|
21 sierpnia sąd zadecydował, że Róża nie wraca do rodziców. I wszystko jasne? Nie, nic nie jest jasne.
Po raz kolejny nie wzięto pod uwagę opinii społeczności lokalnej i lokalnych instytucji, które aktywnie pomagają rodzinie. Inwestują w remont domu, ale też zapewniają pracę opiekunki, która trzy razy w tygodniu zajmuje się domem – gdyby Róża wróciła do rodziców, opiekunka przychodziłaby codziennie. Uzasadnieniem dla sądu jest pasywność matki i brak czasu ojca. Dla naszej Fundacji nie jest to wystarczające uzasadnienie, i tu opieramy się na opinii Rzecznika Praw Dziecka, który również tę decyzję podważa. Pasywnych matek, cierpiących chociażby na poważną depresję poporodową jest sporo, ale zarówno ich, jak i zapracowanych w korporacjach mężów nikt nie ocenia i nikt im dzieci nie zabiera – bo przecież ktoś im pomoże, na przykład babcia, zakłada nasze państwo. Rodzicom Róży pomaga pomoc społeczna i to już nie jest argument za, to jest po prostu argument nie brany pod uwagę.
Niemniej jednak mleko się wylało. Przede wszystkim zobaczyliśmy świat, do którego miejska klasa średnia zagląda rzadko, voyeurystycznie oglądając „Express reporterów”. Siedząc na kanapach kupionych na kredyt do woli oburza się brudem ubogiego obejścia i pod anonimowym nickiem w internecie rzuca hasła o dzieciorobach. Jednak tak wygląda Polska, bo w Polsce wielu ludzi żyje po prostu bardzo biednie. Zasiłki są beznadziejne, cały system pomocy społecznej niedofinansowany. A reszta społeczeństwa żyje na kredyt, więc też nie wiadomo z czego tu się cieszyć. Bo przede wszystkim zobaczyliśmy świat, w którym z powodu niskiego statusu materialnego odbiera się ludziom podstawowe prawa.
Z relacji medialnych wyłania się dość interesujący obraz systemu ochrony zdrowia – przyszli rodzice jeżdżą do szpitala, bo ciąża zagrożona, a im bardzo zależy, by dziecko się urodziło. Potem dziecko się rodzi i pani Wioletta rozmawia z psychologiem o swoich wątpliwościach – te wątpliwości wystarczają, by podać jej leki na zatrzymanie laktacji (przypominam, że to coś więcej niż aspiryna). Pracownicy uzasadniają, że matka nie zajmowała się aktywnie dzieckiem.
Osobom, których kontakt ze szpitalami położniczymi jest żaden, tłumaczę, że obecny system rooming in bardzo wiele wymaga od matki tuż po porodzie – ideą było, by matka była jak najbliżej dziecka od chwili narodzin. I jest to świetne, jednak w obliczu restrukturyzacji polskiej ochrony zdrowia, w wyniku której jest za mało położnych i pielęgniarek, a za dużo jest pracy, matki są często skazane wyłączenie na siebie same. Nawet jeśli po nacięciu krocza nie są w stanie wstać, jeśli psychicznie mają totalny mętlik i czują, że po prostu nic nie ogarniają i z niczym sobie nie dadzą rady. Każde pismo dla rodziców pełne jest porad „nie przejmuj się, jeśli nie czujesz miłości do dziecka od razu. Możesz czuć się zmęczona po porodzie i myśleć tylko o odpoczynku. Miłość do dziecka przychodzi z czasem”. I nie są to rady skierowane wyłącznie do tzw „pierwiastek”. Każda matka, czy to jej dziecko pierwsze czy siódme, może po porodzie czuć się różnie, i psychicznie i fizycznie, chociażby ze względu na wariującą gospodarkę hormonalną. Jednak wychodzi na to, że musi mieć odpowiedni status materialny, by mieć czas na nauczenie się miłości do dziecka. Bo w przypadku uboższej i lekko upośledzonej matki staje się to wskazaniem dla odebrania dziecka. Ciekawe, czy tym wszystkim dziewczynom, które po porodzie, zamiast zmieniać pieluszki, lecą do toalety na upragnionego papierosa i właściwie tam już zostają aż do wypisania ze szpitala, dziecko z obrzydzeniem na twarzy oddając położnym do pielęgnacji (niestety prawdziwe przypadki) – też psycholog rozwiewa bądź wzmacnia wątpliwości? I czy też interesuje się nimi kurator?
Polskie procedury adopcyjne przewidują, że matka nie może oddać dziecka od razu po porodzie – okres połogu jest takim czasem, kiedy może jeszcze przemyśleć swoją decyzję, prawo bierze pod uwagę także możliwość podejmowania pochopnych decyzji w wyniku burzy hormonów, baby bluesa oraz różnych wątpliwości. Zrzeczenie się praw do dziecka nabiera mocy po 6 tygodniach od urodzenia. Szpitale w Polsce zwykle realizują politykę „przyjazny dziecku” co oznacza dbanie o karmienie naturalne i zachowanie laktacji zdając sobie sprawę, że dla dziecka naturalny pokarm to wielki zdrowotny kapitał. Tym bardziej dziwna jest sytuacja, w której szybką decyzję sądu w sprawie odebrania dziecka wspiera szybka decyzja personelu medycznego – przecież pokarm można odciągać, nie trzeba od razu farmakologii i bolesnego wiązania. To zwykła spychologia, szybkie rozwiązanie sprawy, by nie mieć problemów, czy coś innego? Jakiś plan? Chcemy podkreślić z całą siłą, że odebranie dziecka i zahamowanie laktacji jest po prostu nieludzkie.
Na pewno łatwiej jest odebrać, a potem szybko przekazać do adopcji dziecko, które nie miało szansy nawiązać trwalszego kontaktu z matką i prawie od urodzenia jest w rodzinie zastępczej. Podkreślam, że zwykle trafiają tam dzieci, których rodzice podjęli taką decyzję. Czy z panią Wiolettą ktoś tę decyzję konsultował? Brak kontaktu między matką a dzieckiem owocuje poważnymi problemami psychicznymi w przyszłości – czy tę kwestię sąd również brał pod uwagę? Możemy przeczytać wypowiedź prezesa sądu, że noworodek potrzebuje opieki, której nie zapewni mu kochający ojciec (bo uważa się, że jest zajęty). Ale czy sąd bierze pod uwagę, że opieka nad noworodkiem to nie tylko mechaniczne zmienianie pieluszek, ale też kontakt emocjonalny? Który to jest znacznie ważniejszy dla przyszłości dziecka niż kilkakrotnie odparzona pupa? Sąd nie wykluczył, że noworodek wróci jeszcze do rodziców. Zastawia nas zatem czy nie lepiej by było, gdyby jednak Róża wróciła już teraz, by sąd mógł zobaczyć, jak przebiega opieka nad nią i na tej podstawie podjąć decyzję?
Decyzja sądu oceniająca rodziców Róży ma jeszcze inne ofiary – starsze rodzeństwo dziewczynki. Na ich oczach instytucja podważa macierzyństwo ich matki. Na papierze ustanawia, że nie jest wystarczająco dobra – jaki to ma psychologiczny, emocjonalny i każdy inny efekt? Jakie zaufanie rodzi do państwa i jego instytucji, jeśli pozwalają sobie na tak poważne oceny oparte na tak niepoważnych przesłankach?
Decyzję sądu można interpretować jako mechanizm sprzężenia zwrotnego opisane przez Roberta Mertona, wnikliwego krytyka teorii biurokracji. Skrytykowana z zewnątrz instytucja broni swych niżej postawionych członków, nawet jeśli ich decyzje były niewłaściwe, błąd uzasadniając błędnie interpretowanym prawem, by zachować swój status i podkreślić niezawodność. Instytucja działa sama dla siebie, bo na pewno nie w interesie dziecka, którego prawem jest przebywanie z rodziną. Jednak, sąd rodzinny nie jest instytucją samą dla siebie i ma przełożonych. Można zatem zapytać – czy tę sprawę oprócz Rzecznika Praw Dziecka ktoś jeszcze śledzi? Może minister Czuma, tak swojego czasu niechętny idei surogatek? Tu dziecko ma rodzinę biologiczną więc może czas na jakiś komentarz? Ciekawe też co tam słychać u biskupów, tak skorych do nazywania dzieci z in vitro frankensteinami? Tak skorzy do rozważań o życiu nienarodzonym, o dziecku z krwi i kości nie mają nic do powiedzenia?
Sprawa Róży poruszyła wiele środowisk i dyskusje na ten temat przeczytamy i na lewica.pl i na fronda.pl. Mimo zgody co do straszności całej sytuacji wyciągane wnioski się różnią zatem i nasza Fundacja chciałaby tu określić swoje stanowisko. Nie uważamy, by ingerencja państwa w rodzinę była czymś z zasady złym. Chodzi tu raczej o metodę. Polskie normy wychowawcze są w opłakanym stanie – na porządku dziennym w naszym kraju jest bicie i szarpanie, głodzenie i karmienie na siłę, upokarzanie, szantażowanie, straszenie, zaniedbywanie. W Polsce potrzebne jest aktywne państwo kierujące się interesem dziecka, ale nie wylewające dziecka z kąpielą. Nie obawiamy się, że wraz ze wzrostem świadomości praw dzieci wyrośnie nam nowe pokolenie Pawki Morozowa. W Polsce przydałoby się szeroko zakrojone edukowanie dorosłych z zakresu praw i godności dziecięcej, bo po prostu wielu rodziców nie umie wychowywać dzieci, nie wie, jak to się robi i nikt ich tego nie nauczył. Wystarczy obejrzeć „Supernianię”, żeby zobaczyć, jak wielu rodziców bezradnie reaguje krzykiem i agresją. Jak jednak zapewnić tę edukację, jeśli opieka społeczna jest wiecznie niedoinwestowana? Jeśli szkoły rodzenia są nieregularnie refundowane i w związku z tym tylko bogatsi przyszli rodzice mogą na spokojnie przedyskutować kwestie związane z dziecięcą psychiką i emocjami? W Polsce cały czas jest strach przed tzw „bezstresowym wychowaniem”, tymczasem dzieci często nie wychowuje się w ogóle – tylko hoduje. Dobrym źródłem informacji o opiece nad dzieckiem jest położna rodzinna, z której pomocy można korzystać przez całe życie jednak nie jest to rozpowszechniona praktyka – położnych jest mało a państwo polskie nie przejmuje się specjalnie, że ten zawód się nie odtwarza. Dobrym wsparciem byłby też i kurator, który odwiedza rodzinę, ale musiałby mieć też jej zaufanie, co w przypadku kontrolującej funkcji tej instytucji jest trudne. Niemniej to w ogóle nie jest sprawa Róży. Róża ma kochającego i oddanego tatę, który żyje dla swoich dzieci. I to powinno sądowi wystarczyć.
Praca opiekuńcza, związana z domem i rodziną nigdy nie była specjalnie ceniona, czego przykładem są liczne badania. Jednakże praca opiekuńcza i domowa mogą stać się poważna bronią w ręku sądu – wystarczy powiedzieć pasywność i przypomnieć odebrane kilkanaście lat temu dzieci, by odebrać następne. Doprawdy, cała ta sytuacja zaczyna przypominać XIX wieczną literaturę. Czy za panią Wiolettą też będą się ciągnąć przez całe życie srebrne lichtarze? I ciekawe co na nieludzkie traktowanie słabszych i wykluczonych powiedziałby dziś Emil Zola – zapewne „J’accuse!”.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...