|
Chociaż Andrzej Żuławski dobiega siedemdziesiątki (rocznik 1940), pozostaje twórcą jak najbardziej młodzieńczym, temperamentem i duchem. Właśnie: twórcą, bo nie zamyka się w jednej specjalności. Najbardziej znany jest jako reżyser i scenarzysta filmowy (14 filmów) ale sam wyżej ceni swoje książki (opublikował ich 24). Bywał także krytykiem filmowym (w latach 60.), publikował poezje (młodzieńcze), występował jako aktor (mówi się, że ma urodę „mrocznego amanta”), wystawiał w warszawskim Teatrze Wielkim klasyczną operę narodową („Straszny dwór” Moniuszki), działał w telewizji ( jak się okazało, zbyt radykalnie dla systemu…). Snobistycznego wymiaru osobowości Żuławskiego dodaje w Polsce paryskie wykształcenie (studia filmowe, nauki polityczne i filozofia na Sorbonie), no i znakomita rodzina intelektualistów i artystów (ojciec Mirosław - pisarz i dyplomata, stryjeczny dziadek Jerzy Żuławski – modernistyczny pisarz i filozof), a także piękne żony – znane aktorki (Małgorzata Braunek, potem Sophie Marceau), a teraz zwracający na siebie uwagę w warszawskim światku syn Xawery, także reżyser filmowy. Andrzej Żuławski słynie z kontrowersyjnych sądów i ostrego języka. Wywiad-rzeka ma więc charakter żywiołowej konwersacji, która często musi zamieniać się w spór i której porządek narzucany przez dwóch interlokutorów, krytyków i kulturoznawców, rozbija błyskotliwa samowola rozmówcy. Pasjonująca lektura. Zaczyna się od próby zdefiniowania mediów, jakimi się głównie posługuje, kina i literatury, ale zaraz potem jest już wszystko - od dzieciństwa po artystyczne fascynacje (Fiodor Dostojewski obok Sama Peckinpaha, ale przecież nie tylko), od dramatycznych przeżyć w czasach komunistycznych (przymus dwukrotnego opuszczenia Polski i nieustanna walka z cenzurą) po fascynujące i nie zawsze życzliwe charakterystyki znanych ludzi, których spotyka na swej drodze. Przy pozorach anarchii, którą zresztą wykorzystuje z cynizmem artysty świadomego, co w uprawianiu sztuki znaczy szok w najszerszym pojęciu tego terminu, wyłania się z tego zapisu portret artysty o poglądach zdecydowanie lewicowych (co nie znaczy, że związanego z jakąś partią ), w pełni świadomego uprzywilejowanego miejsca, jakie zajmuje w społeczeństwie i upierającego się przy prawie do mówienia o wszystkim, co uważa za istotne i ważne. Ale po swojemu, nie licząc się z żadną modą, żadnymi wymogami. Określić Andrzeja Żuławskiego jako indywidualistę to, oczywiście, za mało. Jako artystę zaangażowanego – w jego wypadku to niewiele znaczy. Po prostu jest sobą, obok nas, ze swoim niespokojnym, drażniącym dziełem, które wciąż powstaje i którego fragmentem, ale bynajmniej nie interpretacją jest ta pasjonująca rozmowa przeprowadzona w ciągu kilku ostatnich dni maja 2008 roku i zajmująca ponad 500 stron druku.
[za: „Books from Poland 2008”, Instytut Książki]
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...