Nowość w sklepie kp
Komentarze
CYTAT DNIA
Żeby było weselej, napiszę, jak Cię pamiętam. Pochylnia z Sali Śniadeckich, ty lecisz na czele grupy robotników i studentów goniąc bojówkę endecką, która chciała rozbić wieczór poezji różnych narodów. Masz taką minę wilkołaka, jaką umiałeś robić, zęby na wierzchu, oczy wytrzeszczone, w ręku trzymasz szczątki krzesła. I wyjesz.
list M. do Czesława Miłosza, Rok myśliwego
|
|
Szymielewicz: Wolność w społeczeństwie informacyjnym |
|
|
Katarzyna Szymielewicz
|
|
23.12.2009 |
Na hasło „cenzura w Internecie”, wywołane projektem wprowadzenia tzw. rejestru stron zakazanych, zareagowali prawie wszyscy. I to, samo w sobie, nie dziwi mnie wcale. Fundacja Panoptykon też zareagowała – na zaproszenie Ministerstwa Finansów przesłaliśmy bardzo krytyczne uwagi, powołując się na podstawowe wartości konstytucyjne. Dziwi mnie jednak, że równie gorących emocji nie wzbudziły równoległe propozycje zmian w zakresie tzw. retencji danych. Być może jest to kwestia niedostatecznego jeszcze oswojenia samego pojęcia retencji danych, które w realiach mediów nie może w żaden sposób konkurować z niezwykle nośną cenzurą. A być może świadomej polityki rządu, która najwyraźniej zakłada wprowadzanie kontrowersyjnych rozwiązań „przy okazji” większych nowelizacji, kiedy emocje koncentrują się na walce z „oczywistym złem” - hazardem, korupcją czy pedofilią.
Zapewne wchodzi w grę i jedno i drugie. Dlatego warto zacząć od wyjaśnienia, na czym polega problem z retencją danych. A konkretnie: dlaczego gromadzenie informacji na temat, dość abstrakcyjnie brzmiących, połączeń telekomunikacyjnych jest takie istotne? Od strony technicznej, retencja sprowadza się do obowiązku zapisywania przez operatorów telekomunikacyjnych i przechowywania przez określony czas (od 6 miesięcy do dwóch lat) informacji o tym kto, kiedy i z kim połączył się za pośrednictwem telefonii komórkowej lub sieci Internet. Taki obowiązek wynika, zasadniczo, z przepisów UE (chodzi głównie o dyrektywę 2006/24/WE), które Polska jest zobowiązana wdrożyć. I faktycznie wdraża. Prawo telekomunikacyjne i ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczna już zawierają odpowiednie postanowienia.
Rzeczywisty problem zaczyna się wraz z pytaniem, jak i po co „wdrażamy”. Ile informacji na temat naszej codziennej komunikacji elektronicznej powinno być gromadzonych? Kto (jakie służby i instytucje) i na jakich zasadach powinien mieć do nich dostęp? Jednym słowem: komu (czemu) retencja danych powinna w istocie służyć? W tych aspektach Unia Europejska pozostawia sporo pola do manewru. I to właśnie sposób, w jaki polski rząd skorzystał z tego pola w proponowanych ostatnio projektach, budzi zastrzeżenia.
Pojawiły się, równolegle, dwie istotne propozycje: rozszerzenie uprawnień służb przy okazji nowelizacji ustawy hazardowej; oraz rozszerzenie zakresu gromadzonych informacji na temat wykonywanych połączeń w projekcie rozporządzenia uściślającego prawo telekomunikacyjne. Ten drugi projekt - mniej komentowany w mediach – nakłada na operatorów sieci komórkowych obowiązek rejestrowania nie tylko danych dotyczących lokalizacji telefonu, z którego wykonano połączenie i z którego je odebrano, ale też lokalizacji telefonu przez cały czas trwania rozmowy. W praktyce oznacza to konieczność rejestrowania sygnału komórki podczas całej rozmowy, co – w zestawieniu z szerokim dostępem służb do tych informacji – stwarza oczywiste pole do inwigilowania społeczeństwa. Ten pomysł nie był konsultowany ani z operatorami, ani organizacjami zajmującymi się ochroną praw człowieka. Więcej: zmiana forsowana na poziomie rozporządzenia - czyli aktu wykonawczego - nie będzie poddana dyskusji w Parlamencie, wymykając się nawet tej formalnej kontroli demokratycznej.
Niesławny projekt ustawy „antyhazardowej” jeszcze na etapie zeszłotygodniowych konsultacji zawierał bardzo kontrowersyjne przepisy, pozwalające na monitorowanie adresów IP, historii przeglądanych stron internetowych oraz treści prywatnych maili. Zgodnie z tym projektem, wszystkie służby – policja, CBA, ABW, Agencja Wywiadu, Żandarmeria Wojskowa, Straż Graniczna, a nawet wywiad skarbowy – mogłyby zażądać od operatora internetowego dostępu do pełnej informacji na temat naszej aktywności w Internecie. A przy okazji otrzymać adres internetowy, numer PESEL, listę transakcji dokonywanych przez konkretnego użytkownika i podgląd usług, z których korzystał. Bez decyzji sądu oraz niezależnie od tego, czy prowadzą przeciwko danej osobie postępowanie, czy nie. W projekcie zapisano bowiem, że służby mogą z tych uprawnień korzystać „w celu zapobiegania przestępstwom”.
Logika, jaka stoi za tymi rozwiązaniami, nieprzyjemnie przypomina formułę „wszyscy jesteśmy podejrzani”. Hasłem, które uzasadnia ograniczenie wolności jest tu prewencja – czyli działanie podejmowane metodycznie i standardowo, a nie w odpowiedzi na już skonkretyzowane zagrożenie. Żeby znaleźć przysłowiowa igłę, trzeba przeszukać dokładnie cały stóg siana. Oczywistym sposobem na usprawnienie tego procesu, jest gromadzenie maksymalnej ilości informacji w formie elektronicznej. Gromadzenie w sposób uporządkowany wszystkiego gwarantuje, że znajdziemy tę jedną informację, w momencie, kiedy okaże się ona potrzebna. Proste. Takie „usprawnienie” ma jednak równie oczywiste koszty. Zaostrzony nadzór nie dotyczy już konkretnych osób (np. tych podejrzanych o popełnienie przestępstwa) ale całej populacji. Służby chcą wiedzieć „na wszelki wpadek” i po to, aby „zapobiegać”. Pytanie: czy, jako społeczeństwo, jesteśmy gotowi zgodzić się na takie dywanowe ograniczenie wolności; na poświęcenie prawa do prywatności wszystkich i każdego z osobna w imię abstrakcyjnego „wspólnego dobra”?
Inspirujące mogą okazać się doświadczenia innych państw europejskich, które eksperymentowały z retencją danych. Tylko ostatnio, w Niemczech, Rumunii i Bułgarii odpowiednie organy konstytucyjne zakwestionowały legalność rozwiązań przewidujących gromadzenie i udostępnianie służbom informacji na temat komunikacji elektronicznej ich obywateli. Powołując się na prawa człowieka. Na tle tych sporów konstytucyjnych powraca także pytanie o „prawomocność” samego źródła zamieszania, czyli unijnej dyrektywy o retencji danych. W Polsce z zasady przyjmowana bezkrytycznie – a przynajmniej jako wygodny pretekst dla dokręcenia regulacyjnej śruby, w innych krajach wzbudziła niemałe kontrowersje już na etapie jej powstawania. Klimat towarzyszący przyjmowaniu dyrektywy 2006/24/WE przypomina emocje z okresu amerykańskiego Patriot Act. Także w tym wypadku zbiorowa histeria na temat bezpieczeństwa dość skutecznie ograniczyła możliwość merytorycznej dyskusji. Krytyczne opinie samych internautów i środowisk pozarządowych nie miały wtedy szansy na przebicie. Coraz poważniejsze głosy przeciwko retencji danych, jako mechanizmowi niebezpiecznie ingerującemu w sferę podstawowych wolności, dają się słyszeć teraz. Głośno i konsekwentnie protestuje w tej sprawie Parta Piratów. Jej – na razie dość symboliczna – obecność w Parlamencie Europejskim może być symptomem początku zmiany podejścia do kwestii swobód demokratycznych w społeczeństwie informacyjnym.
Nie wiadomo jeszcze, czy kolejny projekt ustawy „antyhazardowej” utrzyma te najbardziej kontrowersyjne rozwiązania. Ale – jak sugeruje Piotr Waglowski – samo „wypadnięcie” retencji danych z tej konkretnej ustawy nie oznacza, że temat znika z agendy. Wręcz przeciwnie. Wydaje się, że klimat polityczny zdecydowanie sprzyja wprowadzaniu daleko idących rozwiązań w tym zakresie i stanie się to wcześniej czy później „przy okazji” nowelizowania przepisów pozornie dotyczących innych kwestii. Możliwości jest wiele: w Sejmie jest już projekt ustawy o wspieraniu rozwoju usług i sieci szerokopasmowych w telekomunikacji, trwają także prace nad nowelizacją ustawy o informatyzacji i prawa telekomunikacyjnego. Trwa również dyskusja na temat poszerzenia uprawnień policji i innych służb w zakresie tzw. kontroli operacyjnej… A zatem temat jak najbardziej jest. Brakuje za to poważnej dyskusji w mediach, nie wspominając o rzetelnych konsultacjach społecznych. Organizacje pozarządowe, w odpowiedzi na sposób działania rządu w ramach „kampanii antyhazardowej” przygotowują właśnie wspólne wystąpienie z żądaniem przeprowadzenia takich konsultacji i rozpoczęcia na nowo prac legislacyjnych. Zobaczymy w styczniu, co na to Rada Ministrów.
*Katarzyna Szymielewicz – prawniczka, absolwentka Development Studies na School of Oriental and African Studies, aktywistka, współzałożycielka Fundacji Panoptykon
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 27.12.2009 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
-
Michalski: Żeby Powstanie nie poszło na marne
-
Sutowski: Cyrk szaleństwem podszyty
-
Kitliński: Jesteśmy zakładnikami własnej ksenofobii
-
Dymińska: Psi przemysł made in China
-
Erbel: Mosty zamiast gejów?
-
Gdula: Jak naprawić to, co napsuła religia w szkołach
-
Bauman: O loterii i Babilonie
-
Stokfiszewski: W stronę prawa do dobrej śmierci
-
Eichler: Czy w Czechach naprawdę wygrała prawica?
-
Bielski: Solidarność zaczyna się od śmietnika
-
Szelewa, Polakowski: Dlaczego warto zrównać wiek emerytalny
-
Ostolski: Prawo do adopcji? Tak. Bo logika zobowiązuje
-
Gill: Argentyna nie jest macho
-
Kurc: Mąż i mąż. Śmieszne?
-
Kurkiewicz: Tęsknię za tobą, cenzuro!
-
Piątek: Flash mop, czyli bojkotujemy carrefaszystów
-
Sutowski: Lis strzeże kurnika, czyli polityka narkotykowa po rosyjsku
-
Ost: W Polsce jest miejsce na prawdziwą socjaldemokrację
-
Rudnicki: Polska - nożem na pół
-
Banot: Polska niezrównoważona polityka bez kobiet
-
Kuczyński: W roku 2011 Polska znowu może być wyspą
-
Machalica: Cała władza w ręce Platformy
-
Dunin: Okopy Świętej Trójcy
-
Kowalska: Nic się nie stało
-
Silna Polska to 1 procent na kulturę
-
Targowisko śpiewało o Jarku
-
Erbel: Kebab, kurczak i zupa Pho przeciwko miejskiej estetyce ładu
-
Piątek: Moja żona obywatelka
-
Kowalska: Wolałabym nie, czyli krótka odpowiedź na komentarze
-
Sierakowski: Wybierzmy działanie
-
Gdula: Wykorzystać szansę, żeby nie siedzieć cicho
-
Kowalska: Dlaczego na pewno nie Kaczyński
-
Andrzejewski: Domowy sposób na ochronę zdrowia
-
Im gorzej, tym gorzej, czyli dlaczego jednak Komorowski
-
Bodnar: Jak uchwalić w Polsce ustawę o związkach partnerskich?
|
|
No fajny ten artykuł, bo jest jakiś r...
Greckie pojęcie symbol oznacza akt z...
"Są gry komputerowe, które mogą&n...