Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Bratkowska, Szczuka: My, pierwsza manifa |
|
|
Katarzyna Bratkowska, Kazimiera Szczuka
|
|
08.03.2009 |
Impulsem do zawiązania Porozumienia Kobiet 8 marca było coś, co dziś
pewnie na nikim nie zrobiłoby wrażenia. W Lublińcu, mieście powiatowym
na Śląsku, policja po odebraniu anonimowego donosu zrobiła nalot na
gabinet ginekologiczny. Aresztowano lekarza. Pacjentkę przewieziono do
szpitala w celu - jak donosiły media - „zabezpieczenia śladów
przestępstwa”. Wtedy, w 2000 r. odebrałyśmy to jako horrendum. Początek
„Opowieść podręcznej” Margaret Atwood, posmak Afganistanu pod rządami
talibów. Gruba przesada? Jasne. Ale coś zrobić było trzeba, a to trzeba
oznaczało nas.
„My” to było wówczas kilka organizacji kobiecych, trochę studentek,
grupa nastoletnich anarchofeministek i kilka weteranek pierwszych
protestów przeciw zakazowi aborcji z początku lat 90. Nazwy organizacji
i nazwiska wypiszemy kiedyś na pomniku poległej feministki. Tymczasem
oddajemy się wspomnieniom, korzystając z rocznicy nieoczekiwanie
okrągłej - manif było już dziewięć plus jedna, bo urządziłyśmy
dodatkowe demo 10 grudnia 2000 roku, w międzynarodowy dzień praw
człowieka.
Cokolwiek złego i dobrego o manifie można powiedzieć, na pewno była
ona odrodzeniem ulicznej aktywności społeczeństwa, zamarłej całkowicie
w latach 90. Działalności oddolnej, wolnościowej i niezawisłej.
Demonstrowanie czegokolwiek na ulicy wydawało się wszystkim ludziom
epoki modernizacji rzeczą niestosowną, nieestetyczną i zgoła
niepotrzebną, skoro jest demokracja, parlament, wolny rynek i kościół.
W tej niechęci ukrywało się również przekonanie, że jeśli nie będzie
gazu i zomowskich pał, to znaczy, że nie ma po co wychodzić na ulice.
Strajki związkowe, jeszcze niedawno odbierane jako wolnościowe zrywy,
teraz stały się roszczeniowym malkontenctwem. Niektórzy okazjonalnie
palili postopozycyjne kukły, ale normalna reszta uległa
odpolitycznieniu, bo to ono właśnie czyniło ją normalną. Tymczasem
demonstracje w Paryżu, Rzymie, Londynie zmieniały ustawy i obalały
nieudanych ministrów.
W Polsce po dziesięciu latach stagnacji kultura demonstracji zaczęła się odradzać, co tu kryć, dzięki nam. Dzięki manifom.
My, pierwsza manifa wyciągnęłyśmy na ulice 150 osób. Spod pomnika
Kopernika pod kolumnę Zygmunta dotarło tylko 30. W tym jeden gość
zagraniczny, Shoshana Ronen. Komuniści i cykliści dołączyli później. 30
zmokłych feministek pod kolumną Zygmunta nie załamało nas. Manifę
pokazały główne wiadomości telewizyjne, a zasięg naszej sławy dodatkowo
poszerzyła Agata Bielik-Robson, pisząc w tzw. „Życiu” z kropką, że
przebrałyśmy się za prostytutki i że jesteśmy beznadziejne.
Hej! Przyszło kolejne przedwiośnie i ruszyłyśmy w miasto. Niestraszne
nam były wiatr, deszcz i złowrogie spojrzenia napastowanych ulotkami
pasażerów metra. Ta i owa splunęła, ktoś wyzwał od wariatek, zęby
szczękały - ale goniłyśmy ludzi czasem nawet 15 metrów, krzycząc: „To
nie reklama!!! To ulotka polityczna!!!”. Poniżające ulotkowanie i
ryzykowne plakatowanie (zawsze o jeden słup za daleko, kiedy spisywała
nas policja) było obowiązkowym chrztem bojowym. Tymi oto sposobami dziś
my, manifa, liczymy 4 tys. os. w mieście stołecznym Warszawie. Dziś
manifują prawie wszystkie większe miasta, a pewnie i ludzie manifują po
domach pojedynczo. Jak dojrzeją, dołączą.
Na co dzień nikt nie widzi w Polsce talibów. Nie czuje atmosfery
reżimu gileadzkiego z feministycznej antyutopii Atwood. Ale to jest.
Tylko w niskim stopniu stężenia. Czy manifa zapobiega zagęszczaniu się
tej atmosfery, lękom, że policjant każe nam założyć majtki i zejść z
fotela ginekologicznego, zabezpieczając nas jako ślad przestępstwa? Czy
bez manif i pikiet LPR-owi udałoby się zmienić konstytucję? Czy łatwiej
byłoby przegłosować ustawę Gowina? Z pewnością tak. Z drugiej jednak
strony duchowni i politycy wciąż tłumaczą kobietom, że są mniej warte
od zapłodnionej komórki jajowej. A one wciąż nie mogą zrozumieć! Takie
głupie są.
Na manifach przemawiały przywódczynie związkowe, gwiazdy filmowe,
działaczki lesbijskie, pisarki. Kobiety, które były ofiarami
molestowania seksualnego, mobbingu, przemocy domowej. Matki walczące o
swoje prawa, posłanki, kombatantki z Powstania Warszawskiego,
profesorki, a nawet emerytowane doktorantki. Manifa świętowała wejście
do Unii Europejskiej, protestując jednocześnie przeciwko handlowaniu
prawami kobiet, które temu towarzyszyło.
Jesteś na manifie i widzisz wokół same znajome twarze. Niedobrze! Zbyt
mało ludzi, smutno jak w rodzinie nuklearnej. Znajomi znikli wśród
nieznajomych? Świetnie! Zaraz kogoś poznasz, zaraz kogoś odnajdziesz,
zaraz na kogoś wpadniesz. Jest bezpiecznie. Wszechpolacy nie będą już
rzucać kamieniami, zdobyli fort Woronicza i tam siedzą. Przybywajcie!
Wręczymy wam „Gazetę Manifową”, która z czasem zastąpi „Wyborczą”.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 7-8 marca 2009.
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...