Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Majmurek: Po co nam kanon? Drukuj
Jakub Majmurek   
15.02.2009
Katarzyna Hall jest jednym z bardziej aktywnych polityków w rządzie Donalda Tuska i – wbrew pozorom – jednym z najbardziej aktywnych ministrów edukacji w III RP. W przeciwieństwie do działań Romana Giertycha, proponowane przez minister Hall przekształcenia w modelu edukacji humanistycznej przechodzą w mediach głównego nurtu w zasadzie bez większego echa. Tymczasem są to zmiany zasługujące na szeroką, publiczną debatę. W ramach reform proponowanych przez obecną szefową resortu oświaty ulega bowiem likwidacji obowiązkowe nauczanie historii na poziomie szkoły średniej (kończy się w pierwszej klasie liceum), a także znacznie okrojony zostaje kanon lektur. Celem reformy jest ograniczenie wiedzy humanistycznej, z jaką przeciętny absolwent ma opuszczać szkołę.

Przeciw działaniom resortu edukacji protestują przede wszystkim prawicowi intelektualiści. Chciałbym tu przedstawić z kolei lewicowe argumenty na rzecz obrony edukacji humanistycznej w szkole, wychodzące poza logikę konserwatywnego narzekania na „niszczenie kanonu”. Jest to o tyle istotne, że sprzeciw konserwatystów wobec reform minister Hall posługuje się niespójną argumentacją, zupełnie pomijającą kontekst działań obecnej szefowej resortu edukacji. Działania minister Hall nie biorą się bowiem znikąd, są kontynuacją neoliberalnej koncepcji edukacji, która została przyjęta w Polsce już w latach 90.

Neoliberalne myślenie o edukacji opiera się na dwóch głównych założeniach: po pierwsze, że podstawowym celem istnienia systemu edukacji jest przygotowanie absolwentów do konkurencji na rynku, edukacja ma zatem pomóc im w zdobyciu na nim jak najsilniejszej pozycji; po drugie zaś, że „rynek edukacji” jest rynkiem takim samym, jak wszystkie inne i to mechanizmy rynkowe gwarantują oświacie najwyższą efektywność – stosuję tu cudzysłów, ponieważ bynajmniej nie jest oczywiste, że system edukacyjny ma działać w sposób rynkowy. Zmiany oparte na pierwszym z tych założeń zaczęto wprowadzać w życie w okresie rządów Jerzego Buzka. Ówczesna reforma edukacji przebiegała pod hasłami walki z „przerostem niepotrzebnej, encyklopedycznej wiedzy”, w wyniku reformy szkoła miała uczyć „umiejętności”, a nie „suchych formułek”, nieprzydatnych przecież młodym ludziom na rynku pracy. To, co dziś robi minister Hall, ostatecznie dobijając na wpół martwą erudycyjną edukację humanistyczną, jest już tylko stawianiem kropki nad i.

Neoliberalizm, mylnie utożsamiając wolność przede wszystkim z „wolnością gospodarczą”, stwarza szereg zagrożeń dla realizacji właśnie tych wartości, które wprowadził do europejskiej myśli klasyczny i nowoczesny liberalizm polityczny. Podobnie w dziedzinie oświaty neoliberalna koncepcja edukacji jest największym chyba we współczesnym świecie zagrożeniem dla wypracowanego przez klasyczny liberalizm ideału edukacji liberalnej. Celem edukacji liberalnej są nie tyle konkretne umiejętności, co zakorzenienie jednostki w kulturze, z której wyrasta, zapoznanie z jej najważniejszymi tekstami i debatami, ale również nauczenie człowieka tego, w jaki sposób krytykować zastane normy i poglądy. Takie nauczanie ma pokazywać nie tylko, jak słuchać wielkich autorytetów, ale także, jak mądrze się z nimi nie zgadzać. Edukacja liberalna jest przygotowaniem jednostki do bycia obywatelką i obywatelem, do swobodnego i kompetentnego poruszania się w kulturze. Bez edukacji liberalnej trudno w pełni brać udział w życiu nowoczesnej, demokratycznej wspólnoty. W myśl ideałów klasycznego liberalizmu edukacja ta miała odbywać się przede wszystkim przez lekturę „wielkich książek”, klasyków filozofii, pisarstwa politycznego, czy literatury pięknej.

W przeszłości lewica wielokrotnie krytykowała koncepcję edukacji liberalnej. Wskazywała na jej elitaryzm, klasowy charakter (na bezinteresowną, krytyczną lekturę klasyków potrzeba czasu, który są w stanie na to poświęcić jedynie ci, którzy nie są zmuszeni do zaspokajania w tym czasie podstawowych potrzeb), na uwikłanie tego ideału w tworzenie systemu społecznych nierówności i rozwarstwień. Sama idea lektury „wielkich książek” krytykowana była za to, że ich kanon wyklucza doświadczenia grup podporządkowanych: klas ludowych, ludów skolonizowanych, czy kobiet. Choć wszystkie te zarzuty pozostają ciągle w mocy, to w obliczu dzisiejszej neoliberalnej ofensywy na edukację humanistyczną należy je wziąć w nawias. Podkopywanie edukacji liberalnej w Polsce destrukcyjnie wpływa na jakość naszej demokracji. Gdy z edukacji liberalnej wycofuje się państwo, zmienia się ona albo w towar luksusowy (do nabycia jedynie w najbardziej elitarnych szkołach), albo staje się przywilejem dziedzicznym, przekazywanym z pokolenia na pokolenie, jak rodowe srebra w rodzinach, którym wcześniej udało się zgromadzić odpowiedni kapitał kulturowy.

Nie znaczy to, że lewica ma godzić się przy tym na konserwatywną wizję kultury. Kultura to nie tylko zbiór wielkich i mniej wielkich książek, ale także obszar działania ideologii, konstruowania stereotypów, kształtowania postaw. Uczniowie powinni zatem zapoznać się z tym, jak mechanizmy te działają na poziomie poszczególnych tekstów. Dlatego szkoła powinna zająć się nie tylko klasyką, ale także tym, „co uczniowie czytają”. Nie po to, by hołdować ich gustom i sprawiać im przyjemność, ale by pokazywać im, w jaki sposób ideologia funkcjonuje w pozornie wolnych od niej dziełach współczesnej kultury popularnej. Współczesny kanon lektur powinien zatem pozostawiać miejsce na lekturę, dla przykładu, polskiej literatury fantasy, w trakcie której uczniowie krytycznie przyglądaliby się temu, w jaki sposób gatunek ten konstruuje wzorce płci, a także na analizę książek Grocholi pod kątem tego, jak zostaje w nich przedstawiona rzeczywistość społeczno-ekonomiczną i jak przekłada się to na problemy życiowe bohaterów i bohaterek.

Lewica przywiązuje wagę do edukacji liberalnej, ponieważ przekłada się ona na jakość życia demokratycznej wspólnoty. Gdy wiedza i umiejętności, jakie edukacja humanistyczna daje każdemu obywatelowi i obywatelce, stają się przywilejami elit, możemy stwierdzić, że demokracja nie ma się dobrze. Obywatelstwo nie ogranicza się do umiejętności wypełnienia formularza PIT – pełny udział w życiu demokratycznej wspólnoty stawia trochę większe wymagania. Konserwatywna prawica z kolei broni edukacji humanistycznej rozumianej jako narzędzie budowania spójności narodowej wspólnoty.

Te dwie różne wizje celów humanistycznej oświaty przekładają się także na różnice w docelowym modelu kształcenia humanistycznego. Trzeba wyraźnie uświadamiać sobie te różnice. W myśl konserwatywnej koncepcji edukacji humanistycznej oświata ma pełnić przede wszystkim funkcję zakorzeniającą jednostkę w narodowej wspólnocie. Dla lewicy edukacja liberalna jest z kolei w pierwszym rzędzie nastawiona na coś przeciwnego, coś, co można by nazwać „edukacją do nieposłuszeństwa” – do refleksyjnego kwestionowania zastanych norm i autorytetów. Celem edukacji humanistycznej powinno być dostarczenie jednostkom (i wspólnocie, którą tworzą) narzędzi umożliwiających krytyczne przemyślenie zastanych opinii i sposobów myślenia. Tak rozumiana edukacja humanistyczna powinna prowadzić poza porządek doksy.

Na edukację liberalną, czy to w wersji bardziej konserwatywnej, czy bardziej lewicowej, nie ma miejsca w szkole, jakiej pragnie obecna szefowa resortu edukacji. Nie chodzi tylko o to, że zgodnie z założeniami, jakimi kieruje się w swojej polityce rząd PO, usuwa się z programów nauczania wszystko to, co nie służy zarabianiu pieniędzy. Idzie o sposób, w jaki wszyscy (od uczniów, przez nauczycieli, po władze oświatowe) postrzegają dziś edukację: nie jako bezinteresowne zgłębianie wiedzy, ale jako wyścig, konkurencję, zdobywanie kolejnych wpisów w CV, pokonywanie kolejnych szczebli na drabinie, na której końcu ma czekać jednostkę obiecana gratyfikacja, jeśli nie materialna, to przynajmniej symboliczna. Wyrazem tego jest powszechna obsesja na punkcie ocen, konkursów przedmiotowych, rankingów szkół. W takiej atmosferze po prostu nie da się czytać klasyków tak, jak na to zasługują – nie sposób wsłuchać się uważnie w ich głos.

Ta neoliberalna obsesja efektywności nie bierze się jednak z powietrza. Wynika bowiem z warunków społeczno-ekonomicznych, w jakich żyjemy, z niskiego poziomu bezpieczeństwa socjalnego i wysokiego poziomu nierówności. Bez uporania się z tymi dwoma problemami nie może być mowy o powszechnej edukacji humanistycznej na wysokim poziomie. Dlatego konserwatywne żale i łzy wylewane za utraconym kanonem, pomijające zupełnie społeczny kontekst edukacji, brzmią tak nieprzekonująco.
Komentarze
Dodaj nowy
mstroinski  - Zaklinacze kapitału   |18.02.2009 18:21:24
W artykule Po co nam kanon? Jakub Majmurek słusznie zauważa, że w dobie
neoliberalizmu wolnomyślicielstwo idzie na usługi wolnej ekonomii: myśli się
po to, ażeby zarabiać. Myśl jest wolna nie dla samej siebie, lecz dla celów
jeszcze wyższych. Ponowoczesny Kartezjusz uniwersytecki, głową zarabiający na
życie, mógłby powiedzieć: myślę, więc chcę zarobić, natomiast u zrzeszonego w
think tanku neoliberalnego Kartezjusza gospodarczego wynikanie przebiega na
odwrót: chcę zarobić, więc myślę. Myślę wtedy i tylko wtedy gdy… Nic w tym
złego ani dziwnego, że myślenie staje się narzędziem do tłuczenia kasy.
Niewykluczone, że zawsze nim było, że  jak głosi materializm historyczny Marksa
 to niedobory materialne, głód, smród i chłód, zmusiły nas do tego, aby ruszyć
głową, a nie jakieś mgławicowe zdziwienie, ćwiczenie się w śmierci czy
umiłowanie mądrości. Głodni nie miłują mądrości, a gdyby jednak miłowali, to
pewnie by z głodu umarli.

Clue w tym jednak, że nie wszyscy uczniowie szkół
średnich w Polsce są niedożywieni lub potencjalnie niedożywieni. Nie wszystkim
grozi rychły upadek poniżej minimum egzystencji i potknięcie się na progu
nędzy. Młodzieżą wszakże manipulują zbiorowo neoliberałowie. Wkładają młodym
ludziom do głowy kłopotliwą alternatywę: wszystko albo nic. Albo zbijesz
fortunę, albo trafisz na bruk. Bez trzech telewizorów i ukraińskiej gosposi
wprawdzie da się żyć, ale co to za życie… W świecie późnego kapitalizmu
poprzeczka biedy przesuwa się bardzo wzwyż. Gdy większość jest już najedzona,
biedę znamionuje inne niezaspokojenie, na przykład wakacje spędzane w domu, a
nie w Egipcie, bilet miesięczny zamiast nowego renault i komórka nie na
abonament, tylko na kartę  do publicznego automatu. Neoliberalizm słusznie
głosi, że znajomość dzieł Schellinga Egiptu ani renault nie daje, niesłusznie
natomiast zakłada, że komukolwiek Egipt i renault są do szczęścia potrzebne.
Neoliberałowie oczywiście wiedzą, że nie wszyscy chcą Egiptu i renault, ale
wiedzą też, że większość nie wie, czego chce. Ci, co nie wiedzą, wkrótce się
dowiedzą; objawią im się, jak za stalinizmu, ich potrzeby obiektywne, wszystko
to, czego pożąda się z konieczności…

Chcenie to  jak stwierdził choćby
Nietzsche  źródło, które nigdy nie wysycha: ludzie prędzej rezygnują z tego,
czego chcą, niż z samego chcenia. Trzeba zatem ową niesłabnącą wolę jakoś
zagospodarować, na przykład  gospodarczo! Dla skonfundowanych całą dobę pełni
dyżur wielki Inny, podręczny dostarczyciel pragnień. A neoliberalizm już zadba o
to, ażeby interes Innego współgrał z interesem Kapitału i żeby z nieubłaganą
logiką Kapitału konweniowała wiodąca linia Edukacji. Nauczanie równa się
prolegomena do wyścigu szczurów. Schelling tak, ale dla frajerów.

W
rzeczywistości dla frajerów przeznaczono właśnie turystykę i motoryzację, a
moli książkowych naznaczono frajerstwem po to, by odwrócić uwagę turystów od
ich własnego frajerstwa. Za konsumpcyjne wywyższenie i powiatową światowość
płaci się słono, bez sensu i jeszcze jest się wdzięcznym. Jednak każdy ma pełne
prawo do swej naiwności, dlatego na tym kończę część pouczającą, a robiąc to,
robię coś, czego nie robi Majmurek. Powściągam swoją spontaniczną mądrość i
lepszą wiedzę w duchu świętego Pawła (nie ma już Żyda ni Greka, mężczyzny ni
kobiety, japiszona ni chegeuvarysty, intelektualisty ni turysty… wszystkim
bowiem dobrze robi jedno i to samo!). Dzielę z Majmurkiem mniej więcej treść
(czyli intensję) jego poglądów w omawianej sprawie, ale nie ich zakres (czyli
ich ekstensję). Bardzo cenię edukację humanistyczną na wysokim poziomie, sam
ją sobie aplikuję, ale właśnie  aplikuję sobie. Daleko mi do opowiadania się za
powszechną edukacją humanistyczną na wysokim poziomie. Po co to komu? Frajer
też człowiek i mnie nie wadzi, jako i ja nie wadzę jemu, w którego oczach sam
jestem frajerem. Powiem wprost: jak ktoś nie chce być zbawiony, to bardzo
dobrze. Nic na siłę i mówię to bez ironii. Samorozwój, o który chodzi w
edukacji humanistycznej, to najlepsze wyjście i dlatego broń Boże, żeby
ordynowano go w szkole. Jest różnica między szczęściem a uszczęśliwianiem na
siłę, między powieścią a tą samą powieścią na liście lektur obowiązkowych.
Można, rzecz jasna, decydować za innych dla ich dobra i dawać im w pakiecie
szczęście  znowuż obiektywne. To przecież uwielbiają neoliberałowie.
Majmurkowy przyczynek do krytyki neoliberalizmu pojmuję jako walkę z
konkurencją.

Majmurek nie może nie dostrzegać paradoksu lansowanej przez
siebie lewicowej edukacji do nieposłuszeństwa. Czy buntownik, któremu bunt
zalecono, jest jeszcze buntownikiem? A może pozostaje mu zbuntować się przeciw
samemu buntowi? Buntem przeciwko buntowi jest, otóż to, brak buntu, przekorny
konformizm. Przypomina to sytuację Miętusa z Ferdydurke, młodzieńca sprośnego
programowo i przewidywalnie, i jego reaktywnie ugrzecznionego antykolegi
Syfona. To grzeczniutki Syfon jest w szkole profesora Piórkowskiego prawdziwą
awangardą, która nad fajność chłopaka przedkłada żenadę chłopięcia.
Przeskakując z kart polskiej powieści na nasze polskie podwórko: alternatywą we
właściwym sensie jest obecnie obciachowa linia Teologii Politycznej, na tle
której Krytyka Polityczna jaśnieje jako potulny wykwit procesu dziejowego,
który może kiedyś tam zadziwiał, i to raczej starszych, zaś teraz młodsi widzą w
nim właściwe centrum. Jeśliby Krytyki nie było, to trzeba by ją wymyślić.
Krytyka musiała się pojawić, sam system się jej domagał. Narodziny Krytyki z
ducha systemu to zresztą nic zdrożnego ani odkrywczego. Sławomir Sierakowski w
końcu nie uznaje podziału na mainstream i underground, więc nie drapuje
Krytyki na nieskazitelny ładunek czystej transgresji.

Inna sprawa  wróćmy
do wątku edukacyjnego  że postulat odgórnego, powszechnego i skutecznego
uhumanistycznienia mas uczących się, projekt wyleczenia szerokich kół z
choroby na ever growing zarobek i konsumpcję, to pomysł rzucany na wiatr:
nierealny z założenia. I to nie tylko z powodu wspomnianej oporności materiału
(bardzo zdrowej!), ale też z uwagi na wiadomą moc zarządzającej zasobami
ludzkimi logiki kapitału, której obniżka popytu nie służy, przeto sama na nią
nie postawi. Niewidzialną rękę rynku da się może obezwładnić, tyle że nie
sloganami. Brzydki Kapitale, weźże się opanuj  to honorowo tak mówić, ale też
jałowo i cynicznie. Od dawna wiadomo, gdzie zaczynać należy porządną rewolucję,
nie od innych w każdym razie, nie od podłych kapitalistów. Zaklinacze kapitału ŕ
la Majmurek sumienie mają czyste i spokojny sen na szwedzkim łożu w szwedzkiej
pościeli, bo jakkolwiek niczego nie zmieniają w machinie, z którą walczą na
słowa, to robią, co mogą. Wykorzystują udogodnienia kapitalizmu, ale z głośno
deklarowanym niesmakiem. Tarzają się w rynkowym błocie jak wszyscy, lecz brudzi
się tylko ich doczesne ciało  mistyczne pozostaje czyste. Pisze ŕ propos Slavoj
Žižek: Stare hasło roku 68: ŤSoyons réalistes, demandons limpossible!ť
[Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego!] uzyskuje tutaj nowy
cyniczno-złowieszczy sens, który, być może, objawia jego prawdę: ŤBądźmy
realistami: my, akademicka lewica, chcemy wydawać się krytyczni, choć w pełni
cieszymy się przywilejami, jakie oferuje nam system. Zbombardujmy więc system
niemożliwymi żądaniami: wszyscy wiemy, że takie żądania nie zostaną spełnione,
tak więc możemy być pewni, że nic w rzeczywistości się nie zmieni i że utrzymamy
nasze uprzywilejowane status quo!ť (z książki Kukła i karzeł. Perwersyjny rdzeń
chrześcijaństwa w tłumaczeniu Macieja Kropiwnickiego).
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 15.02.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.00342 Seconds