|
Niedawne spadki na giełdach pokazują,
jak gospodarcze sztuczki ekipy George’a W. Busha ponoszą klęskę.
Pod płaszczykiem wojny z terroryzmem siły i zasoby inwestowano w
ekspansjonistyczną politykę międzynarodową, kosztem osób
w złej sytuacji materialnej. Terapia, jaką prezydent Stanów
Zjednoczonych pragnie zaaplikować gospodarce na progu recesji,
pozostaje niezmienna: ciąć podatki najbogatszym i rozdymać deficyt
budżetowy do rekordowych rozmiarów.
Pierwsze symptomy tego, co dziś możemy
obserwować na rynkach, Joseph Stiglitz, szef rady doradców
ekonomicznych prezydenta Clintona i laureat nagrody Nobla w 2001
roku, przewidział już w 2003 roku. Wtedy to na rynku amerykańskim
ukazała się jego książka Szalone lata dziewięćdziesiąte,
w której pokazuje źródła pierwszej po kadencji
Clintona recesji oraz długofalowe zagrożenia. Nie brakuje w niej
wzmianek o tym, że amerykański rynek hipoteczny nie należy do
najbardziej stabilnych - a właśnie od nieruchomości i
działalności spekulacyjnych funduszy inwestycyjnych rozpoczął się
w zeszłym roku proces powolnego końca ożywienia ostatnich lat.
Porażki funduszy inwestycyjnych na rynku domów i mieszkań
wpłynęły na odpływ kapitału z amerykańskiej giełdy.
Jednak to nie prognozy - jak się
okazuje, trafne - są osią książki. Stiglitz opisuje przede
wszystkim kulisy reform gospodarczych, które umożliwiły po
1992 roku wyjście z zaklętego kręgu neokonserwatywnej wizji
gospodarczej Reagana i Busha seniora. 12 lat republikańskich rządów
wpłynęło również na zmianę pozycji politycznej Partii
Demokratycznej, która atakowana za rzekome „rozrastanie
państwa” i swą antybiznesową postawę przyjęła kurs w kierunku
centrum, wyprzedzając podobną przemianę brytyjskiej Partii Pracy i
niemieckiej SPD.
Bill Clinton odziedziczył gospodarkę
obciążoną olbrzymim deficytem budżetowym. Ronald Reagan
zdecydował się na rozpoczęcie szeroko zakrojonej deregulacji
rynku, połączonej z obniżką podatków dla najbogatszych.
Efekty gospodarcze tych decyzji były tak opłakane, że nawet Bush
senior nazwał je „szamańskimi sztuczkami”. Nowo wybrany
Demokrata początkowo chciał przede wszystkim doprowadzić do
zapewnienia wszystkim dobrze płatnych miejsc pracy, co obiecywał w
kampanii wyborczej. Jednak mając przeciwko sobie republikańską
większość w Kongresie, bardzo szybko zdecydował się skupić na
zmniejszaniu deficytu budżetowego i deregulacji. Udało mu się
nawet wypracować nadwyżkę budżetową i jednocześnie obronić
wzrost gospodarczy, jednak koszty tego ponieśli najubożsi.
Ucierpieli w wyniku reformy pomocy społecznej, która
ograniczyła państwowe wydatki na ten cel.
Chwaląc się 16 milionami nowych miejsc
pracy stworzonymi za Clintona, Stiglitz zapomina, że większość z
nich należała do sektora nisko płatnych „junk jobs”, z których
trudno się utrzymać przy życiu, o czym przypomina Barbara
Ehrenreich w książce Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć.
Nic to, że osoby pobierające tego typu wynagrodzenia najczęściej
stołują się w barach szybkiej obsługi, co wpływa na wzrost
otyłości i kosztów opieki zdrowotnej. Cóż z tego,
skoro większość z nich nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, za to
opieka społeczna nie wydaje na nich pieniędzy? Ważne, żeby nie
powiększać deficytu.
Słowo „deregulacja” robiło w
latach 90. XX wieku oszałamiającą karierę. Środowiska
konserwatywne przedstawiały ją jako lek na całe zło, lek, który
ma doprowadzić do obniżki cen i poprawy jakości usług. Wydarzenia
związane z rynkiem energetycznym w Kalifornii pokazały jednak, że
jest to reguła równie dyskusyjna, co krzywa Laffera
(przychody budżetu wzrastają, gdy zmniejsza się obciążenia
podatkowe, do dziś nie potwierdzono tego empirycznie). Po
wprowadzeniu deregulacji do systemu energetycznego Kalifornii ceny
energii w ciągu trzech lat wzrosły ośmiokrotnie, a przerwy w
dostawach prądu na Zachodnim Wybrzeżu były coraz częstsze. Ta
lekcja ekonomii mocno uderzyła po kieszeniach mieszkanki i
mieszkańców stanu.
Mimo nieznacznych podwyżek podatków
dla bogatych administracja Clintona przyklasnęła pomysłowi
likwidacji obciążeń fiskalnych od zysków kapitałowych. Jak
pisze Stiglitz, „była to najbardziej regresywna obniżka podatków
jaką można sobie wyobrazić — przynosząca pożytek jedynie tym,
którym już i tak dobrze się powodziło” (s. 170).
Premiowała ona spekulacje giełdowe i nadymanie wysokich kursów
spółek internetowych, których kurs raptownie spadł,
gdy przyszedł czas rynkowej korekty. Nie sprzyjała także
zmniejszaniu rosnących dysproporcji zarobkowych między szefostwem a
pracownikami — o ile w Japonii różnica w zarobkach jest
„jedynie” dziesięciokrotna, o tyle w Stanach szef zarabia
średnio aż 500 razy więcej od zwykłego pracownika tej samej firmy.
Wszystkim tym zjawiskom towarzyszyła
niefortunna polityka międzynarodowa - najbardziej jaskrawym
przykładem jest wspieranie niepodzielności praw intelektualnych
międzynarodowych koncernów do leków ratujących życie
i oporu wobec produkowanych przez uboższe państwa odtwórczych
leków geriatrycznych [leki odtwórcze, czyli
generyki to tańsze odpowiedniki leków oryginalnych, które
mogą być wprowadzane na rynek po wygaśnięciu ochrony patentowej].
USA stworzyły NAFTĘ, organizację swobodnego przepływu kapitału i
umożliwiającą drenowanie go z Meksyku, a jednocześnie zaczęły
proces uszczelniania granicy z tym krajem. Szermowanie hasłami
wolnorynkowymi nie przeszkadzało Amerykanom w zabójczym dla
krajów Globalnego Południa dotowaniu bogatych, rodzimych
farmerów czy innych gałęzi przemysłu. W USA interes
narodowy w cudowny sposób zawieszał stosowanie tych samych
reguł, które globalne instytucje finansowe aplikowały krajom
rozwijającym się.
Książka Stiglitza pozwala zajrzeć za
kulisy i zobaczyć proces podejmowania decyzji, które miały
wpływ na jakość życia milionów ludzi, nie tylko w Ameryce.
Stiglitz nie ukrywa, że należy do nurtu liberalnej lewicy „trzeciej
drogi”, jest ona jednak inna od tej, którą znamy z
deklaracji Blaira czy Schroedera. Nie poddaje się presji rynku,
traktuje go jako środek do osiągnięcia celu (lepszej
redystrybucji, większej równości). Wierzy, że istnieją
takie dziedziny funkcjonowania społeczeństwa, w których
państwo nie jest już potrzebne bezpośrednio, ale powinno aktywnie
uczestniczyć w tworzeniu nowych gałęzi gospodarki i odgrywać w
nich kluczową rolę. Stiglitz podaje także przykłady obalające
tezę, jakoby przedsiębiorstwa państwowe były mnie wydajne od
prywatnych. Jako wzór pokazuje chilijskie kopalnie miedzi,
profesjonalnie zarządzane przez powołanych przez państwo
menedżerów, ich przeciwieństwem są kierujące się rzekomą
racjonalnością prywatne spółki fałszujące księgowość.
Wiele przypadków opisanych w
książce mogliśmy obserwować także na polskim podwórku.
Tak jak w Stanach Zjednoczonych, tak i u nas planowano dokonać
regulacji rynku medialnego, co miało zapobiec nadmiernej
koncentracji kapitału i umożliwić obywatelkom i obywatelom dostęp
do pluralistycznego rynku. Skończyło się tak jak za oceanem — wielkim larum spółek medialnych i wycofaniem się z pomysłu.
Efektem jest zdominowanie rynku amerykańskiego przez sześć
głównych koncernów medialnych, a nad Wisłą przez
trzy na rynku telewizyjnym i pięć — na radiowym. Gdy z kolei PSL i
UP planowały znowelizować ustawę o NBP i dopisać do jego
obowiązków dbanie nie tylko o niską inflację, ale też o
rozwój gospodarczy, poczytano to za atak na niezależność
banku centralnego. W głównym dyskursie zabrakło wzmianki o tym, że takie
też są cele amerykańskiego Fed.
Książka Stiglitza pokazuje jak na
dłoni efekty wiary w dogmaty gospodarcze narzucane przez
konserwatywne środowiska. To chwalący się „odpowiedzialnością
fiskalną” Republikanie stosowali interwencjonizm w przemyśle i
zwiększali deficyt. Sprzeczność? Autor Szalonych lat
dziewięćdziesiątych uważa, że nie - takie działania mają
wymusić cięcia budżetowe na kolejnych ekipach, które wpiszą
się w projekt „państwa minimum” i ograniczą poziom
redystrybucji dochodu narodowego. Patrząc na aktualne zawirowania na
parkietach i proponowane środki zaradcze, trudno oprzeć się
wrażeniu, że Stiglitz ma rację. Proponowana przez Busha juniora
polityka obcinania podatków bogatym kontynuuje proces wzrostu
rozwarstwienia społecznego, które będzie zagrażać
stabilnemu, długofalowemu i zrównoważonemu rozwojowi
gospodarczemu. Nie zapobiega ona spekulacjom giełdowym i dalszym
spadkom. Warto uwierzyć także w to, że istnieją alternatywy dla
tego typu polityki, które zresztą Stiglitz opisuje.
Autor jest współprzewodniczącym warszawskiego koła Zielonych 2004. Prowadzi bloga Zielona Warszawa .
Joseph E. Stiglitz, Szalone lata
dziewięćdziesiąte. Nowa historia najświetniejszej dekady w
dziejach świata, przeł. Hanna Simbierowicz, Wydawnictwo Naukowe
PWN, Warszawa 2006
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...