|
Zarówno w ideologicznych usprawiedliwieniach wygłaszanych przez Andersa Behringa Breivika, jak i w reakcji na jego morderczy czyn są pewne elementy, które powinny skłonić nas do zastanowienia. Manifest tego chrześcijańskiego „pogromcy marksistów”, który zabił w Oslo ponad 70 osób, to wcale NIE przykład bredni obłąkanego szaleńca; to po prostu konsekwentne przedstawienie „kryzysu Europy” będącego (mniej lub bardziej) ukrytą podstawą dla narastającego populizmu antyimigranckiego – niespójności manifestu są symptomatyczne dla wewnętrznych sprzeczności zawartego w tym stanowisku. Pierwsze, co musi rzucać się w oczy, to sposób, w jaki Breivik konstruuje swojego wroga – łączy trzy elementy (marksizm, multikulturalizm, islamizm), spośród których każdy należy do odmiennej przestrzeni politycznej: radykalnej lewicy (marksizm), liberalizmu (multikulturalizm) oraz fundamentalizmu religijnego (islamizm). W nowej odsłonie powraca tu stary faszystowski obyczaj przypisywania wzajemnie wykluczających się cech wrogowi (wystarczy przypomnieć „żydowski spisek bolszewicko-plutokratyczny” powstały z połączenia bolszewickiej radykalnej lewicy, plutokratycznego kapitalizmu i tożsamości etniczno-religijnej).
Jeszcze bardziej sugestywne jest to, jak w akcie samoopisu Breivik tasuje ideologicznymi kartami radykalnej prawicy. Breivik broni chrześcijaństwa, pozostając świeckim agnostykiem: chrześcijaństwo jest dla niego jedynie konstruktem kulturowym pozwalającym przeciwstawić się islamowi. Jest antyfeministą, przeciwnym podejmowaniu przez kobiety wyższych studiów, ale opowiada się za „świeckim“ społeczeństwem, popiera aborcję i gejów. Jest w tym następcą Pima Fortuyna, populistycznego prawicowego polityka z Holandii, zamordowanego na początku maja 2002 roku, dwa tygodnie przed wyborami, w których spodziewano się, że uzyska on jedną piątą głosów. Fortuyn był postacią paradoksalną i symptomatyczną: prawicowy populista o niemal doskonale „poprawnych politycznie” cechach osobistych i nawet (w większości) poglądach. Fortuyn był gejem, utrzymywał dobre relacje osobiste z wieloma imigrantami, wykazywał się wrodzonym wyczuciem ironii itd. – krótko mówiąc, był dobrym tolerancyjnym liberałem we wszystkim oprócz jego zasadniczego stanowiska politycznego. Uosabiał zatem skrzyżowanie prawicowego populizmu z liberalną poprawnością polityczną – może więc musiał umrzeć, ponieważ był żywym dowodem na fałsz przeciwstawiania liberalnej tolerancji prawicowemu populizmowi, pokazywał, że mamy tu do czynienia z dwoma stronami tego samego medalu.
Co więcej, Breivik łączy w sobie cechy nazisty (także w szczegółach – na przykład żywi sympatię do Sagi, szwedzkiej pronazistowskiej piosenkarki folk) z nienawiścią do Hitlera: jednym z jego idoli jest Max Manus, lider norweskiego antynazistowskiego ruchu oporu. Breivik jest też jawnym rasistą, a zarazem filosemitą popierającym Izrael, ponieważ państwo żydowskie stanowi pierwszą linię obrony przed muzułmańską ekspansją. Chciałby nawet ujrzeć odbudowaną Świątynię Jerozolimską. Jego postać urzeczywistnia największy paradoks filosemickiego rasistowskiego nazisty. Jak to możliwe?
Odpowiedzi dostarczają nam reakcje europejskiej prawicy na atak Breivika. Powtarzano jak mantrę, że potępiając morderczy czyn Breivika, nie powinniśmy zapominać, iż stoją za nim „uzasadnione obawy dotyczące realnych problemów”. Mainstreamowa polityka nie radzi sobie z upadkiem Europy powodowanym przez islamizację i multikulturalizm. Powinniśmy potraktować tragedię w Oslo – pisze „The Jerusalem Post” – jako okazję do poważnego zrewidowania metod integracji imigrantów w Norwegii i w innych krajach”. [wstępniak zatytułowany Norway’s Challenge z 24 lipca 2011]. Nawiasem mówiąc, byłoby miło usłyszeć po palestyńskich aktach terroru podobne wyrazy uznania w stylu: „te akty terroru powinny posłużyć za okazję do zrewidowania polityki Izraela”. Odwołanie do Izraela w tej analizie, choć ukryte, rozumie się samo przez się: „wielokulturowy” Izrael nie ma szansy przetrwania, jedyną realistyczną opcją jest apartheid. Ceną za ten czysto perwersyjny pakt syjonizmu z prawicą jest to, że aby uzasadnić roszczenia względem Palestyny, trzeba retroaktywnie uznać linię argumentacji, którą we wcześniejszej europejskiej historii stosowano wobec Żydów. Ta niepisana umowa brzmi: „możemy uznać wasz brak tolerancji dla innych kultur na waszym podwórku, jeśli wy uznacie nasze prawo do tego, żeby nie tolerować Palestyńczyków na naszym”. Tragiczna ironia zawarta w tej niepisanej umowie polega na tym, że w europejskiej historii ostatnich wieków to właśnie Żydzi byli pierwszymi „multikulturalistami”, którzy starali się w miejscach zdominowanych przez inną kulturę uchronić własną. Swoją drogą warto zauważyć, że w latach 30., w odpowiedzi na nazistowski antysemityzm, Ernest Jones, główny przedstawiciel konformistycznego gentryfikowania psychoanalizy, oddawał się dziwacznym rozważaniom nad procentem obcej populacji, którą ciało narodowe może wytrzymać bez utraty własnej tożsamości, a tym samym akceptował nazistowski sposób myślenia.
Antysemityzm stary i nowy
A co jeśli właśnie WKRACZAMY w nową erę, w której takie rozumowanie będzie rozumowaniem dominującym? Co jeśli Europa musi zaakceptować paradoks, że jej demokratyczna otwartość oparta jest na zastrzeżeniu: „nie ma wolności dla wrogów wolności” jak to ujął dawno temu Robespierre? W zasadzie, to oczywiście prawda, ale tu właśnie należy być bardzo precyzyjnym. W pewnym sensie Breivik miał rację, wybierając cel: nie zaatakował obcych, lecz tych ze swojej własnej wspólnoty, którzy byli zbyt tolerancyjni wobec obcych. To nie obcy stanowią problem, ale nasza własna (europejska) tożsamość.
Jakkolwiek trwający kryzys Unii Europejskiej wydaje się kryzysem ekonomicznym i finansowym, w swym zasadniczym wymiarze jest to kryzys ideologiczno-polityczny. Klęska referendów w sprawie konstytucji europejskiej sprzed paru lat była wyraźnym sygnałem, że głosujący postrzegają UE jako „technokratyczną” unię ekonomiczną bez jakiejkolwiek wizji potrafiącej zmobilizować ludzi. Aż po ostatnie protesty, jedyną zdolną do tego ideologią była obrona Europy przed imigrantami.
Niedawne wybuchy homofobii w postkomunistycznych państwach Europy Wschodniej powinny dać nam do myślenia. Na początku 2011 roku w Stambule odbyła się parada gejów, w której pokojowy udział wzięły tysiące osób, obyło się bez przemocy i innych zakłóceń. W tym samym czasie w Serbii i Chorwacji (Belgrad, Split) policja nie była w stanie obronić uczestników parad gejowskich przed wściekłymi atakami tysięcy agresywnych chrześcijańskich fundamentalistów. To nie Turcja, ale TACY fundamentaliści stanowią prawdziwe zagrożenie dla europejskiego dziedzictwa. Skoro więc UE zablokowała w zasadzie przyjęcie Turcji, nasuwa się oczywiste pytanie: a może zastosujemy te same zasady wobec Europy Wschodniej? Nie wspomnę już o dziwnym fakcie, że główną siłą stojącą za ruchem antygejowskim w Chorwacji jest Kościół katolicki słynący z licznych skandali pedofilskich.
Najważniejsze, aby umieścić antysemityzm w jednym szeregu z rasizmem, seksizmem, homofobią itd. Starając się uzasadnić swoją syjonistyczną politykę, Izrael popełnia tu katastrofalny błąd. Postanawia, jeśli nie całkiem zignorować, to pomniejszyć znaczenie tak zwanego „starego” (tradycyjnego europejskiego) antysemityzmu, koncentrując się w zamian na „nowym”, rzekomo „postępowym” antysemityzmie ukrytym pod maską krytyki syjonistycznej polityki Izraela. W tym samym duchu Bernard Henri-Lévy (w swojej książce Ce grand cadavre à la renverse) stwierdził, że antysemityzm XXI wieku będzie albo „postępowy”, albo żaden. Jeśli pociągniemy to twierdzenie do końca, dojdziemy do odwrócenia starej marksistowskiej interpretacji antysemityzmu jako zmistyfikowanego/przesuniętego antykapitalizmu (zamiast oskarżać system kapitalistyczny, gniew kierowany jest na konkretną grupę etniczną oskarżaną o korumpowanie systemu): dla Henri-Lévy’ego i jego stronników, dzisiejszy antykapitalizm jest zamaskowaną formą antysemityzmu.
Ten niewypowiedziany, lecz nie mniej przez to skuteczny, zakaz atakowania „starego” antysemityzmu ma miejsce w tej samej chwili, gdy właśnie ten antysemityzm powraca w Europie, szczególnie w postkomunistycznych krajach Europy Wschodniej. Podobnie osobliwą zależność możemy zaobserwować także w USA: jak to możliwe, że z natury antysemiccy, amerykańscy chrześcijańscy fundamentaliści tak żarliwie popierają syjonistyczną politykę Izraela? Istnieje tylko jedno rozwiązanie dla tej zagadki: to nie amerykańscy fundamentaliści się zmienili, to sam syjonizm, w swojej nienawiści do Żydów, którzy nie identyfikują się całkowicie z polityką państwa Izrael, paradoksalnie, stał się antysemicki. Skonstruował postać Żyda, który po antysemicku powątpiewa w syjonistyczny projekt. Izrael gra tu w niebezpieczną grę: telewizja Fox News, główny amerykański głos radykalnej prawicy, zagorzale sprzyjająca izraelskiemu ekspansjonizmowi, musiała niedawno zdjąć z anteny Glena Becka, swojego najpopularniejszego prezentera, z powodu coraz bardziej jawnie antysemickich komentarzy.
Standardowy syjonistyczny argument przeciwko krytykom polityki Izraela jest oczywiście taki, że Izrael, jak każdy inny kraj, może oraz powinien być oceniany i ewentualnie krytykowany, lecz krytycy Izraela nadużywają swojego prawa do krytyki w antysemickich celach. Czyż prawdziwego stanowiska ukrytego w argumentacji chrześcijańskich fundamentalistów bez zastrzeżeń popierających izraelską politykę i odrzucających jej lewicową krytykę nie oddaje najlepiej wspaniała karykatura opublikowana w lipcu 2008 roku w wiedeńskim dzienniku „Die Presse”? Przedstawia ona dwoje krępych Austriaków w strojach nazistów, jeden z nich trzyma w rękach gazetę i mówi do swojego przyjaciela: „Znowu widać, jak w pełni usprawiedliwiony antysemityzm jest nadużywany do taniej krytyki Izraela!”. TO są dzisiejsi sojusznicy państwa Izrael. Zadajmy sobie jeszcze raz pytanie, jak do tego doszło?
Populistyczny rasizm i jego krytycy
Sto lat temu Gilbert Keith Chesterton wyraźnie pokazał ślepy zaułek, do którego prowadzi krytyka religii: „Ludzie, którzy rozpoczynają walkę z Kościołem w obronie wolności i człowieczeństwa, kończą na wyrzeczeniu się wolności i człowieczeństwa, byle tylko móc dalej walczyć z Kościołem. […] Sekularystom nie udało się zniszczyć rzeczy boskich; zdołali jednak zniszczyć rzeczy świeckie, jeżeli stanowi to dla nich jakiekolwiek pocieszenie”. Czy to samo nie stosuje się również do obrońców religii? Ilu jej fanatycznych obrońców zaczynało od zaciekłego atakowania współczesnej kultury świeckiej, a kończyło na porzuceniu każdego istotnego doświadczenia religijnego? Podobnie, wielu wojujących liberałów tak bardzo pragnie zwalczać antydemokratyczny fundamentalizm, że sami ostatecznie wyrzekają się wolności i demokracji, byle tylko walczyć z terrorem. O ile „terroryści” gotowi są zniszczyć ten świat z miłości do innego świata, o tyle nasi bojownicy przeciwko terrorowi gotowi są zniszczyć własny demokratyczny świat z nienawiści do muzułmańskiego Innego. Niektórzy z nich tak bardzo kochają ludzką godność, że są gotowi zalegalizować użycie tortur (którą są ostateczną degradacją ludzkiej godności), żeby jej bronić… I czy to samo nie dotyczy także rosnących ostatnio w siłę obrońców Europy przeciwko imigranckiemu zagrożeniu? W swoim zapale do ochrony tradycji judeochrześcijańskiej, ci zeloci są gotowi poświęcić prawdziwe sedno chrześcijaństwa. Prawdziwym zagrożeniem dla europejskiej tradycji są właśnie ludzie tacy jak Breivik, samozwańczy obrońca Europy, który zabijał „z miłości” do niej: z takimi przyjaciółmi Europie nie potrzeba wrogów. Jeśli Breivik brał na poważnie swoją miłość do Europy, powinien był pójść za radą ojca i się zabić.
Ten wzrost niechęci do imigrantów należy rozpatrywać na tle długoterminowego przegrupowania przestrzeni politycznej na zachodzie i wschodzie Europy. Do niedawna była ona zagospodarowana przez dwie główne partie, obejmujące wszystkich wyborców: partię na prawo od centrum (chrześcijańsko-demokratyczną, liberalno-konserwatywną, ludową…) i partię na lewo od centrum (socjalistyczną, socjaldemokratyczną…), do tego dochodziło kilka mniejszych partii skierowanych do węższego elektoratu (ekolodzy, komuniści itd.). Ostatnie wyniki wyborów są sygnałem wyłaniania się – zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie – odmiennego podziału. Mamy jedną dominującą partię centrową, popierającą globalny kapitalizm w jego obecnym kształcie i proponującą liberalny program w kwestiach kulturowych (prawo do aborcji, prawa gejów, religijnych i etnicznych mniejszości itd.). Jej opozycję stanowi rosnąca w siłę populistyczna prawica. Polska jest tu wzorcowym przykładem: po zniknięciu ze sceny ekskomunistów głównymi partiami są tu „antyideologiczna” centrowa liberalna partia premiera Donalda Tuska i konserwatywna chrześcijańska partia braci Kaczyńskich. Podobne tendencje można zaobserwować w Holandii, Norwegii, Szwecji, na Węgrzech… Za pytajmy po raz trzeci i ostatni, jak do tego doszło?
Po upadku komunistycznych reżimów w 1990 roku wkroczyliśmy w nową epokę, w której główną formą sprawowania władzy państwowej stało się odpolitycznione administrowanie za pomocą ekspertów i koordynowanie rozmaitych interesów. Jedynym sposobem wprowadzenia do polityki zaangażowania i zmobilizowania ludzi stał się strach. Strach przed imigrantami, strach przed przestępczością, strach przed bezbożną seksualną demoralizacją, strach przed nadmierną ingerencją państwa (obciążeniami wynikającymi z wysokiego opodatkowania i sprawowanej przez państwo kontroli), strach przed katastrofą ekologiczną, a także przed prześladowaniami (poprawność polityczna jest wzorcową liberalną postacią polityki strachu). Taka polityka zawsze opiera się na manipulowaniu paranoją tłumu – przerażającego zbiorowiska przerażonych mężczyzn i kobiet. Dlatego wielkim wydarzeniem pierwszej dekady nowego tysiąclecia było przejście polityki antyimigracyjnej do mainstreamu i ostateczne przecięcie pępowiny łączącej ją ze skrajną prawicą. Od Francji po Niemcy, od Austrii po Holandię, w nowym duchu dumy z własnej kulturowej i historycznej tożsamości, główne partie nie omieszkały podkreślić, że imigranci są gośćmi, zobowiązanymi do dostosowania się do wartości kulturowych wyznawanych przez dane społeczeństwo – „oto nasz kraj, kochajcie go albo go opuśćcie”.
Nowocześni liberałowie są oczywiście przerażeni takim populistycznym rasizmem. Gdybyśmy jednak przyjrzeli się bliżej, dostrzeglibyśmy, jak ich tolerancja dla wielokulturowości oraz szacunek dla (etnicznych, religijnych, seksualnych) różnic, podziela z przeciwnikami imigracji tę samą potrzebę trzymania innych na odpowiedni dystans. Inni są OK, szanuję ich, lecz nie powinni za bardzo naruszać mojej przestrzeni. Gdy to czynią, dręczą mnie – swoim zapachem, sprośnymi gadkami, prostackimi zwyczajami, swoją muzyką, swoją kuchnią… Całkowicie popieram działania na rzecz praw czarnych, lecz nie ma mowy, żebym słuchał hałaśliwej muzyki rap. Na dzisiejszym rynku możemy odnaleźć cały szereg produktów pozbawionych swoich szkodliwych właściwości: kawę bez kofeiny, śmietanę bez tłuszczu, piwo bez alkoholu… To nie koniec tej listy: co z wirtualnym seksem jako seksem bez seksu, co z zaprezentowaną przez Colina Powella doktryną wojny bez ofiar (po naszej stronie rzecz jasna) jako wojny pozbawionej swoich skutków, co z współczesną redefinicją polityki jako sztuki administrowania przez ekspertów, więc polityką bez polityki, aż po dzisiejszy tolerancyjny liberalny multikulturalizm jako doświadczenie Innego pozbawionego swojej Inności – bezkofeinowy Inny, tańczący fascynujące tańce ze zdrowym ekologicznym i holistycznym podejściem do rzeczywistości, tak długo jak bicie przez niego własnej żony pozostaje poza zasięgiem wzroku…
Ten mechanizm unieszkodliwienia najlepiej został ujęty przez Roberta Brasillacha, francuskiego faszystowskiego intelektualistę, uznającego się za „umiarkowanego” antysemitę, skazanego i zastrzelonego w 1945 roku. W 1938 roku zaproponował on formułę „rozsądnego antysemityzmu”: „Pozwalamy sobie na oklaskiwanie w kinie Charliego Chaplina, pół-Żyda; na wielbienie Prousta, pół-Żyda; na oklaskiwanie Yehudi Menuhina, Żyda; a głos Hitlera niesie się na falach radiowych nazwanych nazwiskiem Żyda Hertza. […] Nie chcemy nikogo zabijać ani organizować żadnych pogromów. Uważamy jednak, że najlepszym sposobem zapobieżenia nieprzewidzianym aktom odruchowego antysemityzmu jest właśnie urządzenie antysemityzmu rozsądnego”. Czy to nie ta sama postawa kryje się w sposobie, w jaki nasze rządy usiłują radzić sobie z „zagrożeniem ze strony imigrantów”? Po tym, jak słusznie odrzucają bezpośredni populistyczny rasizm jako „nierozsądny” i nieakceptowalny wedle naszych demokratycznych standardów, stosują „rozsądnie” rasistowskie środki zapobiegawcze… Niektórzy z nich, nawet socjaldemokraci, przypominają dzisiejszych Brasilllachów, mówiąc nam: „Pozwalamy sobie oklaskiwać afrykańskich i wschodnioeuropejskich sportowców, azjatyckich lekarzy, indyjskich programistów. Nie chcemy nikogo zabijać ani organizować żadnych pogromów. Uważamy jednak, że najlepszym sposobem zapobieżenia nieprzewidywalnym wybuchom skierowanym przeciw imigrantom jest zorganizowanie rozsądnej ochrony przed nimi”. Ta wizja pozbawienia Bliźniego toksyczności pokazuje przejście od jawnego barbarzyństwa do barbarzyństwa z ludzką twarzą. To powrót od chrześcijańskiego umiłowania bliźniego do pogańskiego uprzywilejowania własnego rodu (Grecy, Rzymianie przeciw barbarzyńskiemu Innemu). Nawet gdyby wyglądało to jak obrona chrześcijańskich wartości, stanowi największe zagrożenie dla samej istoty chrześcijaństwa.
Multikulturalizm jako źródło cierpień
Należy jednak pójść o krok dalej w tej krytyce: krytyka antyimigranckiego rasizmu powinna zostać zradykalizowana do samokrytyki, pokazującej współudział w tym procederze panującej postaci multikulturalizmu. Krytycy fali wystąpień antyimigranckich przeważnie ograniczają się do odwiecznego rytuału spowiadania się z grzechów Europy, pokornego przyjmowania ograniczeń europejskiej tradycji i wychwalania bogactwa innych kultur. Słynne wersy z Drugiego przyjścia W. B. Yeatsa zdają się doskonale przedstawiać naszą obecną sytuację: „Najlepsi tracą wszelką wiarę, a w najgorszych/ Kipi żarliwa i porywcza moc”. To znakomity opis dzisiejszego podziału na anemicznych liberałów i żarliwych fundamentalistów – tych muzułmańskich, ale i naszych własnych, chrześcijańskich. „Najlepsi” nie są już w stanie w pełni się zaangażować, natomiast „najgorsi” angażują się w rasistowski, religijny, seksistowski fanatyzm. Jak przełamać ten impas?
Zamiast zgrywać pięknoduchów i opłakiwać narastający ostatnio w Europie rasizm, powinniśmy krytycznie spojrzeć na samych siebie, zadając sobie pytanie, do jakiego stopnia nasz własny abstrakcyjny multikulturalizm przyczynił się do tego smutnego stanu rzeczy. Jeśli wszystkie strony nie podzielają i nie respektują tych samych obyczajów, multikulturalizm zamienia się w prawnie uregulowaną wzajemną niewiedzę i nienawiść. Spór o wielokulturowość jest już sporem o Leitkultur: to nie jest konflikt między kulturami, lecz między różnymi wizjami sposobu, w jaki różne kultury mogą i powinny współistnieć, spór dotyczący reguł i praktyk, które muszą one ze sobą dzielić, jeśli mają koegzystować.
Należy zatem unikać popadnięcia w liberalną grę: „na ile tolerancji możemy sobie pozwolić?” – czy mamy tolerować to, że zakazują swoim dzieciom chodzenia do świeckich szkół, że zmuszają swoje żony do ubierania się i zachowywania w określony sposób, że aranżują śluby swoich dzieci, że prześladują gejów… Na tym poziomie oczywiście nigdy nie jesteśmy dość tolerancyjni, albo zawsze jesteśmy już zbyt tolerancyjni, lekceważąc prawa kobiet itd. Jedynym sposobem na wyrwanie się z tego impasu jest stworzenie pozytywnego uniwersalnego projektu popieranego przez wszystkie strony. Zmagań, w których „nie masz Żyda ani Greka, nie masz mężczyzny ani kobiety” jest wiele, od ekologii po ekonomię.
Pod koniec życia Zygmunt Freud zadał kłopotliwe pytanie: czego pragnie kobieta? Dziś naszym pytaniem jest raczej: czego chce Europa? Przeważnie działa jak regulator globalnego kapitalistycznego rozwoju; czasem flirtuje z konserwatywną obroną swojej tradycji. Obie te ścieżki prowadzą ku zapomnieniu, ku marginalizacji Europy. Jedynym wyjściem z tego ogłupiającego impasu jest wskrzeszenie europejskiej tradycji radykalnej i uniwersalnej emancypacji. Zadanie polega na wyjściu poza prostą tolerancję wobec innych, do pozytywnej emancypującej Leitkultur, jedynej, która może utrzymać autentyczną koegzystencję z inną kulturą, i zaangażować się w nadchodzącą walkę o Leitkultur. Nie ograniczajmy się do szanowania innych, proponujmy im w zamian wspólną walkę, bo nasze dzisiejsze problemy są wspólne.
przełożyła Cveta Dimitrova
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...