Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Warkocki: Ponieśli i wilka Drukuj
Błażej Warkocki   
12.06.2009

W styczniu 2009 roku byliśmy świadkami spektaklu medialnego dotyczącego pewnej sugestii, którą rzucił na swym blogu poseł Janusz Palikot. Jarosław Kaczyński jest homoseksualistą. Spektakl trwał co najmniej kilka dni: w telewizji (gdy oglądałem w nocy powtórki programów w TVN 24 ta kwestia powracała w każdym kolejnym programie publicystycznym), w prasie (we wstępniakach wypowiadali się najbardziej znani polscy dziennikarze), Internecie (tu rozegrało się istne szaleństwo) i wszędzie indziej. Przy okazji wypowiadali się licznie polscy intelektualiści i autorytety moralne. Wszyscy zasadniczo byli zgodni. Palikot-błazen używał wulgarnych słów i zachował się brzydko. A fe. Nikt nie zastanawiał się nad przyczynami (homofobia po polsku), wszyscy natomiast byli zgodnie oburzeni. Zacznijmy zatem od innej strony.

Dmowski, mój bliźni

Roman Dmowski jest dzisiaj prawdziwą ikoną prawicowości. Jego dumną obecność odnajdziemy w Internecie na każdej polskiej stronie narodowej, nacjonalistycznej, monarchistycznej czy neofaszystowskiej. Jest tam obiektem kultu, miłości i niemal pożądania. Z powodów wiadomych. Z dzisiejszego punktu widzenia Dmowski ma jednak pewną wadę: przez całe życie mianowicie pozostał kawalerem, a jego życiorys wygląda dość aseksualnie. Fascynowała go też siła i prawdziwa męskość. Z dzisiejszej perspektywy to naprawdę nie wygląda dobrze.

Nic zatem dziwnego, że w Internecie można odnaleźć streszczenie naukowego artykułu autorstwa prof. Andrzeja Friszkego zamieszczonego w kwartalniku „Przegląd Historyczny” (2000 nr 2), który dotyczy rzeczonego aspektu życia Dmowskiego. Streszczenie jest przekopiowane na kilku stronach i stało się zarzewiem dyskusji na forach internetowych np. młodych historyków.

To opowieść sensacyjna i wygląda następująco. Roman Dmowski był agentem carskiej Ochrany, co prof. Friszke wyczytał z odtajnionych akt w Petersburgu, gdzie odnalazł teczkę agenta D. Nie ma większych wątpliwości, że sprawa dotyczy Dmowskiego. Dlaczego został agentem? Otóż carska agentura wiedziała, że Dmowski był homoseksualistą. Sfotografowała, skonfrontowała i skaptowała. Teczka agenta D. poświadcza współpracę do 1917 roku.

Przejdźmy teraz szybko do innej opowieści – dla odmiany melodramatu. Jej autorem jest Roman Giertych, który po okresie dłuższego bojkotu udzieli z pompą wywiadu „Gazecie Wyborczej”[1]. Tu, wywoławszy pierwej odpowiedni suspence, postanowił obwieścić światu wielką tajemnicę rodzinną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, od kiedy pewna ciotka zdradziła się na łożu śmierci. Otóż Dmowski, który był przyjacielem rodziny Giertychów (a jakże!), przez całe życie nieszczęśliwie, bez wzajemności podkochiwał się w ciotce Romana. W atmosferze homofobicznej paranoi, której wpółreżyserem jest Giertych (znajdujemy się bowiem w samym środku IV RP) zatwardziały kawaler mizogin, po prostu nie wygląda dobrze. Coś trzeba zrobić – na przykład zaaranżować scenariusz heteroseksualnego melodramatu (wszelkie reguły gatunku zostały zachowane). Innymi słowy: na wszelki wypadek trzeba mu sprokurować aryjskie papiery.

Powróćmy teraz do wersji sensacyjnej. Zajrzałem do „Przeglądu Historycznego” numer 2 z 2000 roku. Nie ma tam żadnego artykułu Andrzeja Friszke. Cała opowieść o agencie D. jest inteligentnie skonstruowanym apokryfem (jakby według scenariusza wywiedzionego z jednego z najlepszych dziś krytycznych opisów rzeczywistości, tj. książki Elizy Szybowicz Apokryfy w polskiej prozie współczesnej). Przedmiotem parodii jest tu uproszczona wizja historii zgodnie z którą klucz do danej osoby czy faktu (np. prorosyjskiej orientacji politycznej) został zapisany w teczce. Niemniej apokryf o agencie D. ujawnia coś jeszcze.

Jeśli przez chwilę poczuli się Państwo jakby wewnątrz paranoi – to bardzo dobrze. Właśnie tak wygląda dzisiaj homofobia. Wszystko może stać się podejrzane: Karta Praw Podstawowych (biskupi i bracia Kaczyńscy dojrzeli tu swego czasu gejowską piątą kolumnę), kolor ubioru i trójkąt na głowie pacynki z dziecięcej kreskówki (Tinky Winkie jako głosiciel homoseksualnej propagandy) czy słoń z poznańskiego zoo, którego prawicowy radny publicznie oskarżył o homoseksualizm (a my, nieszczęśni poznaniacy, ciągle się zastanawiamy, czy jego nadmiernie homospołeczne zachowania są wynikiem młodzieńczych igraszek charakterystycznych dla słoni w jego wieku, czy może czegoś dużo poważniejszego, co skutecznie zablokuje rozwój słoniarni).

Taki stan rzecz nie wziął się rzecz jasna znikąd. Jest wynikiem przejścia ze stanu homofobii przedpolitycznej w stan homofobii upolitycznionej. A w tym procesie niebagatelną rolę odegrał Jarosław Kaczyński.

Jawna tajemnica

Ustalmy fakty. Janusz Palikot wypełnia w polityce rolę błazna zapewne nie lepiej ani gorzej niż Monika Olejnik rolę niezależnej i drapieżnej dziennikarki. Nazywając Jarosława Kaczyńskiego homoseksualistą, z pewnością nie miał przyjaznych intencji, a wręcz przeciwnie. Chodziło o to, by prezesa PiS poniżyć. W ten sposób Jarosław Kaczyński stał się ofiarą polskiej homofobii (choć był jednocześnie jej wytrwałym budowniczym). Rzecz jasna w obronę powinny wziąć go polskie organizacje gejowskie i trudno dojść, dlaczego tego nie uczyniły (rolę tę wypełnił list SMS-u).

I tu ważna sprawa. Narzędzia homofobiczne można wykorzystać przeciwko wszystkim ludziom, bez względu na ich orientację seksualną. Homofobia ma szczególne znaczenie w przypadku tożsamości męskiej. Jeśli zastanowimy się jak skutecznie obrazić mężczyznę, to szybko dojdziemy do wniosku, że najłatwiej nazwać go pedałem. Dlatego właśnie homofobia jest tak użytecznym narzędziem w procesie kulturowego konstruowania męskiej tożsamości. Wedle Eve Kosofsky Sedgwick kulturowa konstrukcja kobiecości zasadza się na nieco innym mechanizmie. Jeśli chcemy obrazić kobietę, określimy ją raczej jakimś synonimem prostytutki, a nie lesbijki.

Zatem Palikot, dywagując na temat orientacji seksualnej Kaczyńskiego i nazywając  działalność jego partyjnej koleżanki mianem „prostytucji politycznej”, utrafił w samo sedno kulturowych punktów zapalnych. Spektakularne reakcje na powyższe uwagi pokazują, że to działa i jest częścią polskiej kultury (prawicowi publicyści powinni zatem zweryfikować swe przekonanie o nieistnieniu homofobii, jeśli Jarosław Kaczyński tak łatwo stał się jej ofiarą). Każdy mężczyzna może być nazwany homoseksualistą i w warunkach homofobicznej kultury takiej jak polska – nie jest to neutralny opis, lecz obelga.

Ale czy rzeczywiście każdy? Gdy swego czasu posłanka Błochowiak podczas komisji sejmowej w sprawie Rywina, usłyszawszy o noszeniu czerwonych skarpetek przez Adama Michnika, doszła do wniosku, że takie noszą pedały – afery zasadniczo nie było, a w każdym razie nie mogła się ona równać z kilkudniowym medialnym spektaklem, który stał się udziałem Kaczyńskiego i Palikota. A przecież Michnik też nie ma żony…

Z Jarosławem Kaczyńskim rzecz ma się bowiem inaczej. Sprawę można ująć tak – każdy kolejny głos oburzonego dziennikarza czy intelektualisty potwierdzał, że Wielki Inny, czyli opinia publiczna sądzi, że coś może być na rzeczy. Całość wyglądała trochę jak zbiorowa nerwica natręctw: „wszyscy z wyjątkiem tego pana i tej pani, wiedzą dlaczego on bez przerwy myje ręce, a ona czoło, ale zgodnie udają, że nawet im to przez myśl nie przejdzie”[2]. A przecież przeszło i to nie raz. Opisywanie Jarosława Kaczyńskiego jako starego kawalera, który mieszka z mamusią i ma kota, jest w polskim kontekście specyficznym kodem, za pomocą którego mówi się: jest homoseksualistą. I powtarzano to wiele razy. Bardzo wiele. Nie oznacza to oczywiście, że Kaczyński rzeczywiście jest homoseksualistą (w niniejszym tekście oczywiście też nie to stanowi przedmiot dociekań), a tylko tyle, że Wielki Inny tak uważa.

W gruncie rzeczy jest to modelowy przykład „publicznej tajemnicy”. Wszyscy tak sądzą,ale nikt tego głośno nie powie.  A jak ktoś już powie – to wszyscy będą zgodnie i głośno (za głośno!) powtarzać: nigdy o tym nie pomyśleliśmy, wcale, ale to wcale tak nie uważamy. Problem jednak w tym, że jawna tajemnica (bez względu na to czy jej przedmiot jest prawdziwy czy nie) ustawiona w samym centrum sfery publicznej, ma dużą moc projektowania zastępczych kozłów ofiarnych. Być może jest to wyjaśnienie, dlaczego homoseksualność w polskim dyskursie publicznym jest tak szczególnie napiętnowana, że dziś za granicą Polska kojarzy się z homofobią/homoseksualnością niemal równie bardzo co z Lechem Wałęsa i Janem Pawłem II.

Sytuacja w słynnej z paradoksów Polsce ma się zatem tak: w serze publicznej wyprodukowano narodowego wroga: geja (widomym świadectwem żenujące i – tak właśnie – haniebne orędzie prezydenta Lecha Kaczyńskiego); napięcie wokół tej kwestii jest tak duże, że wręcz swojskie słowo „tolerancja” stało się napiętnowane i wielu nauczycieli bało się go używać (zwłaszcza w okresie IVRP); do mainstreamu wkroczyła religijna fundamentalistyczna homofobia, a podżeganie do przemocy wobec gejów (np. w Internecie) nikogo specjalnie nie wzrusza, a w każdym razie nie dziwi. W samym centrum tego pejzażu znajduje się Jarosław Kaczyński, budowniczy IV RP i proklamator homofobicznie zorientowanej „rewolucji moralnej”, główny legitymizator polskiej homofobii, powszechnie podejrzewany o homoseksualizm (to nie musi być prawda, ale Wielki Inny wie swoje i tylko to, w sensie społecznym, się liczy). Sytuacja jest zatem fatalna, prawdziwie wybuchowa. Gdyby Palikot nie istniał, ktoś musiałby go wymyślić.

Dystynkcja

Według wspomnianej powyżej (i całkiem niedawno zmarłej) wybitnej teoretyczki queer Eve Kosofsky Sedgwick główną strukturą opresjonującą osoby homoseksualne jest szafa/ukrycie podtrzymywany przez mechanizm „jawnego sekretu”. Zazwyczaj bowiem doskonale wiemy kto z naszych znajomych czy rodziny jest homoseksualny, ale wolimy o tym nie mówić, bo też nie wiemy jak: nazwać kogoś homoseksualistą, znaczy: potencjalnie obrazić go czy ją.

Istnieją jednak różne podejścia do „homoseksualnej tajemnicy” a - zaryzykuję i od razu postawię końcową tezę – medialny spektakl wokół Kaczyńskiego pokazał ograniczenia i limity inteligenckiego podejścia do sprawy.

Dobrym wprowadzeniem będzie krytyczna recenzja Homobiografii Krzysztofa Tomasika (która nazywała polską homoseksualną tajemnicę, a zatem fakt, że bardzo wielu spośród twórców XX-wiecznej polskiej kultury było homoseksualnych: to „jawna tajemnica” w wersji modelowej) pióra Jerzego Sosnowskiego w katolickiej „Więzi”. Tu pada znamienne zdanie: „Komornicka stała się dziś maskotką mniejszości seksualnych, przeciwko którym nic nie mam (jak zresztą nikt z moich znajomych – cała gadanina o braku tolerancji jest w odniesieniu do inteligentów kiepsko umotywowana, ale rozumiem, że łatwiej walczyć z wyimaginowanym przeciwnikiem, niż z nietolerancją tzw. szerokich mas”)[3]. Rzeczywiście istnieje różnica w mówieniu i podejściu do homoseksualności pomiędzy wersją „inteligencką” a „ludową”. Tę drugą zaprezentował Lech Wałęsa zapraszając swego czasu na przyjęcie Jarosława Kaczyńskiego z mężem. Jej cechą charakterystyczną jest dużo większa gotowość do nazywania (które może być obrażaniem), które swego czasu tak skonfundowało inteligentów z otoczenia Wałęsy. Nie należy jednak mylić polskiej ludowej wersji ze współczesnym dyskursem fundamentalistycznej prawicy rezydującej w mainstreamowych mediach (Pospieszalski, Terlikowski, Najfeld), gdzie argumentacja i wszystko inne zostało zaczerpnięte wprost od amerykańskich nowonarodzonych chrześcijan. Ten dyskurs jest autentycznie nienawistny i niebezpieczny.

Modelowy inteligent natomiast milczy. Kolejna cechą dystynktywną – która z rozbrajającą szczerością, ale i pychą zaprezentował Sosnowski – jest przekonanie brzmiące: ja jestem tolerancyjny, a jeśli coś jest nie tak, winny jest „ ciemny lud”. Otóż bynajmniej: oba podejścia są homofobiczne, ale w inny sposób. Wcale nie jestem też przekonany czy tolerancja Sosnowskiego i jego znajomych (czyżby redaktorów „Więzi”?) jest jakoś szczególnie lepsza, zwłaszcza jeśli przejrzeć numery „Więzi” traktujące o homoseksualności (w skrócie: z wyżyn swego moralnego zaawansowania współczujemy i nie będziemy bić, ale i tak – sorry batory – jesteście gorsi i grzeszni). Dystynkcja, którą tu zarysowuję, wymaga zapewne głębszego namysłu, ale jej istnienie jest chyba intuicyjnie dostrzegalne.

Poszukajmy symptomów kryzysu inteligenckiego podejścia do homoseksualnej tajemnicy w medialnym spektaklu wokół Palikota. Pierwszym z nich jest powracający nieustannie w wielu komentatorskich wypowiedziach „wulgarny język”. Czy słowo „homoseksualista” jest wulgaryzmem? Z pewnością nie jest przyjemne, ale nie jest przecież wulgarne. Z perspektywy inteligenckiej jednak każde nazwanie homoseksualistą osoby znanej lub cenionej (a nie anonimowego Kowalskiego) będzie wulgarne i niestosowne. Bo w homofobicznej kulturze tak to już jest, chodzi o to jednak, żeby to zmienić, czemu nie służy wyniosłe wzruszanie ramion. Homoseksualna tożsamość nie jest kwestią intymną – to kolejny powracający motyw – a co najwyżej prywatną, która łatwo przecieka do tego, co publiczne. Zdefiniowanie tej kwestii jako „intymnej” to wygodne alibi dla milczenia, które w kontekście upolitycznionej i bynajmniej nie milczącej homofobii po prostu nie wystarcza. Tu być może kryje się największe wyzwanie dla inteligenckiego paktu milczenia: czy ciągle można praktykować ten kontrakt jeśli styka się on właśnie z całkowicie jawną homofobią? Generalna odpowiedź wynikła z analizowanego spektaklu brzmi: tak.

Niekonieczne postscriptum

Nie trzeba być niestrudzonym czytelnikiem nader płodnego Žižek, by wiedzieć, że z paranoją różnie bywa. Czasami jej przyczyna może być „prawdziwa”. To stały motyw horrorów. Matka mówi po raz enty dziecku: w tej szafie obok twojego łóżeczka naprawdę nie ma żadnego straszydła, nie musisz się bać, spokojnie sobie śpij. A jednak w szafie był potwór, który dopada malca. Tinky Winkie jest fioletowy, rzeczywiście ma czerwoną torebkę i całkiem możliwe, że promuje pozapłciową radość. Poznański słoń całkiem naprawdę może być homoseksualistą (Matka Natura bywa przewrotna). Nie byłem przy łożu śmierci ciotki Giertycha, a melodramaty, choć zawsze mnie wzruszały, to nigdy nie przekonywały.

[1] „Dmowskiego bym do Ligi nie przyjął”, wywiad z Romanem Giertychem, „Gazeta Wyborcza” z 16 lipca 2006.

[2] J. Tokarska-Bakir, „Kallikles i wiedźmy”, „Krytyka Polityczna” 2002 nr 2, s. 301.

[4] J. Sosnowski, „Na pohybel homofobom?”, „Więź”, styczeń-luty 2009, za: http://www.tezeusz.pl/cms/tz/index.php?id=3808 .

Tekst ukazał się w „Bez dogmatu” nr 80, wiosna 2009.

  

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 13.06.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.08727 Seconds