|
Kapitalizm uwodzi na młodość i zapewnia, że młodzi, odważni i kreatywni są władcami tego świata. Tak naprawdę młodzi nawet obok władców nie stali i co ważniejsze wcale się na to nie zapowiada. Jeśli jesteś młodym Europejczykiem poniżej 25 roku życia, to z dużym prawdopodobieństwem jesteś bezrobotny. W Polsce, która nie odbiega w tym względzie od średniej UE, bezrobotnych jest 20% młodych ludzi, ale już na przykład w Hiszpanii bez pracy pozostaje prawie 40% młodych.
Wejście na rynek pracy często wymaga dostosowania się do uelastycznionego systemu zatrudnienia, co oznacza pracę bez stałej umowy, bez ubezpieczenia i bez urlopu. Wymarzone stałe zatrudnienie daje z kolei szanse na usamodzielnienie, które polega na wzięciu kredytu na mieszkanie i drżeniu o utrzymanie etatu. Z pewnością to nie jest świat dla młodych ludzi.
Wśród cudownych recept, które mają pomóc zmienić sytuację młodych, do znudzenia powtarzają się trzy pomysły: dostosowywać edukację do potrzeb rynku pracy, obniżać koszty pracy i uelastyczniać zatrudnienie.
Świetnie, dostosujmy edukację do potrzeb rynku pracy! Wchodzę na stronę Urzędu Pracy, żeby przyjrzeć się ofercie. Na pierwszych miejscach oferty dla blacharza samochodowego, masarza kutrowego i sprzedawcy na stacji paliw. Taka oferta nie może dziwić, skoro polskie przedsiębiorstwa to przede wszystkim firmy małe i średnie zajmujące się prostą produkcją i usługami. Edukacja dostosowana do tego rynku pracy to przede wszystkim edukacja zawodowa i średnia techniczna. A młodzi idą przecież na studia, bo mówi się, że tylko dobra, czyli wyższa edukacja zapewni im dobrą pozycję na rynku. Dostosowanie edukacji do potrzeb rynku pracy oznacza np. konieczność przekwalifikowania się z magistra marketingu na masarza kutrowego. Ilu chętnych magistrów? Do niedawna wykształceni zachęcali górników, żeby przekwalifikowywali się na sprzedawców bananów, bo taka jest dziejowa konieczność. Dziś sami wykształceni są jak niegdysiejsi górnicy i to jest smutna prawda zawarta w postulacie dostosowywania edukacji do rynku pracy.
Może obniżyć koszty pracy? W końcu, gdyby praca była tańsza, to byłoby jej więcej i młodzi nie musieliby siedzieć na bezrobociu. Szkopuł w tym, że tania praca wcale nie przekłada się automatycznie na sukces ekonomiczny i dobrobyt. Praca nigdy nie była tak tania, jak w czasach gdy chłopi zobowiązani byli do pańszczyzny (praca za darmo toż to raj!) i właśnie to decydowało o zacofaniu. Dobrej pracy w Europie jest dużo tam, gdzie jej koszty są bardzo wysokie (np. Dania, Szwecja) a podatki znacząco wyższe niż w Polsce. Gdy ktoś mówi o obniżeniu kosztów pracy, domaga się tak naprawdę wzrostu opartego na niedostatku pracowników i przestarzałej gospodarce.
W uelastycznienie i jego zbawienny wpływ wierzą już chyba tylko dziennikarze ekonomiczni i eksperci organizacji reprezentujących przedsiębiorców. Poza Polską najbardziej elastyczny kodeks pracy w Europie ma Hiszpania i wiemy, jak wygląda tam sytuacja. Z badań wynika też, że elastyczne zatrudnienie wcale nie pomaga w uzyskaniu stałej pracy. Wejście w system pracy śmieciowej staje się dla pracowników ślepą uliczką. Z jednej śmieciowej pracy przeskakuje się do drugiej.
Czy zatem najważniejszy konflikt nie przebiega dziś między młodymi a starymi? Starzy wydaja się mieć wszystko: płace, etaty, mieszkania i emerytury. Młodzi mogą liczyć na bezrobocie, niskie płace, niepewność i biedowanie na starość. Nie raz słyszałem zawistne narzekania na starych nierobów, którzy siedzą bezpiecznie na etatach, kiedy młodzi z wywieszonym ozorem biegają między jedną pracą a drugą, zarabiając ledwo na utrzymanie. Gdyby odebrać przywileje starym, młodym też by ulżyło. Takie zdefiniowanie konfliktu jest na rękę systemowi, bo oznacza wykorzystywanie napięć do obniżania standardów. Zamiast postulatów zwiększających bezpieczeństwo wszystkich posłuch znajdują te, które zdetronizować mają „arystokrację rynku pracy”.
Problemem nie jest pazerność starych, ale model wzrostu gospodarczego polegający na przerzucaniu kosztów na przyszłość. System utrzymuje się dzięki odkładaniu koniecznych inwestycji, zwiększaniu deficytu i przymykaniu oczu na zagrożenia, które dadzą o sobie znać dopiero za kilka albo kilkanaście lat.
W Polsce ostatniego dwudziestolecia logikę tego systemu widać jak na dłoni. Czy zdarzyło wam się być ostatnio w nowym szpitalu? Pewnie nie, bo ostatnie budowano w kryzysowych latach 80. Do momentu nadejścia środków unijnych nie mogliśmy też liczyć na nowe autostrady i modernizację linii kolejowych, a konieczne inwestycje odkładano na przyszłość. Podobnie jest z całym sektorem energetycznym, który został odziedziczony po latach 70. i 80. i obsługiwał przez 20 lat polską transformację.
Zwiększania długu publicznego nie należy odczytywać jako bezmyślnej rozrzutności. Rosnące deficyty są tak naprawdę świadectwem tego, że system nie może z bieżących środków zapewnić obsługi potrzeb życiowych ludności. Gdyby nie zaciągano długu na koszt przyszłych pokoleń, trzeba by się było przyznać, że nie ma środków na emerytury, szpitale i szkoły. Poza tym pożyczanie państwu jest w miarę pewnym i intratnym interesem, a ludzie kupowani pożyczonymi pieniędzmi nie zadają pytań o nierówności i redystrybucję. Ten kapitalistyczny sen o dobrobycie właśnie się kończy a przebudzenie z niego już jest bolesne dla Brytyjczyków, Hiszpanów czy Greków.
Kryzys demograficzny, szczególnie wyraźny w Polsce, też jest efektem przerzucania kosztów wzrostu na przyszłość. Decyzja o braku dzieci i ograniczaniu ich liczby nie bierze się z lenistwa i wygodnictwa młodych. Brak dzieci wynika z niedorozwiniętej infrastruktury opieki i niepewności na rynku pracy. Nieposiadanie dzieci jest bardzo rozsądną i odpowiedzialną decyzją w sytuacji, gdy ludzie muszą być całkowicie dyspozycyjni, żeby dać się maksymalnie wycisnąć, pracując na umowy zlecenia i umowy o dzieło. Elastyczny rynek pracy pasożytuje na rodzinach, ale zapłacić za to przyjdzie dopiero po latach.
Coraz wyraźniej doświadczamy tego, że przyszłość już zaczęła wystawiać rachunki. Inwestycji nie da się odkładać na wieczne nigdy, zadłużać nie można się w nieskończoność, a kosztów utrzymania systemu przerzucać bezkarnie na gospodarstwa domowe. Konfrontacja z przyszłością wymaga właściwego zdefiniowania konfliktu i porzucenia części marzeń, którymi mami nas system.
Zasadniczy konflikt znów zaczyna dotyczyć dzielenia. I nie chodzi o podział na starych i młodych, ale po prostu na bogatych i biednych. Czas zatroszczyć się o skapywanie bogactwa, a tego nie da się zrobić bez wyciskania bogatych. Po drugie pozbyć się trzeba części marzeń. Nie każdy zostanie gwiazdą rocka i nie każdy będzie miał willę w Konstancinie. Ale pytanie brzmi: czy lepiej jest żyć w trzech pokojach i nie bać się o jutro, czy może lepiej mieszkać z rodzicami, pracować w call center i śnić o potędze?
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...