|
Podobno oglądasz całkiem sporo polskiego kina?
Wilhelm Sasnal: Tak, stare filmy polskie. To mnie autentycznie przenosi w
czasie, mogę oglądać to miejsce, w którym mieszkam, mogę zobaczyć jak
wyglądało ileś lat temu. Wiem, że to sentymentalne, ale oprócz tego, że
te filmy mnie interesują, to jeszcze mocno poruszają, prowokują coś, co
płynie prosto z trzewi.
Poprosimy po nazwiskach
Jakubowska, Wajda, Kawalerowicz, Munk
Łukasz Ronduda pisał o twoich filmach w kontekście „kina własnego” - Białoszewskiego, Robakowskiego.
Nie widziałem filmów Białoszewskiego. A u Robakowskiego podoba
mi się najbardziej, że to było takie niezobowiązujące, że to były takie
małe formy� Zwłaszcza w kontekście mitu Robakowskiego, który powstał w
pewnym momencie - „Robakowski, Robakowski”. A później się okazało, że
gość kręcił bardzo proste filmy i że to działa. Podobała mi się ta dostępność.
Mówisz, że teledysk jest dla ciebie formą wyjściową,
ale kręcisz trochę jak dokumentalista, zachowujesz dystans,
rejestrujesz starcia z policją w Brazylii, protest studentów w Paryżu.
Czy w takich sytuacjach zadajesz sobie trochę inne pytania, chcesz
pokazać jakiś problem itd.?
Wydaje mi się, że brak reguł to wielka zaleta sztuki. Mimo
wszystko wierzę, że sztuka jest takim obszarem, w którym nie musisz się
jednoznacznie deklarować i możesz pozwolić sobie na niekonsekwencję.
Tj. ani ty, ani nikt inny nie ponosi konsekwencji twojej
niekonsekwencji. Jeśli tylko nikogo nie ranisz to możesz zrobić w
sztuce wszystko. Nie wiem, czy potrafiłbym zrobić taki film, czy
chciałbym powiedzieć, że to jest złe, a tamto jest dobre. Ja też jestem
widzem, takim widzem, który nie do końca wie, o co chodzi. Film
dokumentalny wymaga też większego zaangażowania, m.in. czasowego. Ale
też nie mam takiej ambicji, nie staram się być dokumentalistą.
W filmie Kodachrome wybrałeś euforyczne cytaty na temat samolotu Concorde i filmu Kodachrome. Skąd takie zestawienie?
Concorde i Kodachrome opisują podobną erę, od lat 60. do 90.
Kodachrome miało unikalną jakość, trwałość, nasycenie i było dostępne
dla wszystkich. Cena wywołania była wliczona w cenę filmu - film
kupowało się w specjalnej kopercie, wystarczyło zaadresować, wysłać, a
oni odsyłali już wywołany film. Była nawet piosenka Paula Simona - Mama, Don't Take My Kodachrome.
Kiedy dwa lata temu Kodak wstrzymał produkcję Kodachrome, zorganizował
się ruch fanowski, ruch społeczny, ludzie rozsyłali między sobą i
podpisywali petycję itd. Nie udało się, Kodak nie wznowił produkcji,
zostało już chyba tylko 35mm. To było niesamowite, bo jakiś czas temu
było już tylko jedno laboratorium na całym świecie, w którym wywoływano
Kodachrome - w Szwajcarii, w Lozannie. Nawet jeśli kupowałeś film w
Stanach i odsyłałeś do punktu w Stanach, to oni go przesyłali do
Europy. Ja sam na Kodachrome nakręciłem prawie wszystkie filmy, które
są na Super8. Na ostatnich pięciu rolkach Kodachrome, które miałem,
nakręciłem pięć razy ten film z cytatami - właśnie o Kodachrome.
Leciałeś ostatnim Concordem?
Nie, ten ostatni był już mocno obstawiony. To było w czerwcu
2003 roku, a ostatni lot był we wrześniu. Air France już nie latało,
leciałem British Airways z Londynu do Nowego Jorku.
Materiał z lotu Concordem też nakręciłeś na Kodachrome?
Tak, wziąłem ze sobą 8 rolek, które sfilmowałem w trakcie lotu,
jedna po drugiej. Ten film to pętla, w której film ma się ścierać. Na
obrazku widać tylko niebo z fragmentem okna samolotu. On jest
absolutnie nieatrakcyjny wizualnie tylko ma się zupełnie wytrzeć. W
projektorze zainstalowałem papier ścierny, po którym przesuwa się film.
Na razie mam dwie zużyte taśmy, jednej zajęło to dwa miesiące.
Skąd pomysł, żeby taśma się ścierała?
Chodziło mi o znikanie, o czas. To była dla mnie chyba jedna z
niewielu rzeczy, która… Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem, mój
ojciec kleił mi Tu144, radziecką odpowiedź na Concorde'a. Samoloty
pasażerskie pasjonowały mnie zawsze bardziej od myśliwskich. Kiedy
zacząłem latać samolotami, to wszystko wróciło do mnie. Pierwszy raz
leciałem samolotem w 2001 roku i pamiętam, że było to dla mnie paskudne
przeżycie. Czułem się jak na kwasie. Bałem się. Leciałem wtedy z
Warszawy do Tirany, przez Wiedeń. Myślałem, że w Wiedniu zakończę
podroż i wrócę do domu autobusem. Ale nie poddałem się, bo czułem
obciach przed znajomymi, z którymi leciałem. Z czasem, im więcej
latałem, tym rzadziej wsłuchiwałem się w dźwięk samolotu czy wszystko
OK. No i nie boję się już latać.
W muzeum Stedelijk, oprócz Kodachrome pokazywałeś jeszcze dwa filmy - Rzeka i Kamera. Czy mógłbyś opowiedzieć o nich coś więcej?
Rzeka to film muzyczny, nakręciłem sześć różnych zespołów, które śpiewają teksty z książki The River.
To książka o Mississippi, kupiłem ją w Stanach. Przychodziłem do nich
na próby i prosiłem, żeby zaśpiewali tekst. Są też dwa zespoły z
Krakowa - Andy i Helsinki z wokalistą z USA.
W Kamerze sfilmowałem spód kamery, którą kupiłem
kiedyś na eBayu, a która pod spodem miała napis „własność rządu
amerykańskiego”. Kiedy chodziłem z nią na demonstracje, na przykład w
Paryżu, to zawsze zaklejałem ten napis. W Paryżu zdarzały się opresyjne
sytuacje, widziałem, jak pobili jednego gościa, bo podejrzewali, że
jest z policji. To zwraca uwagę, bo taka szesnastka to jednak maszyna jest.
W końcu zdrapałem ten tekst, na tyle, na ile to było możliwe i
ustawiłem kamerę w taki sposób, że za pomocą dwóch luster filmowała
własny spód, to miejsce, z którego zdrapałem „akt własności”.
Jak jest z twoją filmografią? W trakcie pracy nad książką nie udało nam się od razu ustalić jednej wersji…
Często nie wiem jak potraktować to, co nakręciłem. Nie wiem, czy
dany zestaw filmów tworzy pewną całość, czy może powinienem coś z niego
wyciągnąć i ująć to jako osobne tytuły. W tej, która poszła do druku,
wymieniłem filmy, co do których wiem, że nic już w nich nie zmienię, że
są dla mnie skończone.
Czy w jakiś sposób, sam dla siebie, rozdzielasz jakoś
malowanie obrazów od kręcenia filmów, czy może to dwie modalności
robienia tego samego?
W pewien sposób to robienie tego samego, ale oddzielam te
dyscypliny. Chodzi mi o to, że kiedy maluję to myślę o filmie, a kiedy
filmuję to myślę o malowaniu. Robiąc jedną rzecz czuję głód tej
drugiej. A z drugiej strony staram się siebie trochę uwiarygodnić tymi
filmami, że to nie jest tak, że tylko maluję obrazy.
Ale w jaki sposób, to znaczy jak kręcenie filmów czyni cię bardziej wiarygodnym?
Chodzi o to, że obawiam się malarskości malarstwa. To dla mnie
jakiś tam garb po szkole. Być może przez to, że malarstwem zajmowałem
się więcej, że wciąż zajmuję się nim więcej, widzę, że mogę łatwo
zabrnąć w ślepą uliczkę, dążyć do jakiegoś mistrzostwa itd. Myślę o
takiej jałowości malarstwa, która wynika z tego, że ta dziedzina sztuki
bardzo mocno dąży do doskonałości warsztatowej. To znaczy film,
kręcenie filmów, w pewien sposób też do tego dąży, ale� Film jest dla
mnie czymś, co wybija mnie z równowagi, nie pozwala pogrążyć się w
malarstwie. To dla mnie główna zaleta.
Wybijasz malarskość filmem, a filmowość - malarstwem?
Tak, tak. Między jednym i drugim jest też taka różnica, że, jak
myślę, w malarstwie nosisz pewien obrazek w sobie i tylko go potem
przerabiasz, eksploatujesz. A kiedy filmujesz, jesteś przede wszystkim
okiem, musisz skupić się na tym, co widzisz, na tym, co przychodzi z
zewnątrz. W pierwszym przypadku raczej mielisz ten świat w sobie, w
drugim - raczej absorbujesz.
W ogóle, jest coś takiego w filmie, czego absolutnie nie
doświadczam w malarstwie. W filmie i w muzyce. To autentyczne
wzruszenie. Żaden obraz nie wzruszył mnie tak, jak film albo muzyka.
Fragment książki Sasnal. Przewodnik Krytyki Politycznej, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej 15 grudnia 2007.
Na podobny temat
|
Wydźwięk tekstu nie do końca mi się p...
Jest nauka w sensie pracowitego latam...