Żmijewski: Bronię "Solidarnych 2010"

,
+A -A

Czy aktor może mieć poglądy? A dokumentalista? - 

Zrobienie filmu, który nie jest jedynie filmem, a bardziej ideologiczną deklaracją i nie chroni go artystyczna konwencja, jest aktem odwagi.

Obejrzałem film Solidarni 2010 Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego. Warsztatowo zrobiony znakomicie - kamera patrzy na bohaterów najczęściej z dołu - w tle widać więc piękne budynki raz Krakowskiego Przedmieścia, raz krakowskiego rynku. Nocne niebo i światła ulicznych latarni są tłem kolejnych rozmów. Wygląda jakby rozmówcy Pospieszalskiego i Stankiewicz byli sami na wyludnionej ulicy, wygłaszając opinie wśród pięknych barokowych kamienic. A przecież ci zwykli ludzie wydają się nie zasługiwać ani na takie tło, ani na taką ekspozycję.


Solidarni 2010 uwodzą obrazem i klimatem, jaki można uzyskać raczej w wygłuszonym studiu niż na hałaśliwej ulicy. Mikrofon zbiera głos wypowiadających się ludzi, ale zamienia w odległy i cichy szum dźwiękową atmosferę ulicy w tle - zatłoczonej przecież i hałaśliwej w te kwietniowe dni. Jest w tym coś nierealnego, jakby rozmówcy Pospieszalskiego i Stankiewicz zostali wycięci z tła, odseparowani od sytuacji tłumnej żałoby i przeniesieni do miejsca niemal intymnych zwierzeń. Kamera prowadzona jest bardzo spokojnie, a większość mówiących ma czas na wypowiedzenie swoich opinii. Mają czas, bo Stankiewicz i Pospieszalski ten czas im dają. Częste są łzy, a wtedy Pospieszalski bierze rozmówców za rękę w geście otuchy. To nie jest zachowanie dziennikarskie, raczej złamanie dystansu, przekroczenie bariery prywatności.

Bez krzyża, bez księży, bez mszy 

 

Film jest niezwykle zdyscyplinowany - tematem są rozmowy, nie ma tu żadnej operatorskiej paniki, nadmiaru montażowych pomysłów, żadnych filmowych trików. Chciałoby się powiedzieć wręcz: "Forma jest środkiem, celem jest przekaz". Jedyne fragmenty, gdzie filmowcy pozwalają sobie na formalne szaleństwa, to wizualne "przerywniki" - obrazowe dygresje, gdy kamera pokazuje wrzucane do kontenerów, jeszcze dymiące znicze, zatłoczone Krakowskie Przedmieście, kolejkę do Pałacu Prezydenckiego czy dwóch pijanych przechodniów, o dziwo także wygłaszających zdyscyplinowane żałobne opinie. Te dygresje to czas na złapanie przez widzów oddechu, na przetworzenie tego, co właśnie usłyszeli. I tu pojawia się pytanie - kto mówi? 

Mówią ci, którzy gdzie indziej albo nie mają głosu - np. uczestnicy uroczystości żałobnych na Pl. Piłsudskiego w Warszawie 18 kwietnia 2010 roku. Za nich mówili delegaci rodzin ofiar, politycy, księża. Albo ci, których głos był ściśle kontrolowany. Ci, których sposób wypowiadania się "cenzurowały" media. "Cenzurowały" oznacza w tym przypadku "formatowały". Bo taką rolę odegrały media w relacjonowaniu katastrofy - nauczyły ludzi wygłaszania jednobrzmiących, żałośliwych opinii o katastrofie. W dodatku w cieniu krzyża.

 

Tymczasem Pospieszalski i Stankiewicz - chyba wbrew sobie - zrobili film świecki. Dla porównania, w wydanej ostatnio trzypłytowej edycji materiałów dziennikarskich z okresu tuż po katastrofie Bądźmy razem, krzyż, księża i msze święte to przynajmniej 60 % całości filmów. U Stankiewicz i Pospieszalskiego nie ma ani pierwszego, ani drugiego, ani trzeciego. Zapomnienie? W ich filmie padają deklaracje o byciu katoliczką. Ale wydają się one jedynie opisem miejsca, z którego mówią pytani. Poza tym film jest konsekwentnie świecki. I jest żądaniem - wyrażonym wprost - politycznego udziału. Udziału, którego odmawiają ludziom media, kościół i państwo. 

 

Pytani na ulicy, mówią wprost: "Władza, która powinna należeć do suwerena, jakim jest naród, została przekazana mafijnym układom medialno-biznesowym". I choć słowa "obywatelki/obywatele", zastąpili słowem "naród", to w Solidarnych... mówią ci obrażeni - i pytają: czy telewizja i prasa uważają nas za idiotów? I krytykują informacje papierowych i szklanych mediów, nazywając je kłamstwami. Oto nagle okazało się - mówią - że był też trzeci brat, ten uśmiechnięty, przyjacielski, dorzeczny. I pytają, gdzie były te wszystkie zdjęcia ludzko wyglądającego, przyjaznego Lecha Kaczyńskiego, które nagle złożyły się na wydane np. przez "Gazetę Wyborczą" i "Fakt" książeczki: Kronika żałoby i Całe życie dla Polski? 

U Pospieszalskiego i Stankiewicz masy niespodziewanie otrzymują głos - krytyczny i żądający. Głos formułujący oczekiwanie, by nie mówić do ludzi językiem manipulacji i fałszu. Głos mas wybrzmiewa nieoczekiwanie sensownie - i co jest zapewne najbardziej przerażające - to że ludzie potrafią mówić zrozumiałym sensownym językiem. Uporządkowanymi zdaniami - podmiot, orzeczenie… A przecież masy powinny milczeć, od mówienia mają odpowiednie agendy: dziennikarzy, parlamentarzystów, biskupów. A jeśli nawet mówią, to powinny bełkotać niezrozumiale - mówić "pustą" politycznie mową.

Niektórzy, owszem, wygadują szalone rzeczy: że tym razem w Katyniu wszystko załatwił "generał mgła", podczas gdy w 1940 podobną robotę wykonał "generał mróz". Ale mówią też rzeczy sensowne - a najbardziej sensowną jest po prostu zwrotny komunikat, jaki otrzymują media. Oto odwrócony komunikat - źródłem komentarzy tym razem nie są media, a ludzie z ulicy. Nie trzeba się z tymi komentarzami zgadzać, zostały przecież przepuszczone przez filtr teorii spiskowych i zastarzałej rusofobii. A jednak ulicę stać na krytykę decyzji wprowadzenia żałoby narodowej i wezwania do narodowej jedności - co 10 kwietnia po południu zrobił zaczynający pełnić obowiązki prezydenta Bronisław Komorowski. Ludzie na ulicy mówią o politykach: "Z ich punktu widzenia to teraz przez dwa miesiące powinna trwać żałoba, żeby się nikt nie odzywał. [...] Ta iluzja pojednania, zgody narodowej, miała nam zamknąć usta. Żebyśmy nic nie mówili. Żeby przez dwa miesiące [do czasu wyborów] była cisza jak na cmentarzu".

We władzy mówienia

 

Niechętni wobec filmu Pospieszalskiego i Stankiewicz uważają go za PiS-owską propagandę. Ale czy film nie może być propagandą? Czy Ewa Stankiewicz nie ma prawa do ideologicznego stanowiska? Owszem, ma takie prawo i spór z autorami filmu Solidarni... mógłby być sporem ideologicznym - starciem się światopoglądów, krytyką stanowisk, a nie nagonką na jego autorów. Wedle przeciwników Solidarni... byli darmowym spotem wyborczym Kaczyńskiego. Bo Jedynka pracuje na rzecz Jarosława - ale czy w telewizyjnej debacie prezydenckiej 12 czerwca nie okazało się, że mimo tego wsparcia Kaczyński nie jest w stanie przeskoczyć samego siebie? Że nie jest w stanie mówić zrozumiałym dla widzów językiem. Że formułuje swoje myśli bardziej zawile niż rozmówcy w Solidarnych? Czy w debacie prezydenckiej najbardziej uderzająca nie była spolegliwość wszystkich kandydatów wobec danego im czasu wypowiedzi? Żaden z nich tego limitu czasu nie kontestował. Więc tak łatwo dwójka dziennikarzy może zdyscyplinować najbardziej teraz eksponowanych w kraju polityków? Czy nie jest tak, że media reprezentują w ten sposób społeczne pragnienie kontroli nad władzą? Czy my wszyscy nie chcielibyśmy mieć tak dyscyplinującego wpływu na polityków, jaki mają na nich media? 

 

Przyznam, że z pewną rozkoszą obserwowałem kandydatów starających się zmieścić ze swoją wypowiedzią w jednej minucie i skrzętnie liczących sekundy, które im się należą. Dopytywali, czy faktycznie dostaną zaoszczędzony czas: 3, 5, 12 sekund. Takie były ich groszowe rachunki. W Sejmie to oni mają władzę nad mediami - i to oni decydują o czasie wypowiedzi. Tym razem jednak grali na nie swoim boisku. Tym, co pomogło im zmieścić się w ściśle limitowanym czasie, była podstawowa chyba cecha polityków - jeden z warunków ich politycznego bytu: delirium lingua. Oni po prostu są we władzy mówienia. Dziennikarz mówi: "Start!" i z ust polityka płynie potok słów. Gdy czas mija potok słów gwałtownie się urywa. Czy nie jest to oglądanie mowy znajdującej się w stanie gorączkowego pobudzenia i prawie policyjnej kontroli?

Opinie innych polityków po debacie były skrajnie ideologiczne i konfrontacyjne. Członek SLD mówił, że Grzegorz Napieralski właśnie dołączył do najwyższej politycznej stawki. Członkini PiS-u twierdziła, że Bronisław Komorowski jest nieprzewidywalny jako polityk, bo co innego zapowiada (nieuczestniczenie w debacie), a co innego robi (przyjście na debatę). Na to ktoś z PO powinien był argumentować, że Komorowski jest politykiem elastycznym, umiejącym szybko podejmować decyzje i nie fiksować się na jednej możliwości. W istocie rzeczy Komorowski, który był najbardziej elokwentny i zachowywał się w studiu jak w klubie towarzyskim, manifestując luz i kontrolę nad sytuacją - przegrał tę debatę. Dlatego właśnie, że na nią przyszedł. Przeraziło go pewnie wyobrażenie jego pustego fotela. Jarosław Kaczyński, mimo że mówił niezbyt przejrzyście - wygrał - zmusił Komorowskiego do uległości. Czy ten ideologiczny spektakl był w czymkolwiek lepszy niż film Stankiewicz? Czy politycy zredukowani do roli odpowiadających na tempo uczniaków nie są się bardziej zniewoleni niż rozmówcy Stankiewicz i Pospieszalskiego? Bo to właśnie ci Solidarni mówią co chcą, pozwalając sobie nawet na krytykę żałoby narodowej czy sugerując rosyjski spisek. Tymczasem uczestnicy debaty prezydenckiej przypominali raczej spragnionych nagrody uczestników teleturnieju "Milionerzy", niż polityków. A rozmówcy Stankiewicz i Pospieszalskiego bardziej byli politykami niż wyrwanymi z tłumu anonimowymi żałobnikami.

Czy aktor może mieć poglądy?

 

Niespodziewanie film (Solidarni 2010) okazał się nie "tylko filmem", ale też sposobem politycznego udziału - i to  nie wyłącznie dla Stankiewicz i Pospieszalskiego, ale dla tych wszystkich wypowiadających się. Mariusz Bulski, aktor wypowiadający się w filmie został oskarżony o zagranie "roli". Ale od razu to skontrował. W swoim oświadczeniu napisał: "Czy jako aktor nie mam prawa wypowiadać się w sprawach ważnych i istotnych dla prawdy o tym wydarzeniu? Czy mój zawód automatycznie dyskwalifikuje moje poglądy?" Zdaniem niektórych ludzi mediów Bulski nie ma takiego prawa. Dowodem na to jest też film Bądźmy razem - a dokładniej ten jego fragment, gdy inny aktor - Artur Żmijewski - czyta podczas uroczystości żałobnych na Pl. Piłsudskiego w Warszawie listę nazwisk pasażerów feralnego samolotu. Kamera nie pokazuje go ani przez chwilę - jest tylko głosem w służbie władzy. Głosem, który nie ma twarzy. Pojawiający w następnej scenie w kadrze (i wypełniający go) Bronisław Komorowski, mówi: "Z drżeniem serca odczytujemy każde z 96 imion i nazwisk". My odczytujemy - do tego "my" oznaczającego władzę należy też aktor Żmijewski. Władza nim, jego głosem i ciałem - odczytuje nazwiska - posługuje się nim. Czy powinno więc dziwić, że polityczny, autonomiczny głos aktora Bulskiego szokuje? 

 

Zrobienie filmu, który nie jest jedynie filmem, a bardziej ideologiczną deklaracją i nie chroni go artystyczna konwencja, jest aktem odwagi. Parafrazując opinię Rafała Drozdowskiego z książki Obraza na obrazy. O strategiach społecznego oporu wobec obrazów dominujących: "Film podporządkowany regułom artystycznych ocen nigdy nie będzie tym samym, co film podporządkowany jedynie ocenom społecznym. Film, który jest (tylko) aktem ryzyka artystycznego, nie będzie tym samym, co film, który jest aktem ryzyka społecznego, bądź politycznego".

 

Ale skąd ten szok, jeżeli do dziś najwyrazistsze w polskim kinie są właśnie filmy ideologiczne - politycznie zorientowane, społecznie aktywne, z misją, z ideowym zacietrzewieniem: Pokolenie, Czterej pancerni i pies, Człowiek z żelaza, Robotnicy, Ga-Ga Chwała Bohaterom, Dług, Katyń, Popiełuszko itd. Jeśli gdzieś polskie kino jest silne, to właśnie w ideologii. Ja nie mówię, że te filmy reprezentują akurat ideologię lewicy - ale reprezentują jakieś twardo sformułowane ideologiczne stanowisko. Które nadaje się do kontrargumentowania i do ideowego sporu. Film Solidarni 2010 też się do tego nadaje.

 

I żeby już kończyć - właśnie ukazał się wspomniany zbiór trzech filmów o czasie po katastrofie w Smoleńsku Bądźmy razem. Trzy relacje złożone z dziennikarskich materiałów. Nie ma tam żadnych wywiadów z ludźmi na ulicy - mówią wyłącznie biskupi i politycy. Na relację składają się rytuały pożegnań i powitań trumien, msze żałobne i pogrzeb wawelski. Wszystkie te świeckie i kościelne, lub świecko-kościelne rytuały oddzielają ludzi od ich zmarłych, zawłaszczają żałobę i czynią większość aktorami w nie ich spektaklu. W Solidarnych... to właśnie ci ludzie - ten tłum, ta masa - są aktorami we własnym spektaklu. A są nimi, bo autorzy filmu takimi ich uczynili. Krytyka tego filmu jako nachalnej propagandy PiS jest sposobem obrażania wypowiadających się w im ludzi - i pogardliwą odmową wejścia z nimi w spór. Jak zwykle debata toczy się wewnątrz dziennikarskich elit - nad głowami tych, których w istocie dotyczy.

 

 

Polub Dziennik Opinii na FB   

Daleko od OK

Z tekstu tego wynika ,że film był warsztatowo OK a do tego wyrażał emocje ludzi dotąd pomijanych. Problem, dla mnie, polega na tym ,że emocje wyrażane w tym filmie są zadziwiająco spójne: Tusk do spółki z Putinem jako winni katastrofy,tzw Ruscy jako mordercy, z tym rządem nie ma szans na ich złapanie, zginął(zamordowano?) wielkiego prezydenta i Polaka.Ci ,którzy mają czelność oceniać racjonalnie osiągnięia nieboszczyka to nieomal zdrajcy niegodni miana Polaków.A przecież reportaż ten został zrobiony za pieniądze także tych niegodnych (pseudoPolaków?)i wyemitowany w telewizji utrzymywanej także z ich pieniędzy. Odnośnie witruozerii warsztatowej to i tak nic nie przebije Triumfu woli albo Olimpii Leni Riefenstahl.Pamiętamy do dziś czemu i komu ta wirtuozeria służyła

cd.

Nie uważam ,że brak polemiki z TAKIMI jest obrazą dla tych ludzi. Jaka może być polemika jeżeli ONI wiedzą ,że ruscy kręcą, że Tusk MA krew na rękach itd. Myślę ,że jedyną możliwą akceptowalną odpowiedzią dla nich jest TUSK zlecił to PUTINOWI i putin wykonał zlecenie. Nie chodzi o prawdę bo ona jest znana.W ramach wolności słowa można głosić poglądy jakie się uważa byle nie uwłaczały one innym i co ważniejsze za swoje pieniądze. Gdyby ten reportaż zrobiła i wyemitowała TV Trwam to nie stanowiło by to problemu.ICH POGLĄD ZA ICH KASE.Skoro ci ludzie mieli prawo wyrazić swoje poglądy to druga strona miała prawo je skrytykować.Tymczasem strona ukazana w filmie Pospieszalskiego traktuje swoich przeciwników nieomal jak popleczników morderców lub co najmniej zdrajców.

...

[quote=Slawczan]Nie uważam ,że brak polemiki z TAKIMI jest obrazą dla tych ludzi.[/quote] Kim są według ciebie ci \"tacy\". Masz na myśli tych odrażających ludzi z wąsami, co bez makijażu występują w telewizji? Naprawdę uważasz, że jak nie będzie się ich pokazywać, to znikną? I dlaczego telewizja publiczna miałaby postawić szlaban dla poglądów zwolenników byłego prezydenta? Oni też płacą abonament, a Kaczyński został wybrany większością głosów. Uważasz, że porównanie kogoś do hitlerowskich propagandystów to egzorcyzm, który załatwia sprawę?

...

Czy się to komuś podoba czy nie, telewizyjna żałoba postawiła przeciętnego człowieka bezpośrednio i na wprost zakłamania mediów. Czy widząc płaczących dziennikarzy TVN nie pomyślałeś sobie, że ktoś robi z ciebie debila? Widzisz, ci ludzie tak sobie pomyśleli i ten swój żałobny gniew ubrali w słowa jakie mieli pod ręką. Takie sytuacje jak żałoba po katastrofie smoleńskiej wydają się być wymarzoną sytuacją dla dokumentalistów i reportażystów. Czemu więc nie powstał inny dokument o tym, co ludzie mówili na ulicy?

...

Nikt nie lubi jak się robi z niego idiotę. Ludzi zwyczajnie to wkurwia. Wkurwiony człowiek też głosuje i jeśli sobie tego nie uprzytomnisz, to za jakiś czas możesz obudzić się znów w kraju, w którym frustrację społeczną tłumaczy się na przemian \"demonami nacjonalizmu\" i \"dziedzictwem Peerelu\".

...

W czasie żałoby paranoja i owczy pęd mediów były tak straszne, że nie włączałem w ogóle odbiornika przez ten tydzień. Nie oglądałem tych całych Solidarnych ileś tam i nie żałuję. Nie ma się chyba o co spierać, dla każdego myślącego człowieka jest jasne, że mierny urzędnik państwowy nie staje się kimś wybitnym tylko ze względu na ciekawą czy spektakularną śmierć.

sprostowanie

Owszem dziennikarze w swej masie to hipokryci-piętnują świństwa ,które muszą istnieć by dziennikarze mieli chleb.Odnośnie żałoby poza obejrzeniem Solidarnych 2010 (do momentu w którym już dalej nie dałem rady) pozostałem wierny swojej zasadzie nieoglądania telewizji.W polemice swojej jednak odeszliśmy - autor artykułu docenia mistrzostwo dokumentalistów(?) ja tylko wskazuję na przesłanie ideologiczne. Odnośnie płatników abonamentu-rozumiem zasadę ,każdy sobie filmuje i pokazuje za nic mając to co myślą inni płatnicy abonamentu.

...

A dlaczego nie powstal dokument o innej wymowie?Wydaje mi sie to jasne-pan Pospieszalski był zainteresowany tylko opiniami które chciał usłyszeć- Tusk ma krew, to rząd winien,tzw ruscy zabili...Zamiast próbować takie nastroje tonować to on je nobilitował podnosząc je do rangi wykładni polskości i patriotyzmu

Multimedia

TVKP

Joanna Scheuring-Wielgus o NGO-sach

–NGO-sy od 27 lat wykonują gigantyczną i bardzo ważną pracę. Trzeba ich bronić być może nawet bardziej niż Trybunału – mówiła Joanna Scheuring-Wielgus w programie #Sterniczki Roberta Kowalskiego.

WYDAWNICTWO

"Fanfik" Powieść nie tylko dla nastolatków!

W poznańskim liceum trwają przygotowania do Dnia Niepodległości. Czyja koncepcja zwycięży? Kółko historyczne domaga się patriotycznej akademii. Zespół kabaretowy woli skecze o rogalach świętomarcińskich. Tymczasem szesnastoletnia Tosia ma na głowie poważniejszy problem....

TVKP

Kaszulanis: Powiedzmy wspólnie "Stop reformie edukacji"

– Polska edukacja jest doceniona i chwalona na całym świecie. Do Polski przyjeżdżają kolejne ekipy z całego świata, które kręcą filmy dokumentalne pod hasłem „Polacy, jak wy to robicie, że osiągacie tak świetne wyniki?”. A my ten system teraz burzymy.

TVKP

Krasuska: Trump wygrał wybory, ponieważ przekonał nieprzekonanych

Gościnią "Sterniczek w KP" jest dr Karolina Krasuska. – Trump wygrał wybory, ponieważ przekonał nieprzekonanych, porzuconych przez establishment białych mężczyzn, ale również białe kobiety – mówi dr Karolina Krasuska w programie Roberta Kowalskiego Sterniczki w Krytyce Politycznej.