|
Poniższy tekst jest wyłącznie prywatną opinią autora i nie reprezentuje osób zainteresowanych jako takich.
Religia ma to do siebie, że za wszelką cenę pragnie zapanować nad wszystkimi płaszczyznami życia. Starożytne divide et impera odradza się w niepokalanych umysłach biskupów, którzy raz po raz kierują swoją uwagę na zagrożenia płynące z wolności. W takich sytuacjach ważna jest umiejętność obrony własnych racji. Jeszcze bardziej godna podziwu jest gotowość do podtrzymywania swojego stanowiska w obliczu nacisków nakazujących rewizję poglądów pod dyktando dogmatycznych reguł. Pozostaje też zawsze pytanie o celowość walki w takich sytuacjach. Możliwe, że odpowiedź znają już bydgoscy artyści, którzy ostatnimi czasy znaleźli się z Kościołem na wojennej ścieżce.
Kościół jednoznacznie nawołuje do bojkotu musicalu Superstar with… Jesus Christ, którego autorzy postanowili przy użyciu religijnych legend przyjrzeć się moralności we współczesnym świecie. Projekt bydgoskich artystów to w założeniu dostosowana do współczesnych realiów wersja musicalu Jesus Christ Superstar z 1973 roku. Aktorami mieli być amatorzy, którzy wcielaliby się w uwspółcześnione wersje ewangelicznych postaci. W praktyce oznacza to takie kombinacje jak Jezus w dżinsach, kobieta w roli Piłata czy Maria Magdalena w mini. Upraszczając, ideę spektaklu można sprowadzić do pytania rzuconego z widowni – „Czy gdyby Jezus żył w dzisiejszych czasach to zostałby ukrzyżowany?”.
Najbardziej kontrowersyjne okazało się jednak nie tyle pytanie samo w sobie, co fakt, że każdy z widzów mógłby na nie odpowiedzieć wedle swego uznania – a Kościół i demokracja to, jak wiemy, małżeństwo z przymusu. Autorzy wyszli bowiem naprzeciw oczekiwaniom nowoczesności, dając widzom po prostu możliwość aktywnego udziału w przedstawieniu i podjęcia decyzji o losach Chrystusa. Zgromadzeni na bydgoskim rynku widzowie, niczym biblijny tłum, mieliby okazję zadecydować w czasie sms-owego sądu o życiu lub śmierci Jezusa. Coś takiego musiało skończyć się u nas konfliktem. By załagodzić sytuację, głosowanie zaplanowano więc jako eksperyment, a scenariusz przewidywał tylko jedno zakończenie, bez względu na wynik sondy. Modyfikacja ta – dłoń wyciągnięta na zgodę – nie zmieniła jednak zdecydowanie negatywnego stanowiska środowisk religijnych.
Patrząc na rozwój wydarzeń towarzyszących temu projektowi, można powątpiewać w faktyczne obowiązywanie wolności sumienia. W pierwotnych założeniach spektakl miał odbyć się w okolicach Wielkanocy 2009 na Starym Rynku w Bydgoszczy. Szybko okazało się jednak, że chcieć to nie móc. Szczególnie w kraju, w którym futrynę każdego okna wypełnia widok górujących nad okolicą kościołów. Już samo pojawienie się musicalowego pomysłu wywołało spore poruszenie w środowisku religijnym. Pierwsze do walki w imię ograniczenia wolności słowa stanęło podbydgoskie stowarzyszenie Unum Principium. W oświadczeniu organizacji czytamy gorący apel o „dzieło modlitewne w intencji Bydgoszczy wolnej od bluźnierstw kryjących się za hasłem wolności wypowiedzi artystycznej”. Unum Principium w proteście przekazanym na ręce władz miasta wspomina o obrazie uczuć religijnych oraz dzieli się obawami, że autorzy spektaklu chcą „odrzeć postać Jezusa z mitu, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni”. Następnie do protestu włączyła się również Akcja Katolicka oraz kościoły zrzeszone w Polskiej Radzie Ekumenicznej. Koniec końców, najpewniej w przypływie myśli paranoicznych, które udzielały się coraz większej ilości osób, sam reżyser spektaklu zgłosił się do prokuratury, by ta zbadała, czy jego scenariusz obraża uczucia religijne.
Polska to niechybnie miejsce obdarzone szczególną opieką Wszystkich Świętych. Bezbożnicy przekonali się bowiem, że tam, gdzie w grę wchodzi religia, tam nie ma co liczyć na czyjąś łaskę. Aktorzy nie są dziś w stanie nawet znaleźć sali, w której mogliby przeprowadzać próby. Jak podaje „Gazeta Wyborcza Bydgoszcz”, kilka pierwszych prób odbywało się na terenie jednej z bydgoskich uczelni, aż do czasu, gdy szkoła otrzymała pismo od Unum Principium i zerwała współpracę. W liście stowarzyszenia do władz uczelni zamieszonym na stronie ProPolonica czytamy: „Wsparcie dla antychrześcijańskiego przedsięwzięcia nie pozostanie bez wpływu na wizerunek szkoły [w oryginale nazwa] i wywoła dyskusję wśród dużej części jej kadry naukowej, studentów oraz przyszłorocznych maturzystów i ich rodzin”. Cały tekst zakończyła wielkoduszna prośba do władz szkoły, które mają „publicznie poinformować o zaprzestaniu wspierania w jakiejkolwiek formie rzeczonego musicalu i nieprzyczynieniu się do zgorszenia milionów katolików w Polsce i poza jej granicami”. Uczelnia bardzo szybko odcięła się od idei musicalu. W udostępnionej na stronie ProPolonica odpowiedzi władz placówki zapewniają: „nie wspieraliśmy i nie wspieramy tego przedsięwzięcia”.
Jak widać, pomysł przedstawienia w mgnieniu oka obudził u wielu ludzi usilną potrzebę walki o dobro Polski katolickiej. W myśl słów świętego Augusta: „gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu”. W połowie lutego, najwyraźniej w odpowiedzi na szerzącą się wśród owieczek herezję, głos zabrał bydgoski biskup Jan Tyrawa, dotychczas powstrzymujący się od komentarza. Swoje przemyślenia zawarł w wielkopostnym liście duszpasterskim. Biskup określił przedstawienie jako atak na wiarę: „może rzeczywiście idzie tylko o to, by pokazać spektakl – jak sami pomysłodawcy mówią – w formie skandalizującej i prowokującej, skoro ma on być wystawiony w Wielkim Tygodniu, kiedy większość z wierzących będzie bezpośrednio przygotować się do Triduum Sacrum i uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego”. Oczywiście biskup wyraźnie zaznacza, że wierni nie mogą uczestniczyć w przedstawieniu „nawet wówczas, kiedy sąd – do którego organizatorzy zwrócili się o opinię – wyda oświadczenie, że spektakl ten nie rani niczyich uczuć religijnych”. Czcigodny duchowny zaznaczył, że każdy biorący udział w spektaklu powinien się zastanowić nad wyglądem własnego pogrzebu i tym, „jak będzie mógł słuchać modlitwy, aby Chrystus przywrócił mu życie nieśmiertelne, skoro sam głosował nad Jego śmiercią?”. Pomysłodawcy musicalu natomiast określeni zostali jako chcący „wykreować się na gwiazdy i zdobyć tanią popularność”.
Najsmutniejsze jest to, że umysły ogarnięte dogmatem nie dostrzegają w musicalu żadnych wartości artystycznych czy choćby intelektualnych – czują jedynie ostry policzek wymierzony w ich religijne uczucia. Dziś wiadomo, że przedstawienie najprawdopodobniej nie odbędzie się przed Wielkanocą. Ekipa nie ma sali na próby, wciąż brakuje opinii prokuratora. Aby wystąpić na Starym Rynku, należy mieć zgodę ratusza. Na to też nie ma co liczyć. Urzędnicy zdążyli już zapowiedzieć, że – jak donosi „Gazeta Wyborcza Bydgoszcz” – na ich decyzji zaważą protesty wiernych, nie zaś opinia prokuratora. Podobno autorzy zastanawiają się już nad zmianą miasta, w którym miałoby się odbyć przedstawienie. Nie ma się co dziwić, skoro Bydgoszcz okazała się miejscem pod przemożnym wpływem urzędników w sutannach.
Po raz kolejny zatem płaszczyk bliżej nieokreślonych uczuć religijnych maskuje fundamentalne naruszenie wolności słowa. Kultura z kolei, by móc się rozwijać, jak powietrza potrzebuje niezależności, w przeciwnym wypadku obserwujemy tylko postępujący proces rozkładu. Zamiast niezależności, otrzymaliśmy dowód, że wolność słowa, owszem, istnieje – ale tylko, gdy mieści się w futrynie „najprawdziwszej” prawdy.
Maciej Twardowski, Student Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, redaktor serwisu racjonalista.pl, przewodniczący kujawsko-pomorskiego oddziału Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, mieszka w Bydgoszczy.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...