|
Do publicznej dyskusji wraca problem szkolnej katechezy. Z jednej strony żąda się otwarcie usunięcia lekcji religii ze szkoły, z drugiej - część księży i katolickich intelektualistów ostrożnie przyznaje, że lekcje te nie spełniają swojej roli.
Słychać zatem tu i ówdzie lamenty nad nieefektywnością katechezy szkolnej. Przyczyn szuka się w słabym przygotowaniu nauczycieli tego przedmiotu i nieatrakcyjnej formie. To wszystko prawda. Sam, prowadząc zajęcia na uczelni z zakresu historii myśli społecznej i omawiając myśl św. Augustyna czy religijne źródła kapitalizmu, zderzałem się z murem ignorancji w przedmiocie wiedzy teologicznej na poziomie dziecka z pierwszych klas szkoły podstawowej. Nie to jest jednak najistotniejsze. Koncentrując się na tak rozumianych treściach katechezy, wpisujemy się w rytualne narzekania dawnego „kościoła otwartego” nad pustką religijnego rytuału i koniecznością wypełnienia go przez głębszą refleksję. Pomińmy fakt, iż owa troska katolików bardziej „otwartych” wyraża jedynie chęć budowania społecznego dystansu między religijną „refleksyjną” elitą a masą zanurzoną w „pusty” rytuał. Ważne jest – czego sami „katolicy otwarci” nie chcą zauważać – że rytuał nie musi być zrozumiały, aby spełniał swoją ideologiczną rolę. Rytuał bowiem wykorzystywany bywa jako narzędzie dominacji, może być aksamitnym środkiem służącym mało aksamitnej władzy, co widać wyraźnie w polskiej szkole.
Na kolana!
Rytuał katechezy szkolnej uczy szczególnego pojmowania miejsca Kościoła w życiu codziennym i jego relacji z państwem nie tyle przez swą treść, ile raczej przez formę. Ideologiczny przekaz nie musi być wyrażany wprost, ale „komunikowany” bywa poprzez odpowiednią manipulację przestrzenią i czasem.
Czego zatem dowiaduje się uczeń już od pierwszych dni swoje edukacji? Że w instytucji państwowej, będącym dla dziecka Państwem samym (bo nie ma bezpośredniego kontaktu z innymi jego instytucjami) Kościół i religia są „naturalnym” elementem, wpisanym w niekwestionowany porządek rzeczy. Nieusuwalne i trwale zakorzenione dwie godziny lekcyjne w szkole - kontrolowanej przez państwo przestrzeni publicznej – zajmuje katecheza, a więc sama instytucja Kościoła. W ten sposób - dzień po dniu - niewyrażony komunikat mówi, że Państwo i Kościół to instytucje zrośnięte do tego stopnia, że nie sposób wyobrazić sobie nawet ich rozdziału. Do tego dochodzą pomniejsze, lecz istotne elementy, takie jak kolonizacja szkoły przez Kościół za sprawą swych symboli (krzyże w każdej klasie). Znowu dziecko widzi, że nie tylko porządek czasu, ale i przestrzeni publicznej jest w dużej mierze porządkiem religii i Kościoła. Porządek ten wzmacniany jest przez obecność samego księdza, odgrywającego w tym przedstawieniu rolę nauczyciela, a więc osoby, za którą stoi i która wyraża autorytet Państwa.
Siła katechezy szkolnej, jako części aparatu ideologicznego Kościoła, opiera się dość prostym, ale nie zawsze zauważanym mechanizmie – świata uczymy się nie tylko przez umysł, ale i przez ciało. Idee można przemyśleć, zakwestionować i odrzucić, jednak kiedy ideologia jest ukryta w odpowiedniej aranżacji czasu i przestrzeni, w których porusza się jednostka, to o refleksję niezwykle trudno. Kościół od swych początków skutecznie stosował ten mechanizm. Klęczące i zginające się przed ołtarzem ciało wiernego szybko uczy się, bez żadnych słów, gdzie umiejscowiona jest władza. A konieczność modlitwy i uczestnictwa w mszy (a w więc fizycznego przemieszczenia ciała) przypomina, że w rytmie czasu codziennego Kościół jest elementem równie naturalnym, jak zmienność dnia i nocy. Podobnie jest z umiejscowieniem katechezy z szkole.
Kościelna podświadomość
Tak rozumiana społeczna moc katechezy szkolnej pozwala wyjaśnić, przynajmniej po części, dlaczego mimo pojawiających się na początku lat dziewięćdziesiątych zapowiedzi, wraz z modernizacją nie nadeszła fala sekularyzacji. Szkolna katecheza, mimo nędzy przekazywanych tam treści, utwierdziła przekonanie, że Kościół i religia pozostają „naturalną” częścią ich życia. Przekonanie, które na początku polskiej transformacji wcale oczywiste nie było (wystarczy przypomnieć masowe wówczas protesty przeciw ustawie antyaborcyjnej).
Wątpliwości jednak i wszelkie deliberacje zostały niedeliberatywnie rozwiane, przez samo funkcjonowanie szkolnej - i nie tylko szkolnej - maszyny. Sam moment ustanowienia nowego porządku, jak sprytny zabieg wprowadzenia katechezy szkolnej tylnymi drzwiami, zostały stopniowo bezgłośnie wyrugowane z pamięci zbiorowej. Żyjąc w skonstruowanym przed dwudziestu laty ładzie, nie pamiętająmy o problematycznym fakcie jego konstruowania. Dla dużej części społeczeństwa - a z pewnością dla tych, którzy urodzili się już po roku 1989 - ład ten wypływać musi z samego porządku natury.
I niewiele zmienia tu fakt, iż lekcje religii traktowane są przez wielu młodych ludzi jako zajęcia nudne i pozbawione sensu. Z pewnością lekcje te faktycznie nie angażują zbytnio uczniów, a więc nie wiążą emocjonalnie z wyrażanymi tam symbolami, dogmatami i ideami. Poza tym mają oni do dyspozycji inne rytuały (szczególnie w sferze popkultury), które wiążą realnie z konkurencyjnymi systemami wartości. Skutkuje to odległym od nauczania Kościoła życiem prywatnym. Jednak za sprawą wspomnianej branej za oczywistość aranżacji czasowo-przestrzennej, w kluczowych momentach życia i w funkcjonowaniu sfery publicznej bezrefleksyjnie akceptuje się dominację tej instytucji. Dobrze widać to w sytuacji „oczywistego” uznania, iż potrzebujemy ślubu kościelnego, nawet kiedy prywatnie jesteśmy wysoce krytyczni wobec działalności Kościoła w Polsce. Można nazywać to konformizmem, jednak źródeł szukać należy w mrokach nieświadomości, w niezauważalnej cielesnej tresurze - tak skutecznie realizowanej w szkolnej obecności katechezy.
Rzecz jest bliska temu, o czym pisał Slavoj Žižek we Wzniosłym obiekcie ideologii, a co wyraża się w formule: „Wiem o tym bardzo dobrze, ale mimo to…”. Jak pokazują przeprowadzone dwa lata temu ogólnopolskie badania, Polacy są niechętni katechezie szkolnej. 51% respondentów oczekiwało powrotu lekcji religii do sal kościelnych, a za ich pozostawieniem w szkole opowiadało się 35% badanych (ARC Rynek i Opinia dla dziennika „Polska” z dnia 21 września 2008)
A zatem większość z nas „wie, że” religia w szkole to nie jest dobry pomysł, „ale mimo to”, praktykę tę realizuje. Czym innym jest bowiem „świadomość” i głęboka, często krytyczna refleksja, a czym innym praktyka oparta na zespole niekwestionowanych, dosłownie wdrukowanych w ciało, nigdy nie wypowiedzianych założeń.
Dlaczego się z tym godzimy?
Pojawia się tu jednak pytanie, jak cała ta maszyneria dominacji działa i reprodukuje się pomimo - potencjalnego przynajmniej - istnienia lokalnych ognisk oporu. Trudno bowiem przyjąć, że rzecz dzieje się gładko, zawsze znajdą się przecież wyłomy w systemie, ludzie nie tylko niezadowoleni z istniejącego stanu rzeczy, ale skłonni, przynajmniej na swoim podwórku, tę rzeczywistość zmieniać. Wydaje się, że całkiem spora grupa rodziców jest w stanie przejść od deklaracji do praktyki i faktycznie zrezygnować z lekcji religii lub zastąpić je innymi zajęciami. Tak się jednak nie dzieje.
Kiedy rodzic zapisuje dziecko do szkoły, otrzymuje kartkę na której ma zakreślić odpowiednią rubrykę: religia katolicka, religie inne i etyka. Jest w swym wyborze całkowicie sam, a ma przed sobą ogromną biurokratyczną organizację. Mimo że, jak pokazują wyżej przytoczone badania, ludzi którzy woleliby zrezygnować z lekcji religii mogłoby być całkiem niemało, to nie są oni w żaden sposób zorganizowani. Nie istnieją konieczne w taki sytuacjach kanały interakcji i komunikacji w potencjalnej grupie, która gotowa byłaby do odmowy. Trudno nawet uzyskać informacje o możliwości zastąpienia lekcji religii etyką. Ponadto – o czym pisał już ponad dwadzieścia lat temu krakowski socjolog Janusz Mucha – rezygnacja z katechezy opierać się musi w istniejącej przestrzeni dominujących wartości w Polsce jedynie na sprzeciwie. Nie ma społecznie uznanych wartości, które niosłyby w tak rozumianej odmowie coś pozytywnego; nie ma kulturowej bazy, dzięki której osoby odmawiające mogłyby wytworzyć prawomocną grupę o czytelnej i uznanej tożsamości.
Zatem zarówno niewierzący, jak i ci wierzący, którzy nie życzą sobie szkolnej katechezy (bo tacy też są) pozostają jedynie zbiorem jednostek. Wobec takiej niezorganizowanej grupy przemoc symboliczna - państwowo-szkolno-kościelny nacisk - jest zawsze niezwykle efektywna.
Rodzicielska paranoja
Kapitulacja osób, które gotowe byłyby do odmowy, jest wzmacniana przez szeroko rozpowszechniony dyskurs pop-psychologii, traktujący dziecko jako niebywale kruchy skarb. Ta terapeutyczna Wulgata nieustannie wznieca zaniepokojenie rodziców, budząc w nich ciągłe poczucie winy, iż nie są rodzicami wystarczają dobrymi. Stale wisi nad nimi zagrożenie bycia rodzicem „toksycznym”, a rzekome zaniedbania dotyczyć mają każdego niemal aspektu życia: cielesnego, psychicznego czy społecznego. Taka – jak to określił kiedyś Frank Furedi – „rodzicielska paranoja” jest wielkim sprzymierzeńcem Kościoła. Perspektywa wyobcowania dziecka, samotnie czytającego książki w bibliotece czy świetlicy, podczas gdy jego koledzy biorą udział w katechezie, musi się wydać rodzicom czymś przerażającym. Przed oczami rysują się im przyszłe nieprawidłowości rozwojowe i skrzywienia osobowości. Nie trzeba dodawać, że niezauważona rezygnacja z obiecywanej niegdyś zasady umieszczania religii w planie lekcji na pierwszej bądź ostatniej godzinie doskonale z owymi lękami współgra.
Sekularyzacja została w Polsce skutecznie zahamowana nie przez jakąś szczególną „wrodzoną” cechę Polaków (wyrażaną w zbitce „Polak-katolik”), ale w dużej mierze za sprawą przemyślanej i skutecznie realizowanej polityki, w której katecheza szkolna zajmuje pozycję fundamentalną. Pozostawienie religii w kościelnych salkach - o które toczyła się batalia na początku transformacji - skutkowałoby nie tylko zupełnie innym kształtem polskiej religijności, ale też większą akceptacją rozdziału państwa od Kościoła. Hierarchowie doskonale o tym wiedzieli, dlatego też zajadle walczyli o obecność religii w szkole, nie przejmując się potem zbytnio treścią samych katechez.
*Tomasz Warczok - doktor socjologii, członek Klubu KP na Śląsku
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...