Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Katalog Książek KP

30 tom w serii idee

buden_okladka_150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Szymielewicz: Prawo do prywatności ofiar i sprawców? Drukuj
Katarzyna Szymielewicz   
16.03.2010
W ostatnim czasie zrobiło się głośno wokół przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Jak rozwiązać jeden problem, nie generując kolejnych? Jak pomagać, nie naruszając praw tych, którym próbujemy robić dobrze? Dyskusja rozgorzała za sprawą rządowego projektu ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, który 4 marca miał być przedmiotem (już) drugiego czytania w Sejmie.

Miał być, ale nie był, za sprawą fali protestów, przede wszystkim ze strony środowisk konserwatywnych, przeciwko proponowanym rozwiązaniom, które pozwalały na daleko idące ingerencje w „życie prywatne” rodziny. Największe emocje wzbudziły przepisy o uprawnieniach pracowników socjalnych, pozwalające m.in. na natychmiastowe odebranie rodzinie krzywdzonego lub zagrożonego przemocą dziecka. Trudna sprawa: podczas gdy niemal wszyscy się zgadzają, że przemoc w rodzinie to jest problem, z którym „coś” trzeba zrobić, każda propozycja wypełnienia owego „czegoś” normatywną treścią budzi czyjś sprzeciw. Jak rozgraniczyć „prawa rodziny” od „praw dziecka”? Kto powinien je ważyć i według jakich kryteriów? Jak w tym kontekście należy rozumieć prawo do ochrony „życia prywatnego”? Czy także jako zakaz ingerencji w sprawy rodziny, gdy ktoś w jej „łonie” doznaje krzywdy?

Spór wokół strategii zwalczania przemocy w rodzinie jest swoistą walką ideologiczną; jej ofiarą padają przede wszystkim konkretne rozwiązania, które mogłyby problemowi zaradzić. Nie ulega jednak wątpliwości, że ten konkretny projekt ustawy nie był dobry, a więc dobrze się stało, że wrócił pod obrady komisji.  Nie był dobry przede wszystkim dlatego, że nie dawał satysfakcjonujących odpowiedzi na postawione wyżej pytania; nie rozstrzygał w sposób przekonujący fundamentalnego dylematu „kogo i czyim kosztem chcemy chronić”.

Nas w Fundacji Panoptykon szczególnie nie przekonywały rozwiązania w zakresie przetwarzania danych osób dotkniętych przemocą w rodzinie lub stosujących przemoc. A konkretnie bardzo liberalnie sformułowane przesłanki przetwarzania danych wrażliwych bez zgody osób, których te dane dotyczą. Mówimy tu o tak wrażliwych informacjach, jak dane o stanie zdrowia, nałogach, wyrokach oraz innych orzeczeniach o ukaraniu, które miałyby być gromadzone,  wymieniane  i przetwarzane przez członków nowych ciał, które powołuje ustawa – tzw. zespołów interdyscyplinarnych. O składzie zespołu interdyscyplinarnego miałby decydować kierownik ośrodka pomocy społecznej. Lista osób, które mogłyby zostać do niego powołane, jest bardzo długa: ustawa mówi o przedstawicielach ośrodków pomocy społecznej, gminnej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych, policji, kuratorskiej służby sądowej, oświaty, ochrony zdrowia, prokuratury czy wreszcie organizacji pozarządowych.

Powstaje zatem duże pole do manewru w zakresie doboru członków zespołu, który jednocześnie uzyskuje bardzo daleko idące możliwości gromadzenia i wykorzystywania wrażliwych informacji na temat życia prywatnego (a czasem intymnego) ofiar i sprawców przemocy w rodzinie.  Brakuje przy tym doprecyzowania procedur, w szczególności zasad zachowania poufności i zabezpieczenia przetwarzanych danych. Zagadką pozostaje też, kto i w jakim trybie miałby decydować, jakie informacje na temat sprawców czy ofiar przemocy są, w danych okolicznościach, faktycznie niezbędne do skutecznego „przeciwdziałania”. Doświadczenie uczy, że najprawdopodobniej kryterium „niezbędności” interpretowane byłoby dość dowolnie i szeroko.

Na tym tle trudno się oprzeć wrażeniu, że ustawa traktuje osoby dotknięte przemocą i samych sprawców jak przedmiot, a nie podmiot działań prewencyjnych. Takie podejście do osób, którym „trzeba pomagać”, to niestety w polskiej polityce społecznej nic nowego. Tworzenie swoistych teczek dla klientów pomocy społecznej to powszechna praktyka. I mało kto się przy tym zastanawia, czy informacje gromadzone w teczkach to wciąż dane osobowe podlegające takiej samej ochronie jak dane klientów banków. A niewątpliwie takimi są i ochronie podlegać powinny – w stopniu nawet większym ze względu na to, że często są to dane wrażliwe. Wracamy tym samym do fundamentalnej rozmowy o tym, kogo w systemie prawnym uznajemy za „osobę” z pełnymi tego konsekwencjami w sferze praw i wolności, a kogo de facto wykluczamy, argumentując to wykluczenie stanem wyższej konieczności czy względami społecznymi. Powrót do prac nad ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie daje przynajmniej szansę na powtórne przemyślenie tematu.
Komentarze
Dodaj nowy
Spokojny   |17.03.2010 17:57:12
Kraje zachodnie zainwestowaly miliony dolarow w tworzenie najrozniejszych
instytucji i procedur majacych chronic ofiary przemocy w rodzinie przed
sprawcami. Mimo zainwestowanych srodkow brak jakichkolwiek dowodow na to, ze
problem sie daje rozwiazac. Wiecej nawet - sa dane wskazujace na to, ze sie on
nasila zamiast zmniejszac. Przyczyna jest m.in. to, ze problem zostal zle
zdefiniowany. Z powodu dyskursu poprawnosciowego przemoc w rodzinie po pierwsze
zdefiniowano na zachodzie faktycznie wylacznie jako przemoc mezczyzn wobec
kobiet bedacych ich partnerkami, a po drugie jako problem zewnetrzny w stosunku
do owych kobiet. Mamy tu wiec stwarzanie w zewnetrznym srodowisku
najrozniejszych mozliwosci odrywania sie od mezczyzny-sprawcy, oraz cala siec
doradztwa opartego na idei "wspierania". Tymczasem osoby bedace w
zwiazkach przemocowych sa ze soba powiazane niezwykle silna symbiotyczna wiezia,
ktora bynajmniej nie opiera sie na zaleznosci ekonomicznej. Opiera sie na czyms
o wiele glebiej uwarunkowanym, co calkowicie wymyka sie instytucjom. Dlatego
cala ta pomoc i tak pojmowane doradztwo niewiele daje. W praktyce wiekszosc
kobiet ktore koncza zwiazek z bijacym je mezczyzna konczy go dlatego, ze poczuly
sie zdradzone, lub zostaly porzucone przez niego, a nie dlatego, ze byly
krzywdzone, nie moga odejsc z powodu braku pieniedzy i kiedy dostaja pomoc
zewnetrzna to z radoscia odchodza. To tak nie dziala. Pracownicy instytucji
pomocowych stajac wobec pytania jak rozerwac wiez dwojga ludzi niszczacych sie
nawzajem, skoro oni sami robia wszystko by ta wiez trwala nie sa pojeciowo
przygotowani do innego sposobu rozumienia problemu niz tylko taki, ktory kaze
szukac rozwiazan w dodawaniu "dziadek za rzepke" coraz to nowych
instytucji, by taka pare wreszcie w calosci ogarnac i szach-mat nie zostawic
zadnego sposobu. Byc moze ktos w koncu wpadnie na pomysl, by z automatu zakladac
obojgu elektroniczna obraczke dozoru ktora by sie im do siebie nie dawala
zblizyc i z automatu ich rozkwaterowywac. I to bedzie koniec idei pomocy
ofiarom, bo jak rozejdzie sie fama, ze naprawde to jest juz robione, to nikt sie
nie zglosi.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 17.03.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.69896 Seconds