|
Cezary Michalski zadaje w swoim felietonie ważne pytanie o to, co możemy zrobić, żeby powstanie warszawskie nie poszło na marne. Jednak jego postulat, żeby zamienić Muzeum Powstania Warszawskiego w „martwy pomnik”, wydaje się nie tylko nierealny, ale też dość jałowy.
Przede wszystkim, nie zanosi się bowiem na to, żeby pozbawienie powstania wyraźnego centrum praktyk upamiętniających (w postaci Muzeum Powstania Warszawskiego) mogło sprawić, że tak po prostu zniknie ono z polskiej pamięci społecznej. Na jej kształt wpływa przecież nie tylko polityka historyczna, ale też pamięć zbiorowa oraz pamięć biograficzna uczestników – w przypadku powstania wciąż żyjących. Doświadczenie powstania warszawskiego było i jest z powodzeniem transmitowane w sferze praktyk prywatnych: przekazywane w intymnych wspólnotach rodzinnych w postaci opowieści czy stawiania zniczy na grobach, kultywowane podczas przyjacielskich spotkań w gronie kombatantów, wpisane w tkankę miasta. Jesteśmy też obecnie świadkami rozkwitu wtórnej pamięci powstania, czego przykładem są chociażby fanowskie strony internetowe poświęcone jego bohaterom (co istotne, nigdy bohaterkom), popularność powstańczych gadżetów, inicjatywy w rodzaju grup rekonstruujących walki czy konkursów na powstańczy komiks itp. W kontekście zarysowanych tu procesów, zamienienie MPW w „martwy pomnik” wydaje się po prostu niemożliwe, przynajmniej na razie Zresztą, nawet polityce historycznej okresu powojennego - mimo takich jej mechanizmów jak prześladowania, cenzura i całkowity brak miejsc pamięci w rodzaju pomników czy muzeów – nie udało się wymazać powstania z pamięci społecznej.
Prawdą jest natomiast, że powstańcy powinni przestać być traktowani jak arbitrzy od patriotyzmu czy wychowawcy młodzieży. Że dzieje się to nagminnie i stało się już w zasadzie przezroczyste, świadczą o tym nie budzące kontrowersji patriotyczne pogadanki powstańców w szkołach czy uparte zadawanie im przez dziennikarzy pytań o to, czym jest patriotyzm. Z dzieci z kolei na pewno nie powinno się robić małych powstańców, wychowywanych w anachronicznej tradycji patriotyzmu tyrtejskiego.
Dyskusji z heroicznym mitem powstania i żołnierskim patriotyzmem kombatantów nie umożliwia z pewnością formuła ekspozycji Muzeum, oddziałująca w kierunku całkowitego utożsamienia się zwiedzającego z „chłopcami z AK”. Jak zauważa antropolożka kultury wizualnej Iwona Kurz, wielość oddziałujących na różne zmysły mediów, zaprzęgniętych do wytworzenia symulacji powstańczej rzeczywistości, i zarazem jednoznaczność przekazu, czynią z Muzeum instytucję wszechwiedzącą, posługującą się narracją totalną. Nie ma tu miejsca na wątpliwości, różne interpretacje, bo też nie o nie tu przecież chodzi, ale o re-produkcję wspólnotowego mitu i pokazanie nam, kim jesteśmy. A jesteśmy – jak można wyczytać z ekspozycji - narodem katolickim, złożonym z bohaterskich i szarmanckich mężczyzn-konspiratorów.
Jeśli więc zależy nam na rozbrojeniu powstańczego mitu i uzyskaniu „prawdy o tym, czym było powstanie”, to nie doprowadzą nas do tego jałowe dyskusje o jego zasadności ani uczynienie z Muzeum „martwego pomnika”. To, co proponuje Michalski, jest zastępowaniem jednej hegemonicznej narracji (o powstaniu jako heroicznym zrywie) drugą narracją totalną (powstanie jako głupota i zbrodnia), równie silnie tłumiącą wszelkie inne głosy.
Jeśli możemy coś zrobić, aby powstanie nie poszło na marne, to jedyną drogą jest otwieranie Muzeum na pamięć grup marginalizowanych, mogącą podważyć hegemoniczną narrację: świadectwa powstańców żydowskiego pochodzenia, którzy ukrywali swoją tożsamość z obawy przed egzekucją z rąk akowców, antyheroiczną opowieść cywilów o piwnicznej gehennie i gwałtach, wspomnienia powstanek o dyskryminacji w szeregach podziemnej armii. Tego typu antyhegemoniczne wątki znaleźć można zresztą w zgromadzonych przez Archiwum Historii Mówionej MPW wywiadach z uczestnikami powstania. Powoli przedzierają się one także do zbiorowej pamięci powstania, za sprawą m.in. „Powstania w Bluzce w kwiatki” Feminoteki, Kieszonkowego Atlasu Kobiet Sylwii Chutnik czy kobiecego muralu autorstwa Ściętej Głowy Marii Antoniny, zdobiącego ścianę powstańczego Parku Wolności.
Jak pisała Gerda Lerner w odniesieniu do historii kobiecej, aby uzyskać prawdę o wydarzeniu historycznym, refleksja nad nim musi przejść kilka etapów: fazę kompensacji (przywracanie „wybitnych kobiet” do historii), kontrybucji (zainteresowanie doświadczeniem i rolą zwykłych kobiet w wydarzeniach i mechanizmami ich opresji), stadium przejściowe i syntezę (połączenie perspektywy męskiej i kobiecej w uniwersalną historię). Może jestem optymistką, ale wierzę, że gdy przejdziemy już te etapy, niemożliwy będzie powrót do „powstańczej niewinności” - że sparafrazuję tu określenie Agnieszki Graff – a zniuansowana o różnorodne głosy pamięć powstania przestanie być dydaktyczną historią o walce naszych ze Złem, przez co straci status fundatorskiego mitu nacjonalistycznej wspólnoty. A że wątek kobiecy jest mi szczególnie bliski, oczyma wyobraźni widzę już w Muzeum oddzielną salę poświęconą zupełnie zapomnianym instruktorkom Wojskowej Służby Kobiet i kabiny telefoniczne, w których posłuchać będzie można wspomnień znanej mi powstanki o tym, jak chłopcy nie chcieli jej dać broni. A zamiast filmów przedstawiających strzelających mężczyzn – dla odmiany obraz o dziewczętach, przemykających pod ostrzałem z ciężkim kotłem zupy.
*Weronika Grzebalska (1986) – studentka socjologii i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. W Instytucie Socjologii kończy pracę magisterską o kobietach w powstaniu warszawskim z perspektywy gender&nation. Członkini zarządu Genderowo-Queerowego Koła Naukowego działającego na Wydziale Polonistyki.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...