NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Zizek: Czego chce Europa? Drukuj
Slavoj Žižek   
31.08.2011

Zarówno w ideologicznych usprawiedliwieniach wygłaszanych przez Andersa Behringa Breivika, jak i w reakcji na jego morderczy czyn są pewne elementy, które powinny skłonić nas do zastanowienia. Manifest tego chrześcijańskiego „pogromcy marksistów”, który zabił w Oslo ponad 70 osób, to wcale NIE przykład bredni obłąkanego szaleńca; to po prostu konsekwentne przedstawienie „kryzysu Europy” będącego (mniej lub bardziej) ukrytą podstawą dla narastającego populizmu antyimigranckiego – niespójności manifestu są symptomatyczne dla wewnętrznych sprzeczności zawartego w tym stanowisku. Pierwsze, co musi rzucać się w oczy, to sposób, w jaki Breivik konstruuje swojego wroga – łączy trzy elementy (marksizm, multikulturalizm, islamizm), spośród których każdy należy do odmiennej przestrzeni politycznej: radykalnej lewicy (marksizm), liberalizmu (multikulturalizm) oraz fundamentalizmu religijnego (islamizm). W nowej odsłonie powraca tu stary faszystowski obyczaj przypisywania wzajemnie wykluczających się cech wrogowi (wystarczy przypomnieć „żydowski spisek bolszewicko-plutokratyczny” powstały z połączenia bolszewickiej radykalnej lewicy, plutokratycznego kapitalizmu i tożsamości etniczno-religijnej).


Jeszcze bardziej sugestywne jest to, jak w akcie samoopisu Breivik tasuje ideologicznymi kartami radykalnej prawicy. Breivik broni chrześcijaństwa, pozostając świeckim agnostykiem: chrześcijaństwo jest dla niego jedynie konstruktem kulturowym pozwalającym przeciwstawić się islamowi. Jest antyfeministą, przeciwnym podejmowaniu przez kobiety wyższych studiów, ale opowiada się za „świeckim“ społeczeństwem, popiera aborcję i gejów. Jest w tym następcą Pima Fortuyna, populistycznego prawicowego polityka z Holandii, zamordowanego na początku maja 2002 roku, dwa tygodnie przed wyborami, w których spodziewano się, że uzyska on jedną piątą głosów. Fortuyn był postacią paradoksalną i symptomatyczną: prawicowy populista o niemal doskonale „poprawnych politycznie” cechach osobistych i nawet (w większości) poglądach. Fortuyn był gejem, utrzymywał dobre relacje osobiste z wieloma imigrantami, wykazywał się wrodzonym wyczuciem ironii itd. – krótko mówiąc, był dobrym tolerancyjnym liberałem we wszystkim oprócz jego zasadniczego stanowiska politycznego. Uosabiał zatem skrzyżowanie prawicowego populizmu z liberalną poprawnością polityczną – może więc musiał umrzeć, ponieważ był żywym dowodem na fałsz przeciwstawiania liberalnej tolerancji prawicowemu populizmowi, pokazywał, że mamy tu do czynienia z dwoma stronami tego samego medalu.


Co więcej, Breivik łączy w sobie cechy nazisty (także w szczegółach – na przykład żywi sympatię do Sagi, szwedzkiej pronazistowskiej piosenkarki folk) z nienawiścią do Hitlera: jednym z jego idoli jest Max Manus, lider norweskiego antynazistowskiego ruchu oporu. Breivik jest też jawnym rasistą, a zarazem filosemitą popierającym Izrael, ponieważ państwo żydowskie stanowi pierwszą linię obrony przed muzułmańską ekspansją. Chciałby nawet ujrzeć odbudowaną Świątynię Jerozolimską. Jego postać urzeczywistnia największy paradoks filosemickiego rasistowskiego nazisty. Jak to możliwe?


Odpowiedzi dostarczają nam reakcje europejskiej prawicy na atak Breivika. Powtarzano jak mantrę, że potępiając morderczy czyn Breivika, nie powinniśmy zapominać, iż stoją za nim „uzasadnione obawy dotyczące realnych problemów”. Mainstreamowa polityka nie radzi sobie z upadkiem Europy powodowanym przez islamizację i multikulturalizm. Powinniśmy potraktować tragedię w Oslo – pisze „The Jerusalem Post” – jako okazję do poważnego zrewidowania metod integracji imigrantów w Norwegii i w innych krajach”. [wstępniak zatytułowany Norway’s Challenge z 24 lipca 2011]. Nawiasem mówiąc, byłoby miło usłyszeć po palestyńskich aktach terroru podobne wyrazy uznania w stylu: „te akty terroru powinny posłużyć za okazję do zrewidowania polityki Izraela”. Odwołanie do Izraela w tej analizie, choć ukryte, rozumie się samo przez się: „wielokulturowy” Izrael nie ma szansy przetrwania, jedyną realistyczną opcją jest apartheid. Ceną za ten czysto perwersyjny pakt syjonizmu z prawicą jest to, że aby uzasadnić roszczenia względem Palestyny, trzeba retroaktywnie uznać linię argumentacji, którą we wcześniejszej europejskiej historii stosowano wobec Żydów. Ta niepisana umowa brzmi: „możemy uznać wasz brak tolerancji dla innych kultur na waszym podwórku, jeśli wy uznacie nasze prawo do tego, żeby nie tolerować Palestyńczyków na naszym”. Tragiczna ironia zawarta w tej niepisanej umowie polega na tym, że w europejskiej historii ostatnich wieków to właśnie Żydzi byli pierwszymi „multikulturalistami”, którzy starali się w miejscach zdominowanych przez inną kulturę uchronić własną. Swoją drogą warto zauważyć, że w latach 30., w odpowiedzi na nazistowski antysemityzm, Ernest Jones, główny przedstawiciel konformistycznego gentryfikowania psychoanalizy, oddawał się dziwacznym rozważaniom nad procentem obcej populacji, którą ciało narodowe może wytrzymać bez utraty własnej tożsamości, a tym samym akceptował nazistowski sposób myślenia.

  

Antysemityzm stary i nowy

  

A co jeśli właśnie WKRACZAMY w nową erę, w której takie rozumowanie będzie rozumowaniem dominującym? Co jeśli Europa musi zaakceptować paradoks, że jej demokratyczna otwartość oparta jest na zastrzeżeniu: „nie ma wolności dla wrogów wolności” jak to ujął dawno temu Robespierre? W zasadzie, to oczywiście prawda, ale tu właśnie należy być bardzo precyzyjnym. W pewnym sensie Breivik miał rację, wybierając cel: nie zaatakował obcych, lecz tych ze swojej własnej wspólnoty, którzy byli zbyt tolerancyjni wobec obcych. To nie obcy stanowią problem, ale nasza własna (europejska) tożsamość.


Jakkolwiek trwający kryzys Unii Europejskiej wydaje się kryzysem ekonomicznym i finansowym, w swym zasadniczym wymiarze jest to kryzys ideologiczno-polityczny. Klęska referendów w sprawie konstytucji europejskiej sprzed paru lat była wyraźnym sygnałem, że głosujący postrzegają UE jako „technokratyczną” unię ekonomiczną bez jakiejkolwiek wizji potrafiącej zmobilizować ludzi. Aż po ostatnie protesty, jedyną zdolną do tego ideologią była obrona Europy przed imigrantami.


Niedawne wybuchy homofobii w postkomunistycznych państwach Europy Wschodniej powinny dać nam do myślenia. Na początku 2011 roku w Stambule odbyła się parada gejów, w której pokojowy udział wzięły tysiące osób, obyło się bez przemocy i innych zakłóceń. W tym samym czasie w Serbii i Chorwacji (Belgrad, Split) policja nie była w stanie obronić uczestników parad gejowskich przed wściekłymi atakami tysięcy agresywnych chrześcijańskich fundamentalistów. To nie Turcja, ale TACY fundamentaliści stanowią prawdziwe zagrożenie dla europejskiego dziedzictwa. Skoro więc UE zablokowała w zasadzie przyjęcie Turcji, nasuwa się oczywiste pytanie: a może zastosujemy te same zasady wobec Europy Wschodniej? Nie wspomnę już o dziwnym fakcie, że główną siłą stojącą za ruchem antygejowskim w Chorwacji jest Kościół katolicki słynący z licznych skandali pedofilskich.


Najważniejsze, aby umieścić antysemityzm w jednym szeregu z rasizmem, seksizmem, homofobią itd. Starając się uzasadnić swoją syjonistyczną politykę, Izrael popełnia tu katastrofalny błąd. Postanawia, jeśli nie całkiem zignorować, to pomniejszyć znaczenie tak zwanego „starego” (tradycyjnego europejskiego) antysemityzmu, koncentrując się w zamian na „nowym”, rzekomo „postępowym” antysemityzmie ukrytym pod maską krytyki syjonistycznej polityki Izraela. W tym samym duchu Bernard Henri-Lévy (w swojej książce Ce grand cadavre à la renverse) stwierdził, że antysemityzm XXI wieku będzie albo „postępowy”, albo żaden. Jeśli pociągniemy to twierdzenie do końca, dojdziemy do odwrócenia starej marksistowskiej interpretacji antysemityzmu jako zmistyfikowanego/przesuniętego antykapitalizmu (zamiast oskarżać system kapitalistyczny, gniew kierowany jest na konkretną grupę etniczną oskarżaną o korumpowanie systemu): dla Henri-Lévy’ego i jego stronników, dzisiejszy antykapitalizm jest zamaskowaną formą antysemityzmu.


Ten niewypowiedziany, lecz nie mniej przez to skuteczny, zakaz atakowania „starego” antysemityzmu ma miejsce w tej samej chwili, gdy właśnie ten antysemityzm powraca w Europie, szczególnie w postkomunistycznych krajach Europy Wschodniej. Podobnie osobliwą zależność możemy zaobserwować także w USA: jak to możliwe, że z natury antysemiccy, amerykańscy chrześcijańscy fundamentaliści tak żarliwie popierają syjonistyczną politykę Izraela? Istnieje tylko jedno rozwiązanie dla tej zagadki: to nie amerykańscy fundamentaliści się zmienili, to sam syjonizm, w swojej nienawiści do Żydów, którzy nie identyfikują się całkowicie z polityką państwa Izrael, paradoksalnie, stał się antysemicki. Skonstruował postać Żyda, który po antysemicku powątpiewa w syjonistyczny projekt. Izrael gra tu w niebezpieczną grę: telewizja Fox News, główny amerykański głos radykalnej prawicy, zagorzale sprzyjająca izraelskiemu ekspansjonizmowi, musiała niedawno zdjąć z anteny Glena Becka, swojego najpopularniejszego prezentera, z powodu coraz bardziej jawnie antysemickich komentarzy.


Standardowy syjonistyczny argument przeciwko krytykom polityki Izraela jest oczywiście taki, że Izrael, jak każdy inny kraj, może oraz powinien być oceniany i ewentualnie krytykowany, lecz krytycy Izraela nadużywają swojego prawa do krytyki w antysemickich celach. Czyż prawdziwego stanowiska ukrytego w argumentacji chrześcijańskich fundamentalistów bez zastrzeżeń  popierających izraelską politykę i odrzucających jej lewicową krytykę nie oddaje najlepiej wspaniała karykatura opublikowana w lipcu 2008 roku w wiedeńskim dzienniku „Die Presse”? Przedstawia ona dwoje krępych Austriaków w strojach nazistów, jeden z nich trzyma w rękach gazetę i mówi do swojego przyjaciela: „Znowu widać, jak w pełni usprawiedliwiony antysemityzm jest nadużywany do taniej krytyki Izraela!”. TO są dzisiejsi sojusznicy państwa Izrael. Zadajmy sobie jeszcze raz pytanie, jak do tego doszło?

  

Populistyczny rasizm i jego krytycy 


Sto lat temu Gilbert Keith Chesterton wyraźnie pokazał ślepy zaułek, do którego prowadzi krytyka religii: „Ludzie, którzy rozpoczynają walkę z Kościołem w obronie wolności i człowieczeństwa, kończą na wyrzeczeniu się wolności i człowieczeństwa, byle tylko móc dalej walczyć z Kościołem. […] Sekularystom nie udało się zniszczyć rzeczy boskich; zdołali jednak zniszczyć rzeczy świeckie, jeżeli stanowi to dla nich jakiekolwiek pocieszenie”. Czy to samo nie stosuje się również do obrońców religii? Ilu jej fanatycznych obrońców zaczynało od zaciekłego atakowania współczesnej kultury świeckiej, a kończyło na porzuceniu każdego istotnego doświadczenia religijnego? Podobnie, wielu wojujących liberałów tak bardzo pragnie zwalczać antydemokratyczny fundamentalizm, że sami ostatecznie wyrzekają się wolności i demokracji, byle tylko walczyć z terrorem. O ile „terroryści” gotowi są zniszczyć ten świat z miłości do innego świata, o tyle nasi bojownicy przeciwko terrorowi gotowi są zniszczyć własny demokratyczny świat z nienawiści do muzułmańskiego Innego. Niektórzy z nich tak bardzo kochają ludzką godność, że są gotowi zalegalizować użycie tortur (którą są ostateczną degradacją ludzkiej godności), żeby jej bronić… I czy to samo nie dotyczy także rosnących ostatnio w siłę obrońców Europy przeciwko imigranckiemu zagrożeniu? W swoim zapale do ochrony tradycji judeochrześcijańskiej, ci zeloci są gotowi poświęcić prawdziwe sedno chrześcijaństwa. Prawdziwym zagrożeniem dla europejskiej tradycji są właśnie ludzie tacy jak Breivik, samozwańczy obrońca Europy, który zabijał „z miłości” do niej: z takimi przyjaciółmi Europie nie potrzeba wrogów. Jeśli Breivik brał na poważnie swoją miłość do Europy, powinien był pójść za radą ojca i się zabić.


Ten wzrost niechęci do imigrantów należy rozpatrywać na tle długoterminowego przegrupowania przestrzeni politycznej na zachodzie i wschodzie Europy. Do niedawna była ona zagospodarowana przez dwie główne partie, obejmujące wszystkich wyborców: partię na prawo od centrum (chrześcijańsko-demokratyczną, liberalno-konserwatywną, ludową…) i partię na lewo od centrum (socjalistyczną, socjaldemokratyczną…), do tego dochodziło kilka mniejszych partii skierowanych do węższego elektoratu (ekolodzy, komuniści itd.). Ostatnie wyniki wyborów są sygnałem wyłaniania się – zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie – odmiennego podziału. Mamy jedną dominującą partię centrową, popierającą globalny kapitalizm w jego obecnym kształcie i proponującą liberalny program w kwestiach kulturowych (prawo do aborcji, prawa gejów, religijnych i etnicznych mniejszości itd.). Jej opozycję stanowi rosnąca w siłę populistyczna prawica. Polska jest tu wzorcowym przykładem: po zniknięciu ze sceny ekskomunistów głównymi partiami są tu „antyideologiczna” centrowa liberalna partia premiera Donalda Tuska i konserwatywna chrześcijańska partia braci Kaczyńskich. Podobne tendencje można zaobserwować w Holandii, Norwegii, Szwecji, na Węgrzech… Za pytajmy po raz trzeci i ostatni, jak do tego doszło?


Po upadku komunistycznych reżimów w 1990 roku wkroczyliśmy w nową epokę, w której główną formą sprawowania władzy państwowej stało się odpolitycznione administrowanie za pomocą ekspertów i koordynowanie rozmaitych interesów. Jedynym sposobem wprowadzenia do polityki zaangażowania i zmobilizowania ludzi stał się strach. Strach przed imigrantami, strach przed przestępczością, strach przed bezbożną seksualną demoralizacją, strach przed nadmierną ingerencją państwa (obciążeniami wynikającymi z wysokiego opodatkowania i sprawowanej przez państwo kontroli), strach przed katastrofą ekologiczną, a także przed prześladowaniami (poprawność polityczna jest wzorcową liberalną postacią polityki strachu). Taka polityka zawsze opiera się na manipulowaniu paranoją tłumu – przerażającego zbiorowiska przerażonych mężczyzn i kobiet. Dlatego wielkim wydarzeniem pierwszej dekady nowego tysiąclecia było przejście polityki antyimigracyjnej do mainstreamu i ostateczne przecięcie pępowiny łączącej ją ze skrajną prawicą. Od Francji po Niemcy, od Austrii po Holandię, w nowym duchu dumy z własnej kulturowej i historycznej tożsamości, główne partie nie omieszkały podkreślić, że imigranci są gośćmi, zobowiązanymi do dostosowania się do wartości kulturowych wyznawanych przez dane społeczeństwo – „oto nasz kraj, kochajcie go albo go opuśćcie”.


Nowocześni liberałowie są oczywiście przerażeni takim populistycznym rasizmem. Gdybyśmy jednak przyjrzeli się bliżej, dostrzeglibyśmy, jak ich tolerancja dla wielokulturowości oraz szacunek dla (etnicznych, religijnych, seksualnych) różnic, podziela z przeciwnikami imigracji tę samą potrzebę trzymania innych na odpowiedni dystans. Inni są OK, szanuję ich, lecz nie powinni za bardzo naruszać mojej przestrzeni. Gdy to czynią, dręczą mnie – swoim zapachem, sprośnymi gadkami, prostackimi zwyczajami, swoją muzyką, swoją kuchnią… Całkowicie popieram działania na rzecz praw czarnych, lecz nie ma mowy, żebym słuchał hałaśliwej muzyki rap. Na dzisiejszym rynku możemy odnaleźć cały szereg produktów pozbawionych swoich szkodliwych właściwości: kawę bez kofeiny, śmietanę bez tłuszczu, piwo bez alkoholu… To nie koniec tej listy: co z wirtualnym seksem jako seksem bez seksu, co z zaprezentowaną przez Colina Powella doktryną wojny bez ofiar (po naszej stronie rzecz jasna) jako wojny pozbawionej swoich skutków, co z współczesną redefinicją polityki jako sztuki administrowania przez ekspertów, więc polityką bez polityki, aż po dzisiejszy tolerancyjny liberalny multikulturalizm jako doświadczenie Innego pozbawionego swojej Inności – bezkofeinowy Inny, tańczący fascynujące tańce ze zdrowym ekologicznym i holistycznym podejściem do rzeczywistości, tak długo jak bicie przez niego własnej żony pozostaje poza zasięgiem wzroku… 


Ten mechanizm unieszkodliwienia najlepiej został ujęty przez Roberta Brasillacha, francuskiego faszystowskiego intelektualistę, uznającego się za „umiarkowanego” antysemitę, skazanego i zastrzelonego w 1945 roku. W 1938 roku zaproponował on formułę „rozsądnego antysemityzmu”: „Pozwalamy sobie na oklaskiwanie w kinie Charliego Chaplina, pół-Żyda; na wielbienie Prousta, pół-Żyda; na oklaskiwanie Yehudi Menuhina, Żyda; a głos Hitlera niesie się na falach radiowych nazwanych nazwiskiem Żyda Hertza. […] Nie chcemy nikogo zabijać ani organizować żadnych pogromów. Uważamy jednak, że najlepszym sposobem zapobieżenia nieprzewidzianym aktom odruchowego antysemityzmu jest właśnie urządzenie antysemityzmu rozsądnego”. Czy to nie ta sama postawa kryje się w sposobie, w jaki nasze rządy usiłują radzić sobie z „zagrożeniem ze strony imigrantów”? Po tym, jak słusznie odrzucają bezpośredni populistyczny rasizm jako „nierozsądny” i nieakceptowalny wedle naszych demokratycznych standardów, stosują „rozsądnie” rasistowskie środki zapobiegawcze… Niektórzy z nich, nawet socjaldemokraci, przypominają dzisiejszych Brasilllachów, mówiąc nam: „Pozwalamy sobie oklaskiwać afrykańskich i wschodnioeuropejskich sportowców, azjatyckich lekarzy, indyjskich programistów. Nie chcemy nikogo zabijać ani organizować żadnych pogromów. Uważamy jednak, że najlepszym sposobem zapobieżenia nieprzewidywalnym wybuchom skierowanym przeciw imigrantom jest zorganizowanie rozsądnej ochrony przed nimi”. Ta wizja pozbawienia Bliźniego toksyczności pokazuje przejście od jawnego barbarzyństwa do barbarzyństwa z ludzką twarzą. To powrót od chrześcijańskiego umiłowania bliźniego do pogańskiego uprzywilejowania własnego rodu (Grecy, Rzymianie przeciw barbarzyńskiemu Innemu). Nawet gdyby wyglądało to jak obrona chrześcijańskich wartości, stanowi największe zagrożenie dla samej istoty chrześcijaństwa.

  

Multikulturalizm jako źródło cierpień 


Należy jednak pójść o krok dalej w tej krytyce: krytyka antyimigranckiego rasizmu powinna zostać zradykalizowana do samokrytyki, pokazującej współudział w tym procederze panującej postaci multikulturalizmu. Krytycy fali wystąpień antyimigranckich przeważnie ograniczają się do odwiecznego rytuału spowiadania się z grzechów Europy, pokornego przyjmowania ograniczeń europejskiej tradycji i wychwalania bogactwa innych kultur. Słynne wersy z Drugiego przyjścia W. B. Yeatsa zdają się doskonale przedstawiać naszą obecną sytuację: „Najlepsi tracą wszelką wiarę, a w najgorszych/ Kipi żarliwa i porywcza moc”. To znakomity opis dzisiejszego podziału na anemicznych liberałów i żarliwych fundamentalistów – tych muzułmańskich, ale i naszych własnych, chrześcijańskich. „Najlepsi” nie są już w stanie w pełni się zaangażować, natomiast „najgorsi” angażują się w rasistowski, religijny, seksistowski fanatyzm. Jak przełamać ten impas?


Zamiast zgrywać pięknoduchów i opłakiwać narastający ostatnio w Europie rasizm, powinniśmy krytycznie spojrzeć na samych siebie, zadając sobie pytanie, do jakiego stopnia nasz własny abstrakcyjny multikulturalizm przyczynił się do tego smutnego stanu rzeczy. Jeśli wszystkie strony nie podzielają i nie respektują tych samych obyczajów, multikulturalizm zamienia się w prawnie uregulowaną wzajemną niewiedzę i nienawiść. Spór o wielokulturowość jest już sporem o Leitkultur: to nie jest konflikt między kulturami, lecz między różnymi wizjami sposobu, w jaki różne kultury mogą i powinny współistnieć, spór dotyczący reguł i praktyk, które muszą one ze sobą dzielić, jeśli mają koegzystować.

  

Należy zatem unikać popadnięcia w liberalną grę: „na ile tolerancji możemy sobie pozwolić?” – czy mamy tolerować to, że zakazują swoim dzieciom chodzenia do świeckich szkół, że zmuszają swoje żony do ubierania się i zachowywania w określony sposób, że aranżują śluby swoich dzieci, że prześladują gejów… Na tym poziomie oczywiście nigdy nie jesteśmy dość tolerancyjni, albo zawsze jesteśmy już zbyt tolerancyjni, lekceważąc prawa kobiet itd. Jedynym sposobem na wyrwanie się z tego impasu jest stworzenie pozytywnego uniwersalnego projektu popieranego przez wszystkie strony. Zmagań, w których „nie masz Żyda ani Greka, nie masz mężczyzny ani kobiety” jest wiele, od ekologii po ekonomię.


Pod koniec życia Zygmunt Freud zadał kłopotliwe pytanie: czego pragnie kobieta? Dziś naszym pytaniem jest raczej: czego chce Europa? Przeważnie działa jak regulator globalnego kapitalistycznego rozwoju; czasem flirtuje z konserwatywną obroną swojej tradycji. Obie te ścieżki prowadzą ku zapomnieniu, ku marginalizacji Europy. Jedynym wyjściem z tego ogłupiającego impasu jest wskrzeszenie europejskiej tradycji radykalnej i uniwersalnej emancypacji. Zadanie polega na wyjściu poza prostą tolerancję wobec innych, do pozytywnej emancypującej Leitkultur, jedynej, która może utrzymać autentyczną koegzystencję z inną kulturą, i zaangażować się w nadchodzącą walkę o Leitkultur. Nie ograniczajmy się do szanowania innych, proponujmy im w zamian wspólną walkę, bo nasze dzisiejsze problemy są wspólne.

  

przełożyła Cveta Dimitrova

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
El Diablo   |31.08.2011 23:51:10
Zgadzam się z towarzyszem Zizkiem co do konieczności stworzenia pozytywnego
projektu europejskiego będącego remedium na problemy multikulturalistycznego
liberalizmu. Uważam jednak, że dla Turcji nie ma miejsca w Unii Europejskiej (co
innego mniejszych państw bałkańskich takich jak Bośnia i Hercegowina, Albania i
Kosowo). Wystarczy posłuchać tego o czym mówią na temat tego kraju muzycy System
Of A Down. Wciąż nie można tam mówić o ludobójstwie Ormian jako zbrodni. Cóż
wystąpię tu w roli podobnej do nieortodoksyjnego Leona Napty (marksisty-
ultramontanina) przeciwko naiwnemu Lodovico Settembriniemu (liberałowi i
karbonariuszowi). Europeizacja małych państw muzułmańskich, czyli zaszczepienie
uniwersalistycznej leitkultur jest możliwa. Obawiam się jednak, że leikultur,
która byłaby do wynegocjowania pomiędzy ortodoksyjnymi muzułmanami, a
Europejczykami byłaby chowaniem głowy w piasek w spornych sprawach (co Zizek
zauważył). Trzeba chyba jednak uznać, że pewne prawa są produktem już w
znacznej mierze postchrześcijańskiej cywilizacji zachodniej, a ich uniwersalność
zasadza się na tym, że są do przyjęcia dla wszystkich ludzi, którzy chcą godnych
warunków życia, pracy i nie chcą cierpieć z powodu odmienności, która nie
szkodzi innym.
El Diablo   |01.09.2011 00:31:48
Znowu byłem nieprezyzyjny. Oczywiście Europejczykami są wszyscy ludzie
zamieszkujący w geograficznych granicach Europy.
Negocjowanie emancypującej leitkultur z ortodoksyjnymi muzułmanami (szczególnie z bardzo ludnej i coraz bardziej
przywiązanej do islamu Turcji) byłoby bardzo trudne dla
urzędników Komisji Europeskiej czy europejskich intelektualistów.
Mniejsze państwa byłyby tutaj mniejszym problemem.

Perwera mojego
myślenia polega jednak na tym, że jako były katolik jestem jednak
nieco przywiązany do chrześcijańskiej spuścizny Europy w której była
możliwa rewolucja francuska i Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, a
to chyba dzięki nieścisłemu funkcjonowaniu władzy duchownej i świeckiej w
przeciwieństwie do teokracji państw muzułmańskich. Niechętnie
więc widzę muzułmańską Turcję, a dobrze patrzę na Albanię, która miała
za wodza Skanderbega oraz słowiańską choć muzułmańską Bośnię
(bracia Słowianie:).
Madderdin  - Robespierre   |01.09.2011 00:49:07
Z tym Robespierre to ok. Wszystkich na gilotynę i będzie git.
viking   |01.09.2011 01:15:17
Żiżek mówi o Leitkultur i to niewątpliwie świadczy o jego odwadze, ponieważ
powtarza w pewnym sensie to, co mówiła Merkel a co, wciąż wierząca w naiwną
koncepcję multikulturalizmu lewica, umieściła szybko w jednym rzędzie z
"mądrościami" Sarrazina- zapewne po to, by odwrócić uwagę od faktu, iż
ten był działaczem SPD.
Choć ogólnie tekst jest jednym z najlepszych tekstów
Żiżka (przynajmniej moim skromnym zdaniem), mam kilka zastrzeżeń.
Przede
wszystkim, pomiędzy chrześcijańskimi fundamentalistami z Chorwacji, Polski czy
także państw zachodnich a muzułmanami, występują istotne różnice.

"Rodzimi" fundamentaliści, chuligani, faszyści itp. są elementem
każdego społeczeństwa i stanowią w nim w miarę stały procent. Fanatycy
przybywający z zewnątrz, zapewne też nie stanowią wielkiego odsetka wśród
imigrantów, ale choćby nawet stanowili 1%, to i tak istnieje obawa, że będzie
ich coraz więcej. Obawa ta byłaby czysto ksenofobiczna, gdyby rządy kierowały
się zasadą Leitkultur, o której pisze Żiżek i próbowały "wkluczać"
ludność napływową do społeczeństwa, pokazując jasno, że rządzi się ono
określonymi regułami. Problem w tym, że to właśnie lewica, koncepcję tę
odrzucała przez wiele lat, twierdząc, iż jest ona "narzucaniem" innym
własnych obyczajów, niemalże rasizmem. Jeżeli część krajów przyjmuje imigrantów
bez ograniczeń i jednocześnie pozwala, by towrzyli alternatywne społeczności na
marginesie społeczeństwa, to trudno się dziwić, że niektórzy się boją …
.

Sprawa Breivika ma, moim zdaniem, jeden dobry (jeśli w ogóle można używać
tego słowa w tym kontekście) i jeden zły skutek dla dyskursu publicznego. Z
jednej strony jest kubłem zimnej wody dla tych, którzy uważali, że jedynym
problemem Europy są islam oraz islamski terroryzm a zapomnieli, że kilka państw
europejskich ma całkiem świeże doświadczenia z rodzimym terroryzmem (RAF, ETA,
IRA itd.) i rodzimym religijnym fanatyzmem (tu zgadzam się w 100% z Żiżkiem).

Niestety, norweskie wydarzenia stały się równocześnie wodą na młyn równie
skrajnej opcji reprezentowanej w europejskiej debacie publicznej- tej, która
twierdzi, że każda krytyka islamu jest rasizmem (mimo, że islam nie jest rasą;
określenie "islamofobia" straciło swój ładunek emocjonalny, więc używa
się słowa "rasizm").
Ta opcja, która chyba powoli zaczęła dostrzegać,
że dyskusję na temat imigracji i islamu, trzeba podjąć a zarzucanie wszystkim
wkoło niechęci wobec obcych, niewiele daje, po wyczynach Breivika, wróciła do
swojej mantry. Szwedzkie media (na które w kwestii niezwykłej przenikliwości
intelektualnej można liczyć zawsze) opublikowały już parę artykułów, w których
autorzy dowodzili niemal, iż jeśli nie jest się zwolennikiem feminizmu lub
szwedzkiej polityki imigracyjnej, jeśli do tego jest się chrześcijaninem i
głosuje się na kd (szwedzkich chadeków), to właściwie tylko patrzeć, kiedy się
dostanie świra i zacznie strzelać do dzieci.
eremes  - Czego pragnie Żiżek?   |01.09.2011 01:50:22
Żiżek po raz kolejny powtarza słuszną krytykę krytykę liberalnego
multikulturalizmu.

Pytanie: co dalej? Jaki pozytywny uniwersalny projekt ma do
zaoferowania lewica? Na czym konkretnie miałby polegać? W jaki sposób miałby
porwać zarówno zasiedziałych jak i nowoprzybyłych? Jak zorganizować walkę o nową
Europę?

Żiżek nie odpowiada na te pytania. Czasami wydaje mi się, że nawet się
nie stara. Hasło: "Radykalny projekt emancypacyjny" samo w sobie jest
puste. Podobnie zawołanie o "uniwersalizmie".

Wielopiętrowe konstrukcje
myślowe ("Wszyscy doskonale wiedzą, że… , a jednak zachowują się jakby
…) to świetna rozrywka intelektualna. Niemniej nie nadają się w żadnej mierze
na podstawę do politycznego działania.

Najlepszym przykładem jest sposób w jaki
Żiżek traktuje chrześcijaństwo. Pozbawione swojej istoty (którą jest boska
ofiara i odkupienie, a nie uniwersalizm) staje się wspomnianą myślową
konstrukcją. Owszem błyskotliwie przesunięty akcent, ale nijak to zastosować ani
się z tym zidentyfikować.

I tak Żiżek w tym i innych tekstach, mimo
orędownictwa bliżej niesprecyzowanego "nowego", de facto obija się od
ściany do ściany. Viking zauważył, że zbliża się swoim stanowiskiem do Merkel.
Nie zdziwiłbym się, gdyby towarzysze Breivika też nie zobaczyliby w tym tekście
choćby częściowego poparcia swoich tez.

Żiżek oczywiście dzieli impotencję z
całą lewicą. Sama lewica powoli zamienia się w "puste znaczące".
Emancypacja - ale jaka? Uniwersalizm - ale jaki? Czego pragnie Europa? Czego
pragnie lewica? Czego pragnie Żiżek?
eremes   |01.09.2011 02:14:05
Z tekstu nie dowiaduje się, czy współczesny liberalny multikulturalizm
korzystniej byłoby zastąpić projektem zupełnie nowym, opartym na uniwersalnych
wartościach i wymierzonym przeciwko wszelkim reakcyjnym partykularyzmom
etnokulturowym (zunifikowana kultura), czy może chodzi o wypracowanie możliwej
płaszczyzny porozumienia pomiędzy poszczególnymi grupami bez wzajemnego
wchodzenia na sporne terytoria.

Dlaczego Żiżek, który w kwestii krytyki zawsze
otwiera worek z anegdtotami, gdy chodzi o plan działania na przyszłość ma tak
niewiele do powodzenia.

Zastanawia mnie, dlaczego Żiżka nazywa się myślicielem
"radykalnym" lub "lewicowym". Przecież tematyka jego książek w
dużej mierze zamyka się w słowach: "1001 powodów, dla którego lewicowa
polityka jest nie możliwa".
kot   |01.09.2011 10:06:45
-eremes a co Ty proponujesz?
kot   |01.09.2011 10:19:31
_ Zizek nie podał na tacy rozwiązań.
Ale odświeżył zapomniane.. które jakby
uleciały…
-Model kanadyjski w przeciwieństwie do amerykańskiego sprawdza się
nieźle.
To nie znaczy,że byłby łatwy do zastosowania w Europie.
-Przypomnienie
alogiczności myśli prawicowej, która łączy elementy nie dające się łączyć. Niby
przywiązani do trwałości tradycji ale gotowi fiknąć kozła gdy im to pasuje -bo
ich nie obowiązuje logika.
Slawczan  - Ślepy zaułek?   |01.09.2011 12:53:43
@ El Diablo - twoja postawa jest mi bliska - sam też odszedłem od Kościoła
ale rozumiem ,że cywilizacja europejska jest zbudowana na 2000lat fundamencie
judeochrześcijańskim. Ba wierze ,że lewica de facto domaga się realizacji
ideałów chrześcijańskich. Być może to jest główna przyczyna tak zaciekłego
zwalczania lewicy przez Kościół. Po prostu pojawiła sie opcja domagająca się
realizacji chrześcijańskiego ideału (oczywiście na miare okoliczności) ale bez
pierwiastka irracjonalnego (Bóg) ,w opozycji do struktur używających tegoż
pierwiastka jako uzasadnienia swojego wygodnego bytu korporacyjnego (KRK).
Wracając do twojego posta - nie zgadzam sie ,że europejskość określa położenie
geograficzne. Polska (i część Rosji) leżą na mapie w Europie ale czy mentalnie
nią są? Czasem wątpię gdy widze ten faktyczny (bo werbalnie jest po europejsku)
brak poszanowania dla Człowieka, brak empatii społecznej. Tu ciekawa dygresja -
w będąc imigrantem W Irlandii zachwalałem nasze sklepy 24h - ,że ich mnóstwo i
wygodnie…Konkluzja mojego kolegi Irlandczyka - Może to i wygodne ale co z
ludzmi tam zatrudnionymi-chyba nie są zbyt szczęśliwi…
Wracając do artykułu
Żiżka: ile diagnozy Zizka sa w dużej mierze słuszne , nie rozumiem jego
pretensji do Europejczyków ,że są w stanie zaakceptować (gł. werbalnie) Innego
tylko bez ,,inności". Cóż w tym dziwnego? Przykład: przychodze do p. Żiżka w
odwiedziny - jestem nałogowym palaczem a u niego w domu sie pali(bo on
nienawidzi smrodu dymu i samego nałogu) ,idąc zgodnie z jego logiką jestem
uprawniony by zapalić (To Moje Prawo) a on powinien zaakceptować (nie tylko
stolerować) mnie z moją ,,innością"? Problem leży w tym ,że jest to kwestia
albo-albo. Nie ma wyjścia pośredniego (zakładam taki teoretyczny model,że nie ma
balkonu). I podobnie jest z imigrantami. Gdy byłem w Irlandii ,robiłem co
chciałem ale rozumiałem ,ze mogę tak robić tylko w granicach ICH norm
społecznych. To ich kraj ,ja tam przyjechałem. u siebie w domu mogę trzymac
śmierdzące nogi na stole ale u kogoś choćbym miał na to ochotę nie pozwolę
sobie. Problem z islamem polega na tym ,że pewne jego wartości stoją w
całkowitej sprzeczności z wartościami europejskimi. Przykład: najbardziej
wyświechtany:pozycja kobiet. Inny stosunek do prawa. Dla muzułmanów jedynym
uprawnionym jest prawo motywowane religijnie, Europa(Polska trochę mniej) w
wyniku Oświecenia w zasadie uwolniła prawo spod dyktatu religii i oparła je na
rozumie. Z drugiej strony musimy tolerować rzeczy zagrażające naszej wolności i
czasami życiu bo inaczej byśmy zaprzeczyli naszym podstawowym wartościom. Tak
to ponowoczesna filozofia zagnała nas do narożnika
viking   |01.09.2011 12:55:28
@ kot

To bardzo zastanawiające, że przywołujesz w tym miejscu
"alogiczność myśli prawicowej". Koncepcja "Leitkultur" jest
typowa dla liberałów i w jakiejś mierze także "cywilizowanych",
niepopulistycznych chadeków a więc raczej prawicy niż lewicy. Żiżek niczego nie
odświeża tylko chce przystosować tę nielewicową koncepcję do lewicowej myśli,
tak aby lewica mogła odwrócić się od koncepcji "multikulturalizmu", w
którą nikt poza nią samą już dziś nie wierzy.
Interesujące jest też to co mówisz
o USA. Wiem, że krytyka Stanów Zjednoczonych i nieustanne dowodzenie, iż nic im
się nie udało jest niemalże lewicowym rytuałem, ale obecnie po USA, jako w dużej
mierze pozytywny przykład polityki wobec imigrantów, sięga już nawet francuska
elita. A biorąc pod uwagę, że trudną ją posądzać o instynktowną
proamerykańskość, coś musi być na rzeczy.
Islamistyczne ataki terrorystyczne w
Europie, wywołane były w dużej mierze przez osoby, które żyły na tym kontynencie
od lat. Amerykańskie przez ludzi z zewnątrz. To o czymś świadczy.
Także Żiżek,
mówiąc o negocjowaniu wspólnych wartości, w gruncie rzeczy nawiązuje do modelu
amerykańskiego.
Ten zakłada, że Amerykaninem nie jest ten, kto ma konkretne
pochodzenie, tylko ten, kto identyfikuje się z wartościami tego kraju, czyli
właśnie z taką wynegocjowaną podstawą, jakiej chciałby Żiżek.
Ameryka daje
ludziom symbole: flagę, hymn, wiarę w demokrację i wolność. Europa (a europejska
lewica w szczególności) ma w zwyczaju wyśmiewać to przywiązanie do symboli i
banałów. Dzieci rozpoczynające naukę w szkole od przysięgi wierności wobec
amerykańskich wartości i przestrzegania konstytucji (w niektórych szkołach
składanej codziennie, jak poranna modlitwa w szkołach religijnych), to dla
Europy dziwaczny teatrzyk. Problem w tym, że ludzie potrzebują takich banałów i
teatrzyków.
To właśnie Stany Zjednoczone są jednym z tych niewielu krajów, które
mają silną tożsamość, ale opartą na jasno zdefiniowanej wspólnocie wartości a
nie koncepcji "Blut und Boden". Europa najczęściej oferuje imigrantom
dwie wizje: albo taką, w której są jedynie gośćmi w narodowej wspólnocie, do
której nie należą albo taką, że w ogóle żadnej wspólnoty nie ma, jest tylko
"różnorodność".
Spokojny   |01.09.2011 18:07:57
Żiżek słusznie zauważa, że dla osób obawiających się islamizacji Europy
problemem nie są muzułmanie, tylko ci z europejczyków, którzy problemu nie
dostrzegają. Niestety jednak analiza nie sięga tu wystarczająco głęboko.
Autor
zauważa kombinację poglądów Breivika, Fortuyna i innych osób podobnie myślących
i kombinacja ta wydaje mu się egzotyczna. Oto ludzie którzy popierają gejów,
popierają prawa kobiet, popierają wolność a jednocześnie nie tolerują
multikulturalizmu bo przeraża ich wizja Eurabii. Dla mnie ta kombinacja nie jest
wcale egzotyczna. Co więcej - jest oczywista i stuprocentowo logicznie spójna.
Muzułmanie przerażają takich ludzi ponieważ pochodzą z kultury patriarchalnej. W
takiej kulturze mężczyźni mają jasno zdefiniowaną dominującą pozycję. Płacą za
to sporą cenę. Nie mają dostępu do całej masy łatwych związków z kobietami, nie
mają prawa okazywać słabości i są obarczeni odopwiedzialnością za ekonomiczne
utrzymanie rodzin, z którymi są niemal nierozerwalnie związani. Nie mają prawa
do bycia piotrusiem panem, ale w zamian za to mają dominację nad całą przyrodą.

Łaciński feminizm zrobił z mężczyznami interes. Oddali część swojej dominacji w
zamian za prawo do bycia nie odpowiadającym za nic swobodnym jeźdźcem. Nie
dzierżą już całej władzy, ale w zamian mogą łatwiej w wekend poderwać kogoś na
seks. Nie mają ostatniego słowa w rodzinie, ale w zamian mogą przez pewien czas
być ekonomicznie niesprawni i nie od razu ich to dyskwalifikuje. Nie dominują
całkowicie nad kobietą, ale w zamian mogą mieć wiele kobiet i nie muszą od razu
brać z nimi ślubu, mieć z nimi dzieci i za te dzieci odpowiadać. To uczciwy
interes i koniec końców łacińscy mężczyźni nieźle na nim wychodzą. Jest jednak
pewien podstawowy niepokój który w nich tkwi. Czy miejsce zwolnione przez nich
może rzeczywiście pozostawać nie zajmowane? Żiżek nawiązuje do pytania
Freuda o
to czego chce kobieta przy czym porównuje kobietę z Europą. To jest świetne
porównanie. Czy kiedy kobiety domagały się równych praw, to rzeczywiście znaczy,
że tego właśnie chciały? Czy mężczyźni łacińscy idąc na ten interes na który
poszli nie oszukali się sami? Czy nie jest przypadkiem tak, że kiedy
patriarchalny mężczyzna powróci pod postacią muzułmanina, obdarzony całą masą
"twardych znaczących" - realne złoto zamiast nadmuchanej spekulacyjnej
bańki, dożywotnio obowiązujący ślub zamiast "związku partnerskiego",
zobowiązanie utrzymywania kobiety zamiast "prawa do równej płacy za tę samą
pracę" to łacińscy mężczyźni nie wylądują na pozycji małych chłopców?
Jest
w tej obawie przed islamem głębsza obawa. Czy mamy cokolwiek co może być
podstawą jeśli nie będzie to islam. Co ma nią być? I nie chodzi tu tylko o
ekonomiczny projekt. Projekt ekonomiczny musi opierać się na jakichś konkretnych
wartościach. Takich wspólnych wartości w tym momencie nie ma. Nie można zbudować
społeczeństwa bez nich, z pieniądzem który istotowo jest po prostu długiem, z
systemem rodzinnym 2+1 który w każdym kolejnym pokoleniu generuje zmniejszenie
liczby ludzi do połowy, z myleniem narzucania dzieciom reguł z przemocą wobec
nich i z definicją własnej grupy polegającą na tym, że to jest właśnie ta grupa
która osiągnęła perfekcję w sztuce nie rozróżniania swoich od obcych. Tak
zbudowane społeczeństwo jest jak Europa porównana do kobiety. Czego ona/ono może
chcieć? Napisałbym to wprost, ale pewnie tutejsza cenzura nie puści. Poczucie
tego wywołuje niepokój, a są w każdej grupie takie jednostki, które po prostu
muszą grupowe, zakazane do wyrażania niepokoje wywrzaskiwać i manifestować w
maksymalnie dla siebie destrukcyjnej formie. Niepokój grupy skupia się wtedy na
nich i na potępieniu wobec nich. Ale oni o czymś mówią. Europa nie jest
zagrożona islamem. Europa jest zagrożona całkowitym brakiem czegokolwiek, co
mogłoby być dla islamu alternatywą.
El Diablo   |01.09.2011 21:52:21
@Spokojny

Spłodziłeś świetny tekst;)Ale nie obawiam się przynajmniej paru
milionów Albańczyków i pokrewnych językowo Bośniaków.

@viking

Z
budowaniem tożsamości europejskiej analogicznie do amerykańskiej może być parę
problemów.

Po pierwsze Unia Europejska została zbudowana po klęsce drugiej
wojny światowej. Amerykanie w znacznej części wciąż wierzą w mity takie jak np.
prawdomówność swoich polityków, doskonałość swojej konstytucji czy karierę od
pucybuta do milionera. Europejczycy nie mają takich złudzeń, są bardziej
cyniczni i nie mają wspólnych wyobrażeń. Łączy ich wspólnota zamieszkiwania na
kontynencie o dosyć trudnej historii i przekonanie znacznej części elit, że
ponowna wojna byłaby koszmarem (to odchodzi w zapomnienie), a także wspólny
interes ekonomiczny niemożliwy do zrealizowania przez pojedyncze państwa
narodowe.

Po drugie znaczna część państw europejskich posiadała swoje
kolonie. Ten fakt nie ułatwia wpojenia imigrantom przekonania o równości ich i
tubylców. USA też posiadały swoje kolonie (Filipiny, Kuba) co nie przeszkadza
twierdzić takiemu Barackowi Obamie czy Fareedowi Zakarii, że było inaczej i
umacniać mitu niewinności.

Mimo wszystko jak twierdzi baron Skidelsky w
ostatniej Świątecznej to Obama może uratować świat w trakcie następnego kryzysu
przywdziewając szaty Roosvelta, czyli w dużej mierze wracając do keynesizmu w
nowym wydaniu.
eurypides77   |02.09.2011 00:13:28
@Spokojny: Narracja ciekawa, ale ostateczna diagnoza bledna.

Zauwaz, ze
Amerykanie maja juz system/ideologie, ktora jest wystarczajaco silna zeby byc
alternatywa dla islamu - pisze o tym viking w swoim wpisie.

Europa tak silnego
systemu nie ma - chrzescijanstwo sie skompromitowalo, a poza tym, jestesmy zbyt
oswieceni zeby mogla to byc religia - ale blad konserwatystow polega na tym, ze
tego braku upatruja w upadku tradycyjnej wspolnoty panstwowej, "zatraceniu
sie w Europie".

Ja na to odpowiadam - ale wlasnie tego zatracenia nam
potrzeba. W erze uniwersalnych systemow (a takimi jest islam czy
"amerykanizm"), nikt nigdy nie bedzie widzial odpowiednio silnej
alternatywy w byciu Belgiem, Polakiem czy nawet Niemcem albo Francuzem. Tylko
budujac wystarczajaco silna tozsamosc Europejska (oparta na Oswieceniu, o ktorym
pisze Zizek) i pozwalajac jej zapanowac nad tym narodowym partykularyzmem, ktory
chwala konserwatysci, mozemy miec nadzieje stworzyc cos co bedzie alternatywa
dla Islamu czy Amerykanizmu. Inaczej bedziemy peryferia.
franiszyn  - @eurypides77   |02.09.2011 09:44:34
A ja odpowiem tak:
1. To śmiałe nadużycie twierdzić, że chrześcijaństwo się
skompromitowało.
2. Jest taka tendencja, że im mocniej dąży się do celu, tym
więcej się osiąga. Dlatego udaje się Ameryce i udaje się Islamowi - warto
pamiętać, że dążność do celu jest oparta na bezmyślności.
3. Trzeba być
niepoprawnym marzycielem, żeby wierzyć w stworzenie tożsamości Europy opartej na
Oświeceniu, kiedy nawet w najbardziej zdecentralizowanych terytoriach UE
dochodzi do głupich nadużyć. To chyba musi być ultra leitkultur, czyli taka,
której nie ma - jak słusznie zauważył Spokojny.

Europejczyk działa mniej
nawykowo (czyt. bezmyślnie) od Amerykanina czy muzułmanina, stąd kompromisy w
społeczeństwie, o których pisał Spokojny. Dlatego Europa ma marne szanse i
będzie stopniowo wypierana, jak niegdyś buddyzm czy konfucjanizm wyparły taoizm.
viking   |02.09.2011 13:35:52
@ franiszyn

Fascynująca analiza Europejczyków i Amerykanów. Choć muszę
powiedzieć, że to raczej ona (a nie działanie Amerykanów) "oparta jest na
bezmyślności".
Słynna "amerykańska naiwność", to raczej europejski
stereotyp. Ja tam nie wiem czy oni są tacy naiwni.
Te wartości, w które dziś
wierzą, pozwoliły im zbudować kraj "od zera", zapewniają im wysoki
standard życia, bezpieczeństwo wewnętrzne, prawdziwie zróżnicowane
społeczeństwo, w którym nie dochodzi do olbrzymich napięć itd.
Amerykański
system jest kontrowersyjny. Daje możliwość kariery "od zera do
milionera", ale wiąże się także z ryzykiem drogi w odwrotnym kierunku:
"od milionera do zera". To się może podobać lub nie. Ale faktem jest, że
temu krajowi coś udało się osiągnąć.
Między innymi to, że amerykański
sportowiec pochodzący z Afryki czy Meksyku, nieraz ma łzy w oczach, gdy zagrają
mu "Star-Spangled Banner", ponieważ nawet jeśli ma na co dzień tysiąc
zastrzeżeń do USA, to jednak się z tym krajem identyfikuje. W Europie to prawie
niemożliwe.

@ eurypides77

Też myślę, że to byłoby dobre wyjście, ale
obawiam się, że nie będzie łatwo.
Tożsamość "Europejczyka" mają kraje
Środkowo-Wschodnie, bo w Europie widzą "anty-Rosję"; Słoweńcy, bo widzą
w niej "anty-Bałkany"; Chorwaci, bo nie chcą być gorsi od Słoweńców,
których (niechętnie) uważają za Europejczyków; Niemcy, bo widzą w niej lek na
chorobę swojej przeszłości i w jakimś stopniu Francuzi, którzy chcą nadal być
potęgą, ale pogodzili się z myślą, iż bez Niemiec to niemożliwe.
Reszta krajów
praktycznie w ogóle nie posiada tożsamości europejskiej.
Choć faktem jest, że
tożsamość zwykle tworzy się w opozycji do czegoś. Być może fala populizmu jest
trudnym etapem na drodze do utworzenia takiej wspólnej tożsamości … .
Właściwie zaczyna się ona pojawiać, ale na razie głównie w publicystyce.
franiszyn  - @viking   |02.09.2011 14:44:23
Wcale nie protestuję, że moja analiza jest oparta na bezmyślności.
To Twoja
sprawa, czy uważasz ślepą wiarę (w przypadku USA w symulakry, w przypadku
muzułmanina w Koran) za przejaw oświeconego umysłu, czy właśnie za bezmyślność.
Ja o ‘amerykańskiej naiwności’ nic nie wspominałem, bo nic o niej nie wiem.

Nie
jestem pewny czy sam nie podpierasz bezmyślnością wiary w hasło "od zera do
milionera".

Wysoki standard życia - kosztem innych narodów - to taki fajny
przykład na prawidłowość ich oświeconych wartości? Jak dla mnie to po prostu
głupi amerykański egoizm nasączony pseudoracjonalnymi argumentami.

Akapit o
murzyńskich łzach to perełka. To dopiero jest fascynujące.
Thermidor   |02.09.2011 15:13:20
"Skowyt pokolenia spreadu" …. Żiżek musi poczytać Michalskiego, bo on
znacznie lepiej panuje nad koherentnością treści i formy i nie na…..la do
wszystkiego, co się rusza atomówką, jak Ziżek.
viking   |02.09.2011 17:23:30
@ franiszyn

Bogactwo całego zachodniego świata, w jakiejś mierze opiera się
na wyzysku. Wiemy chyba ile państw miało kolonie poza Europą a ile odbierało
wolność mniejszym narodom wewnątrz Europy, prawda ?
Nie mówiąc już o tym, że
sama Ameryka powstała, jako skutek kolonialnej działalności Europejczyków.
Amerykanie nie spadli z nieba, żeby zabijać rdzenną ludność żyjącą na
zajmowanych przez siebie obecnie terenach.
Także wydaje mi się, że to nie jest
żaden argument w dyskusji na temat imigrantów i Stanów Zjednoczonych.
Przykład z
hymnem i łzami jest banalny, tak jak banalne są wspólne wartości. Ale w tym tkwi
sedno sprawy, że takie zrozumiałe dla wszystkich banały, są potrzebne. I jest
absolutną bzdurą twierdzenie, iż mają one cokolwiek wspólnego z amerykańskim
imperializmem. One istnieją poza nim i dotyczą kwestii obywatelstwa, czyli
czegoś, co w przeciwieństwie do wojen na Bliskim Wschodzie (przez wielu
Amerykanów zdecydowanie nie popieranych !), ma dla społeczeństwa znaczenie w
codziennym życiu. Bo dotyczy tego, co obywatelowi wolno, czego może się domagać
i w co wierzy; umieszcza go w większej strukturze.
Wracając do sportowej
metafory: nie jest ona moim wymysłem, tylko leitmotivem dyskusji na temat
imigracji we Francji, gdzie w związku z ostentacyjnie "olewczym"
stosunkiem piłkarzy-imigrantów do drużyny narodowej, posługiwano się wciąż
porównaniem ich do sportowców amerykańskich.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 31.08.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.40698 Seconds