocnymi wyścigami porsche (swoją drogą ciekawe, dlaczego bohaterowie nie jeżdżą BMW, który był częściej używany przez RAF, po pierwsze dlatego, że był szybki i elegancki, po drugie ze względu na akronimiczną zbieżność nazwy Baader-Meinhof-Wagen = BMW) i strzelaniem do znaków drogowych. Ale pojawia się także coś niepokojącego – stereotypowość w podejściu do „kobiecego ramienia” ruchu. Otóż Meinhof i Ensslin ukazane są jako rozhisteryzowane nimfetki i kury domowe, które nie potrafią utrzymać na wodzy emocji, w spektakularny sposób kłócą się na więziennym dziedzińcu, opalają nago na dachu w Jordanii i bezmyślnie realizują „rewolucyjne” polecenia Baadera. Ten mało korzystny obraz bije przede wszystkim w Meinhof – jej ostry język i artykuły są ogólnie znane, tu jednak została przedstawiona jako niezbyt urodziwa działaczka, która ma trudności z wypowiadaniem własnego zdania i która „boczy się” na Gudrun o korekty tekstów, o czym prawie przez łzy informuje Andreasa. Melvin J. Lasky, analizując osobowość Ulrike Meinhof, stwierdził: „Więzienia powstają i znikają, ale rozszalały duch rewolucji trwa w walecznym uporze. W 1789 roku europejska lewica zaczęła od zburzenia Bastylii. Podobno ku więziennym murom poprowadziła tłum ognista paryżanka Theroinge de Mericourt, prawdziwa Ulrike Meinhof swoich czasów”***.
Płaszczyk z Zary
Wracając jednak do relacji (jak to ładnie nazwał Michał Sutowski) „pierwszej samicy” – Gudrun i pełnej chmurnego wdzięku intelektualistki – Ulrike. Nie można oczywiście odebrać Ensslin tytułu „rewolucyjnej narzeczonej”, ale film, co mnie mocno zaskoczyło, maluje ją jako siłę sprawczą wydarzeń. Gdyby tak było, czyż banda nie nazywałaby się wtedy Baader-Ensslin? Meinhof i Ensslin początkowo połączyło coś, co trudno zapewne wyjaśnić w paru zdaniach. Ta kwestia nie jest też doprecyzowana ani w filmie, ani w książce. Jak to nazwać – fascynacja ideą rewolucji? Siłą? Przemocą? To na pewno ujęło Ulrike, która po kontaktach z Ensslin uświadomiła sobie, że wierząc w konieczność prowadzenia walki zbrojnej, wyjścia z propagowanego w tym czasie przez frakcję antyautorytarną biernego oporu, swoimi artykułami sprowadza to mimo wszystko do komercji, zarabiając na rosnącej w ten sposób swojej popularności. Ensslin z całą pewnością nie w smak była ta lekkość pióra i swoboda w precyzowaniu myśli Ulrike. Sama jako „krzykaczka” – jak o niej mówiła Meinhof - nie miała żadnej przenikliwości, powielała tylko frazesy. Na samym początku to one mogły stworzyć niebezpieczny tandem siostrzany, gdyby ciągle nie chodziło o to, aby pomóc Baaderowi. Cóż, może więc obraz nie jest do końca wiarygodny. Pamiętajmy, że autor książki Stefan Aust wprawdzie wiedział, o czym pisze, ale nie do końca pozostał w tym pisaniu bezstronny. W filmie, gdy Ulrike dowiaduje się, że jej dzieci zostały zabrane z kryjówki na Sycylii i przekazane ojcu, stwierdza: „Tylko ta świnia znała hasło”…
Po obejrzeniu filmu poczułam jednak niesmak - może przez szacunek, który żywię do samej Meinhof i jej tekstów, może przeraziła mnie unaoczniona tu wszechogarniająca stereotypowość, przypisująca wielkie czyny mężczyznom. Postąpię więc jak bohaterki Uli Edela i zapytam z czysto kobiecego punktu widzenia: dlaczego po zarysowaniu widzowi doniosłego problemu walki z monopolistami, konsumpcjonizmem, kapitalizmem i systemem, ubrał jedną z bohaterek – Petrę Schelm – w płaszczyk sieciowej firmy odzieżowej Zara (kolekcja jesienna 2007) – czy ktoś tu coś źle zrozumiał?
* Mianem „czerwonej linii” określano działania ruchu antyautorytarnego oparte na zasadach tzw. guerilii miejskiej; linia „czarna” oznaczała działalność terrorystyczną.
** F. Teufel, Rudi, der Kampf geht weiter!, „Die Tageszeitung”, 15. Januar 1980, [cyt. za:] W. Kraushaar, K. Wieland, J. P. Reemtsma, Rudi Dutschke, Andreas Baader und die RAF, Hamburg 2005, s. 19.
*** M. J. Lasky, Ulrike Meinhof i banda Baader-Meinhof, [w:] tegoż, Czerwone życiorysy, Warszawa 1990, s. 135.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...