|
Z pewnym zdumieniem przyjęliśmy fakt, że nasza krytyka spotkała się z repliką współautorów diagnozy i strategii rozwoju szkolnictwa wyższego w Polsce. Piotr Ciżkowicz, Stefan Jackowski, Magdalena Krawczyk-Radwan i Jerzy Thieme piszą wszak, że tekst, którego jesteśmy autorami sprowadza się wyłącznie do „kąsania po kostkach”. Postanowili jednak odeprzeć nasze zarzuty, stawiając przy tym kilka tez na tyle osobliwych, że warto na nie zareagować. Koncentrujemy się przy tym wyłącznie na sprawach naszym zdaniem najważniejszych, jakkolwiek jesteśmy gotowi do dyskusji o kwestiach bardziej szczegółowych.
Krytykowani przez nas autorzy stanowczo zaprzeczają, jakoby „fetyszyzowali rankingi” uczelni. Ich stosunek do rankingów wyrażać ma następujące zdanie z opracowanej przez nich diagnozy: „Pozycja uczelni w najważniejszych rankingach globalnych jest nośnym medialnie wskaźnikiem umożliwiającym szybkie porównania międzynarodowe. Oczywiście, rankingi mają swoje ograniczenia, które wyraźnie formułujemy poniżej, ale najważniejsze rankingi międzynarodowe charakteryzują się rzetelną metodologią, troską o pozyskiwanie rzetelnych danych i, co najważniejsze, zaistniały w publicznej świadomości na tyle, że stały się punktem odniesienia w strategicznym planowaniu wielu krajów (m.in. Francja – raport Bourdina, Niemcy – tzw. Exzellenzinitiative)”.
Oczywiście, ale jeśli tak, dlaczego na stronie 44 Strategii rozwoju szkolnictwa wyższego w Polsce do 2020 roku czytamy: „Działania w obszarze badań naukowych powinny prowadzić do poprawy jakości i wolumenu wyników badawczych, czego odzwierciedleniem będzie podwyższenie pozycji polskich uczelni w uznanych, międzynarodowych rankingach i poprawa wizerunku Polski w świecie”? Skoro pozycja w rankingach ma uczynić Polskę krajem o lepszym wizerunku z pewnością nie chodzi wyłącznie o proste „porównywanie”. Rankingi stają się tu celem samym w sobie: wedle logiki argumentu Krytykowanych jeśli wypadniemy w nich lepiej, świat bardziej nas doceni.
W istocie jednak zarzut fetyszyzowania dotyczył czego innego. Wskazywaliśmy, że rankingi nie tylko mają „swoje ograniczenia”, ale wręcz są bardzo kontrowersyjnym narzędziem, czego dowodem były przywoływane w naszej Krytyce opracowania. Już zresztą sam fakt, że rankingi dotyczą przede wszystkim NAUKI, a nie SZKOLNICTWA WYŻSZEGO sprawia, iż opisują zaledwie wycinek tego, co dzieje się na uczelniach, i to nie ten wycinek, do którego Diagnoza i Strategia miały się odnosić w pierwszej kolejności. W Strategii liczbę polskich uczelni w pierwszej 500 Academic Ranking of World Universities czyni się tymczasem jednym z podstawowych mierników realizacji celu „efektywność wykorzystania zasobów”. Fetyszyzacja polega więc, naszym zdaniem, na przymykaniu oka na rozmaite metodologiczne niedostatki rankingów. Skutkiem tego, ocena jakości reform, które postulują Krytykowani będzie z natury rzeczy skrzywiona i niedoskonała.
Krytykowani piszą, że naszym błędem było powołanie się na Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń prowadzone przez firmę Sedlak&Sedlak, gdyż w badaniu tym uczeni są ujmowani w tej samej kategorii co nauczyciele. Prawda. Przeoczyli jednak najwyraźniej tabelkę zamieszczoną stronę wcześniej w naszym opracowaniu, prezentującą poziom wynagrodzeń na Uniwersytecie Warszawskim. To dane z tej tabeli porównujemy z wynagrodzeniami z innych branż w województwie mazowieckim. I, nie oszukujmy się, z porównania tego naprawdę wynika, że wyłącznie w branżach „kultura i sztuka” oraz „nauka i szkolnictwo” mediana wynagrodzeń jest niższa, aniżeli mediana wynagrodzenia pracownika ze stopniem doktora pracującego na UW. Nawet jeśli Krytykowani ograniczyli się wyłącznie do lektury wersji naszego opracowania opublikowanej na stronie „Krytyki Politycznej”, w której tabelek nie ma, to i tak fakt ów jasno wynika z tekstu.
Krytykowani w swej replice podkreślają, że przykład Wydziału Chemii UW jest co najmniej kontrowersyjny, gdyż ich inicjator, prof. Lucjan Piela „pomimo lub, jeśli ktoś woli, ze względu na przeprowadzone reformy, nie miał szans wyboru na następną kadencję dziekańską”.
Zaznaczmy więc dobitnie: instytucjonalne reformy przeprowadzone pod kierunkiem prof. Pieli na Wydziale Chemii Uniwersytetu Warszawskiego mają się dobrze i z niewielkimi zmianami od lat „pracują“ na rzecz naukowych i dydaktycznych sukcesów Wydziału. Teza głosząca, iż niewybranie prof. Pieli na kolejną kadencję na stanowisko dziekana przekreśla wartość tych reform jest równie przekonująca, jak apoteoza socjalizmu w oparciu o trwałość rządów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, czy krytyka dwudziestolecia polskiej transformacji bazująca na fakcie, iż żaden z gabinetów tego okresu nie doczekał się bezpośredniej reelekcji. Tego poziomu merytorycznej dyskusji wolelibyśmy jednak uniknąć.
Teraz zaś przyszedł czas na nasze uderzenie się w piersi, tak się bowiem składa, że wierzymy w umiejętność przyznania się do błędu. Faktycznie, w krytykowanych przez nas dokumentach nie wspomina się o bezpośrednio o Oxfordzie, Stanford i Cambridge. Krytykowani powołują się jednak na doświadczenia wielu krajów, w których szkolnictwo wyższe jest płatne (np. Stanów Zjednoczonych). Dodajmy też, że Jerzy Thieme opublikował w „Gazecie Wyborczej” artykuł zatytułowany Zróbmy sobie Oxford.
Ten ostatni fakt ma pozornie małe znaczenie – wszak krytyka nasza odnosiła się jedynie do dokumentów powstałych na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, opracowanych przez konsorcjum Ernst&Young – Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową. Jednak sprawa nie przedstawia w sposób tak oczywisty.
Otóż broniąc się przed zarzutem niedostatecznego ugruntowania diagnozy przedstawionej w raportach w empirii, Krytykowani piszą: „Źródłem znacznej części argumentów Krytyków jest niezrozumienie eksperckiego charakteru opracowania, podpisanego przez osoby legitymujące się określonym doświadczeniem, i pomylenie go z pracą badawczą, w której wszelkie twierdzenia powinny być podparte konkretnymi wynikami badań […]. Dotyczy to choćby przykładów opinii zawartych w Diagnozie odnośnie do strategii uczelni oraz procesów inwestycyjnych. Były one oparte na szczegółowej wiedzy i analizach członków zespołu, a nie - jak twierdzą Krytycy - gołosłowne”.
Okazuje się więc, że dla Krytykowanych ich „określone doświadczenie” jest ważniejsze aniżeli empiria. W obliczu tego faktu odwołanie się do tekstu Jerzego Thieme jest jak najbardziej uzasadnione – Diagnoza i Strategia jawią się jako dokumenty niezwykle osobiste, a tez w nich zawartych nie da się oddzielić od ich autorów. Przy czym, jeśli opinie formułowane na podstawie owego „określonego doświadczenia” spotykają się z negatywnym odzewem, Krytykowani łatwo się od nich odżegnują. Piszą na przykład, że to Proces Boloński sprawił, iż doktoranci mają obecnie status studentów, co dowodzi oczywiście ich znakomitej orientacji w przepisach prawa, ale i wskazuje też na pewne ograniczenia zastosowanej przez nich metody „określonego doświadczenia”. Z formalnego punktu widzenia Autorzy Diagnozy i Strategii mają rację. Proces Boloński nie zabrania jednak np. doktorantom prowadzić zajęć dydaktycznych. Taki postulat spotykamy tymczasem w Strategii.
Podejście, wedle którego ugruntowanie omawianych przez nas dokumentów w faktach odgrywa niewielką rolę, jest jednak kontrowersyjne. Wszak Słownik Języka Polskiego PWN definiuje diagnozę jako „ocenę stanu czegoś przedstawioną na podstawie badań i analiz”. Jak staraliśmy się wykazać, naszym zdaniem owe badania i analizy nie zostały przeprowadzone przez Krytykowanych z należytą starannością. Dodajmy, że naszym celem nie było przeprowadzenie własnej diagnozy i proponowanie własnych rozwiązań; wyjątek zrobiliśmy dla dość oczywistego postulatu większego dofinansowania nauki i szkolnictwa wyższego oraz unikania radykalnych, rewolucyjnych wręcz reform instytucjonalnych, bez baczenia na szereg czynników z poziomu mikro, kształtujących codzienne decyzje studentów, doktorantów i pracowników naukowych, które to czynniki i tak zadecydują w ostatecznym rozrachunku o powodzeniu całej zmiany.
Na koniec wracamy więc do grzechu chciwości. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego za ogromne pieniądze zamówiło opracowanie, które bazować miało wyłącznie na analizie danych zastanych, choć kwota 1.647.000 zł brutto (w tym 297.000 zł VAT) pozwoliłaby na przeprowadzenie szeroko zakrojonych badań. Dane zastane są tymczasem niepełne, statystyki publiczne są wybrakowane, z góry wiadomo więc było, że niekompletny będzie raport przygotowany na ich podstawie. Konsorcjum Ernst&Young oraz Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową postanowiło jednak zmierzyć się z zadaniem, którego nie dało się profesjonalnie wykonać, nie robiąc porządnego użytku nawet z tych ogólnodostępnych danych.
A poza tym, czy naprawdę z punktu widzenia Ernst&Young chciwość jest tak straszliwą cechą? Czy naprawdę zarzut chęci zarabiania pieniędzy jest dla firmy tak ciężki? Jeśli tak, udziałowcy Ernst&Young z pewnością ucieszą się na tę wiadomość.
Tymczasem martwić powinien się podatnik, który za kwotę 1.647.000 zł brutto (w tym 297.000 zł VAT) z powodzeniem mógłby uzyskać produkt, którego merytoryczna wartość dodana byłaby tych pieniędzy naprawdę warta.
Autorzy:
Anna Baczko-Dombi, Jan Dzierzgowski, Wojciech Fenrich, Małgorzata Głowania, Agata Komendant-Brodowska, Marta Szaranowicz-Kusz, Izabela Wagner
Czytaj:
10 grzechów głównych raportu Ernst&Young o stanie polskiej nauki i szkolnictwa wyższego
10 grzechów głównych. Krytyka prac E&Y i IBnGR - streszczenie
W odpowiedzi profesjonalistom - polemika współautorów raportu Ernst&Young
Ernst&Young - oddaj moje 2 miliony - felieton Jasia Kapeli

[fot. Nudny wykład? Cezary Borysiuk (cc) flickr.com]
Na podobny temat
|
Jest nauka w sensie pracowitego latam...
Olek Radynski pisał tu chyba jakiś cz...