|
W tym tygodniu miało nie być o Placu Grzybowskim. Wprawdzie koniec remontu był planowany na zeszły tydzień, ale efekty można było oszacować już dużo wcześniej. Granitowe płyty leżały na placu od miesięcy, a projekt był znany i krytykowany znacznie dłużej. Jednak kiedy po weekendzie wróciłam do Warszawy i zajrzałam do sieci okazało się, że głównym tematem nie są towarzyskie plotki, polityczne dylematy odnośnie zbliżających się wyborów czy relacje z grobów i postępującej komercjalizacji Święta Zmarłych, ale wygląd placu Grzybowskiego. Pytania: „Czy byłaś?”, „Czy widziałaś?”, „Co sądzisz?” nieraz pojawiały się tuż po, albo często i zamiast zwyczajowego powitania. Środowisko miejskich aktywistów i osób z nim związanych zawrzało. Chcąc nie chcąc musieliśmy się skonfrontować z nową przestrzenią, która zastąpiła nasz ulubiony Dotleniacz Joanny Rajkowskiej, oraz z jej społecznym odbiorem.
O ile na etapie projektu szeroko rozumiana opinia publiczna negatywnie odnosiła się do przyszłego kształtu Placu Grzybowskiego, to po jego otwarciu krytycznych głosów było znacznie mniej. Ponadto, słychać było zachwyty nad przesuwanymi ławkami, nietypową fontanną, kaskadowym brzegiem huśtawki, czy sugestywnym zaznaczeniem dawnych torów tramwajowych za pomocą cienkiej kostki. Brak ławek z oparciami negatywnie oceniany w pierwszej wersji projektu został naprawiony. Przestrzeń placu nie była zwykłym granitowym placem, ale zapraszającą do wejścia niecką, do której nie tylko można zejść po schodach, ale również podjechać rowerem albo wózkiem, i przejechać przez kładkę (bardzo polecam). Co więcej, plac nie wiał pustkami jak wiele nieudanych miejskich realizacji, ale niezależnie od pory dnia czy nocy był zaludniony. Wprawdzie odwiedzający nie zapomnieli Dotleniacza i odnosili się do jego braku, ale zamiast ostrego sprzeciwu wobec nowej przestrzeni można było usłyszeć powtarzające się: „Szkoda, że nie ma Dotleniacza, ale trudno…”. Ta akceptacja nowego placu, wbrew środowiskowym nadziejom oczekujących zbiorowego bojkotu uniemożliwiła łatwą krytykę. Nowy plac spełnia większość wymogów stawianych przez miejskich aktywistów i aktywistki: jest dostępny dla niepełnosprawnych, posiada otwartą zapraszającą formę, jest otoczony ławkami z oparciami, na których można usiąść, poza granitowymi, są tu również drewniane siedziska, posiada elementy interaktywne (w postaci ruchomych ławek na szynach), zachowuje obecne wcześniej miejsca pamięci subtelnie wkomponowując je w plac, odwołuje się do lokalnej historii (zaznaczone dawne tory tramwajowe), został obsadzony zielenią (nawet jeśli w mniejszej ilości niż wcześniej). Wygląda na bezpieczny przez dobre oświetlenie i nie jest monitorowany. Można po nim jeździć na deskorolkach, rowerem i na rolkach Jest otoczony stojakami, do których łatwo i wygodnie można przypiąć rower. Co więcej, prawdopodobnie jest jedną z lepszych przestrzeni publicznych w Warszawie. Skoro tak, to czy można krytykować władze Śródmieścia za wybór tego projektu? Można. Jednak, aby krytyka była możliwa, konieczne jest przewartościowanie naszych kryteriów oceny. Aby po otwarciu nowego Placu Grzybowskiego można było żądać lepszej przestrzeni konieczne jest ocenianie projektów nie tylko pod względem listy wymogów, jakie nowa przestrzeń ma spełniać, ale przede wszystkim pod kątem elementów, które nie mogą zostać pominięte. jako mało istotne i godne poświęcenia dla ocalenia innych. Patrzeć na to, co zostało przesunięte na dalszy plan oraz na to, jakie fantazje zostały rozbrojone. Co było w alternatywnych projektach zagospodarowania? W jaki sposób sprawić, żeby dobry projekt był jeszcze lepszy? W przypadku nowego Placu Grzybowskiego zniknęły trzy rzeczy: dostępna dla użytkowników i użytkowniczek zieleń, na której można się położyć lub usiąść, element chaosu i spontaniczności w układzie zieleni, oraz różnorodność estetyk, która zachęcała do przyniesienia własnych krzeseł czy siedzisk. Nowy plac, mimo iż oparty na interaktywnych elementach, pozwala przesuwać meble tylko po raz ustalonych torach. Ławki można suwać, ale już nie przestawić tak, aby stały naprzeciw siebie. Obecna na górce zieleń służy do patrzenia a nie do używania. Pojawiły się kosze na psie odchody, ale mieszkańcy się skarżą, że zwierzęta cierpią na granitowej powierzchni i nie ma trawy, na której psy mogłyby pobiegać. Co więcej, mimo początkowych obietnic, nawiązanie do lokalnej specyfiki jest symboliczne i przytłoczone przez estetykę granitowej powierzchni, która jest identyczna, jak w innych miejscach Warszawy: na Pasażu Wiecha, czy świeżo odremontowanej ulicy Francuskiej. Plac Grzybowski na obecnym etapie jest pewną formą kompromisu, który należy traktować jako wyznaczenie nowych standardów projektowania, gdzie ławki z oparciami, dostępne niepełnosprawnym i wózkom dziecięcym przestrzenie oraz stojaki na rowery nie są już stawką w walce, ale oczywistością. Tym czego musimy żądać to większa ilość zieleni, przełamanie monopolu estetyki płyt granitowych i towarzyszącej im drobnej kostki oraz mniej zdyscyplinowanych przestrzeni, w których będzie miejsce na uliczne stragany, dodatkowe krzesła, psy na trawie, czy inne spontanicznie pojawiające się elementy przestrzeni.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...