W ostatnim czasie zrobiło się głośno wokół przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Jak rozwiązać jeden problem, nie generując kolejnych? Jak pomagać, nie naruszając praw tych, którym próbujemy robić dobrze? Dyskusja rozgorzała za sprawą rządowego projektu ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, który 4 marca miał być przedmiotem (już) drugiego czytania w Sejmie.
Miał być, ale nie był, za sprawą fali protestów, przede wszystkim ze strony środowisk konserwatywnych, przeciwko proponowanym rozwiązaniom, które pozwalały na daleko idące ingerencje w „życie prywatne” rodziny. Największe emocje wzbudziły przepisy o uprawnieniach pracowników socjalnych, pozwalające m.in. na natychmiastowe odebranie rodzinie krzywdzonego lub zagrożonego przemocą dziecka. Trudna sprawa: podczas gdy niemal wszyscy się zgadzają, że przemoc w rodzinie to jest problem, z którym „coś” trzeba zrobić, każda propozycja wypełnienia owego „czegoś” normatywną treścią budzi czyjś sprzeciw. Jak rozgraniczyć „prawa rodziny” od „praw dziecka”? Kto powinien je ważyć i według jakich kryteriów? Jak w tym kontekście należy rozumieć prawo do ochrony „życia prywatnego”? Czy także jako zakaz ingerencji w sprawy rodziny, gdy ktoś w jej „łonie” doznaje krzywdy?
Spór wokół strategii zwalczania przemocy w rodzinie jest swoistą walką ideologiczną; jej ofiarą padają przede wszystkim konkretne rozwiązania, które mogłyby problemowi zaradzić. Nie ulega jednak wątpliwości, że ten konkretny projekt ustawy nie był dobry, a więc dobrze się stało, że wrócił pod obrady komisji. Nie był dobry przede wszystkim dlatego, że nie dawał satysfakcjonujących odpowiedzi na postawione wyżej pytania; nie rozstrzygał w sposób przekonujący fundamentalnego dylematu „kogo i czyim kosztem chcemy chronić”.
Nas w Fundacji Panoptykon szczególnie nie przekonywały rozwiązania w zakresie przetwarzania danych osób dotkniętych przemocą w rodzinie lub stosujących przemoc. A konkretnie bardzo liberalnie sformułowane przesłanki przetwarzania danych wrażliwych bez zgody osób, których te dane dotyczą. Mówimy tu o tak wrażliwych informacjach, jak dane o stanie zdrowia, nałogach, wyrokach oraz innych orzeczeniach o ukaraniu, które miałyby być gromadzone, wymieniane i przetwarzane przez członków nowych ciał, które powołuje ustawa – tzw. zespołów interdyscyplinarnych. O składzie zespołu interdyscyplinarnego miałby decydować kierownik ośrodka pomocy społecznej. Lista osób, które mogłyby zostać do niego powołane, jest bardzo długa: ustawa mówi o przedstawicielach ośrodków pomocy społecznej, gminnej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych, policji, kuratorskiej służby sądowej, oświaty, ochrony zdrowia, prokuratury czy wreszcie organizacji pozarządowych.
Powstaje zatem duże pole do manewru w zakresie doboru członków zespołu, który jednocześnie uzyskuje bardzo daleko idące możliwości gromadzenia i wykorzystywania wrażliwych informacji na temat życia prywatnego (a czasem intymnego) ofiar i sprawców przemocy w rodzinie. Brakuje przy tym doprecyzowania procedur, w szczególności zasad zachowania poufności i zabezpieczenia przetwarzanych danych. Zagadką pozostaje też, kto i w jakim trybie miałby decydować, jakie informacje na temat sprawców czy ofiar przemocy są, w danych okolicznościach, faktycznie niezbędne do skutecznego „przeciwdziałania”. Doświadczenie uczy, że najprawdopodobniej kryterium „niezbędności” interpretowane byłoby dość dowolnie i szeroko.
Na tym tle trudno się oprzeć wrażeniu, że ustawa traktuje osoby dotknięte przemocą i samych sprawców jak przedmiot, a nie podmiot działań prewencyjnych. Takie podejście do osób, którym „trzeba pomagać”, to niestety w polskiej polityce społecznej nic nowego. Tworzenie swoistych teczek dla klientów pomocy społecznej to powszechna praktyka. I mało kto się przy tym zastanawia, czy informacje gromadzone w teczkach to wciąż dane osobowe podlegające takiej samej ochronie jak dane klientów banków. A niewątpliwie takimi są i ochronie podlegać powinny – w stopniu nawet większym ze względu na to, że często są to dane wrażliwe. Wracamy tym samym do fundamentalnej rozmowy o tym, kogo w systemie prawnym uznajemy za „osobę” z pełnymi tego konsekwencjami w sferze praw i wolności, a kogo de facto wykluczamy, argumentując to wykluczenie stanem wyższej konieczności czy względami społecznymi. Powrót do prac nad ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie daje przynajmniej szansę na powtórne przemyślenie tematu.
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...