Przemówienie na wiecu protestacyjnym „Occupy Wall Street”, Liberty Plaza, Nowy Jork, 6 października 2011
I love you.
Nie powiedziałam tego jedynie po to, żebyście teraz wszyscy odwracali się do osób stojących za wami i powtarzali im „I love you”, chociaż to niewątpliwie przyjemny efekt uboczny żywego mikrofonu*. Mów innym to, co chcesz, żeby mówili tobie, tylko głośniej!
Wczoraj na wiecu pracowniczym ktoś powiedział: „Odnaleźliśmy się wzajemnie”. To sformułowanie pięknie odzwierciedla moje odczucia na tym placu. Otwarta przestrzeń i idea tak wielka, że nie pomieści jej żadna budowla. Idea otwarta dla wszystkich, którzy chcą się wzajemnie odnaleźć w lepszym świecie. Jestem wam za to wdzięczna.
Wiem jedno: ci, których określamy mianem „jednego procenta”, kochają kryzys. Ten moment, kiedy ludzie są wystraszeni i zdesperowani; kiedy nikt nie wie, co dalej robić, to dla nich czas spełniania marzeń. Mogą przepchnąć wszystkie pro-korporacyjne projekty ustaw, sprywatyzować oświatę i ubezpieczenia społeczne, do woli obcinać budżet na usługi publiczne, zlikwidować ostatnie, wątłe ograniczenia władzy korporacji. W kryzysie dzieje się tak na całym świecie.
Tylko jedna rzecz może to powstrzymać. Na szczęście jest to coś bardzo dużego: pozostałe 99 procent. Pozostałe 99 procent wychodzi na ulice od Madison po Madryt i mówi „Nie będziemy płacić za wasz kryzys”.
Ten slogan narodził się we Włoszech w 2008 roku. Podchwycili go Grecy, przejęli Francuzi i Irlandczycy, aż wreszcie dotarł tu, do samego źródła obecnego kryzysu.
W mediach komentatorzy dziwią się — Przeciwko czemu oni protestują? — Tymczasem reszta świata pyta nas — Dlaczego dopiero teraz? Nie mogliśmy się was doczekać! — A przede wszystkim mówią nam: Witajcie!
Często porównuje się okupację Wall Street z tak zwanymi protestami antyglobalistów, które świat zauważył pierwszy raz w Seattle w 1999 roku. Był to też ostatni jak dotąd raz, kiedy globalny, zdecentralizowany ruch młodych ludzi wziął na cel wszechwładzę korporacji. Jestem dumna, że brałam udział w wydarzeniu, które nazwaliśmy „matką wszystkich ruchów społecznych”.
Ale między Seattle wtedy a Nowym Jorkiem dzisiaj są ważne różnice. Naszymi celami były szczyty dyplomatyczne: Światowej Organizacji Handlu, Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy G8. Spotkania na szczycie są z definicji przelotne, trwają nie dłużej niż tydzień. Równie przelotne były nasze protesty. Pojawialiśmy się, trafialiśmy na pierwsze strony gazet i znikaliśmy następnego dnia. A później, w patriotyczno-militarystycznej gorączce po atakach z 11 września, z łatwością się nas pozbyto, przynajmniej w Ameryce.
Tymczasem okupacja Wall Street obrała sobie trwały cel. Nie wyznaczyliście dnia zakończenia protestu. Bardzo słusznie. Trzeba długo stać w jednym miejscu, żeby zapuścić korzenie. Od tego wszystko zależy. W epoce Internetu nowe ruchy powstają jak grzyby po deszczu i równie szybko wymierają, widzieliśmy to niejeden raz. Wymierają, bo są pozbawione korzeni. Nie tworzą dalekosiężnych planów. Nie mają skąd czerpać siły przetrwania. Dlatego pierwszy silniejszy sztorm zmywa je z powierzchni ziemi.
Niehierarchiczny, głęboko demokratyczny ruch to wspaniała rzecz. Ale te zasady nie są sprzeczne z tworzeniem w pocie czoła takich struktur i instytucji, które zdołają przetrwać nadchodzące burze. Jestem przekonana, że tak się stanie.
Ten ruch ma jeszcze jedno słuszne założenie: wyrzekliście się przemocy. Nie chcecie dać mediom ich upragnionej pożywki: rozbitych witryn sklepowych i ulicznych zamieszek. Dzięki waszemu zdyscyplinowaniu w mediach raz po raz wracają tylko obrazy hańbiącej, niczym nie sprowokowanej brutalności policji. Wczoraj wieczorem widzieliśmy kolejne takie sceny. A poparcie dla was nieustannie rośnie. Działacie mądrze.
Ale największa różnica miedzy tą a ubiegłą dekadą polega na tym, że w 1999 stawaliśmy do walki z kapitalizmem, który przeżywał orgiastyczny szczyt gospodarczego boomu. Bezrobocie było niskie, portfele akcji pęczniały. Media zachłystywały się łatwymi pieniędzmi. Tematem przewodnim były wtedy tysiące nowo powstałych firm, nie tysiące zamykanych.
Ostrzegaliśmy, że za deregulację przyjdzie zapłacić wysoką cenę. Prowadziła do pogarszania warunków pracy. Wyniszczała środowisko. Wielkie korporacje stawały się potężniejsze od rządów, a to zabijało demokrację. Ale trzeba uczciwie powiedzieć, że atakowanie systemu opartego na chciwości nie przysparzało nam zwolenników w czasach dobrobytu; w każdym razie nie w bogatych krajach.
Dziesięć lat później wygląda na to, że nie ma już bogatych krajów. Są tylko bogaci ludzie. Ludzie, którzy zgromadzili fortuny łupiąc majątek publiczny i plądrując zasoby naturalne całego świata.
Dziś każdy już widzi, że taki system jest głęboko niesprawiedliwy i że wymknął się spod kontroli. Niepohamowana chciwość zrujnowała globalną gospodarkę, a wkrótce do reszty zrujnuje środowisko naturalne. Wytrzebiliśmy ryby w oceanach, zatruliśmy wodę szczelinowaniem i wierceniem głębinowym, a teraz sięgamy po najbrudniejsze źródła energii, jak piaski roponośne w prowincji Alberta. Atmosfera nie jest już w stanie zaabsorbować dwutlenku węgla, który do niej wtłaczamy, i niebezpiecznie się ociepla. Żyjemy w czasach, kiedy klęski żywiołowe i gospodarcze są na porządku dziennym.
Takie są fakty, z którymi musimy się zmierzyć. Są tak jasne, tak oczywiste, że znacznie łatwiej trafiają do świadomości społeczeństw niż w roku 1999. To pomaga budować nasz ruch.
Wszyscy rozumiemy, a przynajmniej intuicyjnie wyczuwamy, że świat stoi na głowie. Postępujemy tak, jakby to, co właśnie się kończy, było niewyczerpane — paliwa kopalne i powietrze, które wchłania ich spaliny. Z drugiej strony zachowujemy się tak, jakby to, czego w rzeczywistości mamy pod dostatkiem — zasoby finansowe na budowę lepszego społeczeństwa — było skąpe, ograniczone i nienaruszalne.
Naszym zadaniem jest obalić ten absurd. Odkłamać twierdzenie, że tym, czego nam brak, są pieniądze. Musimy wykazać, że stać nas na stworzenie sprawiedliwego, inkluzywnego społeczeństwa, a jednocześnie stać nas na uszanowanie granic wytrzymałości naszej planety.
Postępująca zmiana klimatu oznacza, że zostało nam niewiele czasu. Nie możemy sobie pozwolić na rozproszenie uwagi, na wewnętrzne podziały, na wypalenie się. Nie możemy dopuścić, aby inne wydarzenia przesłoniły nam cel. Tym razem musi nam się udać. Nie chodzi mi tu o uregulowanie bankowości czy wyższe opodatkowanie najbogatszych, chociaż to też jest ważne.
Chodzi mi o zmianę fundamentalnych wartości, którymi kieruje się nasze społeczeństwo. Trudno to wyrazić w jednym sloganie, łatwym do przełknięcia dla mediów. Równie trudno wymyślić, jak to osiągnąć. Ale trudność tego zadania w niczym nie umniejsza jego pilności.
Mam wrażenie, że tu na tym placu zdajecie sobie z tego sprawę. Dzielicie się jedzeniem, ciepłymi okryciami i wiedzą, udzielacie pomocy medycznej, uczycie się wzajemnie medytacji i swoich praw. Mój ulubiony transparent to ten z napisem „Nie jesteś mi obojętny”. W społeczeństwie, w którym ludzie nauczyli się unikać swojego wzroku i mówić „Jak kogoś nie stać na lekarza, niech umiera”, to jest radykalna polityczna deklaracja.
Kilka uwag na koniec. W tej wielkiej walce jest parę rzeczy bez znaczenia.
Co nosimy na sobie.
Czy potrząsamy pięściami, czy wznosimy znak pokoju.
Czy potrafimy wyrazić nasze marzenie o lepszym świecie w zwięzłym sloganie dla telewizji.
Jest też kilka rzeczy naprawdę ważnych.
Nasza odwaga.
Nasze poczucie moralności.
Nasz wzajemny stosunek do siebie.
Wszczęliśmy bójkę z największą ekonomiczną i polityczną potęgą na Ziemi. Jest się czego bać. A w miarę, jak ten ruch będzie rósł w siłę, powodów do obaw będzie coraz więcej. Pamiętajcie, że zawsze będzie wam towarzyszyć pokusa skupienia uwagi na skromniejszych celach — choćby na kimś, kto siedzi teraz obok was. Takie starcie o wiele łatwiej przecież wygrać.
Nie poddawajcie się tej pokusie. Nie mówię, że powinniście być cicho, kiedy coś was wkurza. Ale tym razem traktujmy się wzajemnie tak, jakbyśmy mieli walczyć ramię w ramię przez wiele, wiele lat. Bo podjęliśmy się zadania, które właśnie tego wymaga.
Traktujmy ten ruch, jakby był najważniejszą rzeczą na świecie. Bo on jest najważniejszy. Naprawdę jest.
[fot. marniejoyce (cc) flickr.com]
Przemówienie po raz pierwszy opublikowane w The Nation.
Tłum. Marek Jedliński, Klub KP w Łodzi.
*Od tłumacza: Odkąd policja zabroniła protestującym używać nagłośnienia, osoby znajdujące się bliżej mówcy czy mówczyni odwracają się do stojących za nimi i powtarzają każde zdanie. Wyjątkowo nie pasujetu lekceważące polskie określenie „głuchy telefon” — na Liberty Plaza nazwano to „human microphone”, żywym mikrofonem.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...