> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Bożek: Energetyczna rewolucja Drukuj
Jakub Bożek   
21.09.2011

Gdy w latach 70. Stanisław Lem zmęczył się częstymi przerwami w dostawach prądu, postawił na niezależność. Zamontował sobie w domu głośny agregat prądotwórczy z kutra rybackiego i już więcej nie musiał się martwić, że w nocy, gdy będzie chciał coś napisać, zabraknie mu światła. Dziś byłoby mu o wiele łatwiej, bo technologii, które pozwalają się uniezależnić od dużych dostawców energii jest całe mnóstwo. Stawiają na nie nie tylko ekolodzy, coraz więcej ekspertów jest przekonanych, że energetyka rozproszona (źródła mocy rzędu 1 – 5 MW) i prosumencka (źródła mocy mniejsze niż 50 kW) jest najlepszą receptą na nadchodzący kryzys energetyczny.


Idzie ciemność

  

Zgodnie z zapisami traktatu akcesyjnego do 2017 roku powinniśmy zamknąć elektrownie, które nie spełniają środowiskowych standardów Unii Europejskiej. To problem, bo wyprodukowana przez nie energia pokrywa prawie trzecią część zapotrzebowania Polaków. Wprawdzie koncerny energetyczne planują duże inwestycje – w niedawnym raporcie sporządzonym przez ING Bank Śląski i PricewaterhouseCoopers wyliczono, że obecnie realizowane i dopiero planowane projekty dostarczą 14,8 GW mocy – ale nie ma pewności, czy te ambitne plany zostaną zrealizowane. Jest kilka powodów do pesymizmu. Po pierwsze firmy energetyczne nie muszą się trzymać swoich terminów, bo między nimi a państwem nie ma żadnej umowy. Po drugie banki nie palą się do kredytowania, więc trudniej o kapitał. Po trzecie czasu jest bardzo niewiele, a wybudowanie dużej elektrowni systemowej trwa. Dla przykładu elektrownia Bełchatów II jest w budowie już od pięciu lat, ale z powodu problemów przy uruchomieniu próbnym, zacznie działać na dobre dopiero pod koniec 2011 roku. Budowa elektrowni jądrowej trwa jeszcze dłużej, z pewnością nie ma co na nie liczyć przed 2020 rokiem. Elektrownie gazowe mogą wprawdzie powstać szybciej, ale i dla nich cykl budowy jest dość długi – około czterech lat.


Czyżbyśmy sami zapędzili się w kozi róg? W ciągu ostatnich 20 lat nie wybudowaliśmy żadnej nowej elektrowni ani nowego odcinka sieci przesyłowej. Jedynym wyjątkiem jest 150 km linii elektroenergetycznej między Ostrowem a Plewiskami. Jej budowa zajęła 12 lat, a dokończyć ją udało się tylko dlatego, że ktoś sprytnie podpiął tę inwestycję pod plany na Euro 2012. Czy to oznacza, że powinniśmy już zacząć przyzwyczajać się do czytania przy świeczce i powoli sprzedawać komputery i telewizory na Allegro? Pytam o to prof. Krzysztofa Żmijewskiego, specjalisty od energetyki z Politechniki Warszawskiej. Na szczęście sytuacja nie jest aż tak tragiczna. Jest po prostu trudna. Prof. Żmijewski odpowiada, że możemy domknąć bilans energetyczny do 2017 roku, jeśli skorzystamy z trzech pozostałych nam opcji. Możemy zwiększyć efektywność energetyczną, czyli zaspokajać te same potrzeby kosztem mniejszego zużycia energii. Kłopot w tym, że trudno wymagać od koncernów energetycznych, by promowały efektywność, jeśli zyskują na jej braku – w końcu im więcej zużytej energii, tym większe są ich zyski.

  

Tę sytuację może zmienić interwencja państwa. Tak stało się m.in. w Kalifornii, gdzie dostawcy energii zarabiają więcej, gdy sprzedają mniej. W Polsce sprawę mają rozwiązać białe certyfikaty, czyli świadectwa efektywności, które będą przedstawiane Urzędowi Regulacji Energetyki. Oszczędzanie nie zastąpi jednak nowych mocy. Skąd więc brać energię? Moglibyśmy ją importować, ale póki co – jak mówi Żmijewski –  potencjał importu energii to 100 MW, plus kolejne 500 MW, które mogłyby popłynąć przez kabel łączący Polskę ze Szwecją. To zdecydowanie za mało. Przy obecnych sieciach moglibyśmy wprawdzie zwiększyć import energii nawet do 3 tys. MW, ale budowa linii transgranicznych trwa długo i wymaga współpracy międzynarodowych partnerów. Co pozostaje? Energetyka prosumencka i rozproszona, czyli niewielkie źródła energii o mocy od 1 kW do kilku MW, które niemal każdy może zamontować u siebie w domu – od agregatów prądotwórczych wykorzystujących silniki gazowe poprzez małe wiatraki, których wpływ na środowisko byłby niewiększy niż anteny satelitarnej, aż do ogniw fotowoltaicznych o powierzchni kilku metrów kwadratowych. Brzmi niepoważnie? Nie powinno.


I ty możesz mieć elektrownię!

  

Przyzwyczailiśmy się myśleć o energetyce jako o scentralizowanym molochu – kilka dużych elektrowni zapewnia prąd całemu krajowi. Faktycznie odkąd głównymi źródłami energii stały się węgiel, ropa i gaz, ten sposób organizacji sektora był najtańszy i dawał najlepsze rezultaty. Tyle że co najmniej od lat 70. wiadomo, że centralizacja ma też wiele wad – sprawia, że odbiorcy energii stają się podatni na kryzysy polityczne w naftowych mocarstwach, na spekulacje finansowe. Psychicznego komfortu nie poprawia też wielokrotnie przewidywane nadejście peak oil – wprawdzie katastroficzne prognozy jak dotąd się nie sprawdziły, ale przecież każdy przyzna w końcu, że zasoby taniej i łatwej do wydobycia ropy wreszcie się wyczerpią. Do tego dodajmy rzeczywisty problem zmiany klimatycznej i otrzymamy sytuację, w której konwencjonalna energetyka nie wydaje się już ani tak atrakcyjna, ani tania. Być może warto więc zastanowić się nad alternatywą? I to nie tylko dotyczącą źródeł, ale całościowej organizacji energetyki? Trudne położenie Polski daje też szansę na wypróbowanie nowego modelu w praktyce. Tym bardziej, że jak mówi Krzysztof Żmijewski, nowych źródeł mocy nie musielibyśmy budować metodą wielkiego zrywu. Wystarczyłaby konsekwencja, lepsze regulacje prawne, odpowiednie programy rządowe. Już dziś znajdziemy w Polsce wiele przykładów świadczących o tym, że to może się udać.


Katarzyna Teodorczuk z serwisu chronmyklimat.pl – w ramach projektu realizowanego wspólnie z Instytutem na rzecz Ekorozwoju – spędziła większą część ostatniego roku na jeżdżeniu po kraju i odnajdywaniu niekonwencjonalnych źródeł energii, najczęściej stawianych własnymi siłami, za właściwie niewielkie pieniądze. Tak zrobili choćby właściciele gospodarstwa rolnego w Studzionce, miejscowości położonej w województwie śląskim. Zbudowana przez nich, m.in. z silnika diesla, silosu zbożowego i cysterny kolejowej, mikrobiogazownia dostarcza energię elektryczną i ciepło, które w zupełności wystarczają na potrzeby gospodarstwa. Inny przykład na zalety energetyki rozproszonej, choć w większej skali niż w Studzionce, znajdziemy w Kisielicach w warmińsko-mazurskiem. Od końca 2004 roku miasto jest ogrzewane jest ciepłem z kotłowni na słomę, a wkrótce powstanie tam biogazownia, która poza ciepłem będzie też dostarczać prąd. – Dla Kisielic to bardzo korzystne – mówi mi Katarzyna Teodorczuk. – Dzięki temu wzrosło bezpieczeństwo energetyczne miasta. Wcześniej w czasie burzy albo wichury zdarzały się tam wyłączenia, które bardzo przeszkadzały mieszkańcom.


Już po tych dwóch przykładach widać, jakie są zalety energetyki rozproszonej i prosumenckiej. Po pierwsze, małe źródła można uruchomić szybko, a zdobycie finansowania na inwestycję nie jest wielkim problemem – jego źródłem może być kapitał własny albo kredyt. Nie mówimy tu o wielkich pieniądzach, niewielka turbina wiatrowa 1 kW kosztuje nie więcej niż 1 tys. euro, ogniwo fotowoltaiczne o podobnej mocy póki co jest dwukrotnie droższe, ale cena spada o połowę co 5 lat, więc wkrótce i energetyka słoneczna stanie się opłacalna. Po drugie energetyka prosumencka powstaje tam, gdzie jest najbardziej potrzebna, co pozwala na rozwiązanie problemu wykluczenia energetycznego. – Dziś z reguły jest tak – mówi mi Grzegorz Wiśniewski z Instytutu Energetyki Odnawialnej – że im dalej jest się od sieci lub gazociągu i im mniej energii się zużywa, tym więcej się płaci.


Po trzecie, energetyka prosumencka wdrożona na szeroką skalę może zapewnić tyle samo mocy, co program jądrowy – szybciej i zapewne taniej. Po czwarte, dzięki niej rozwinęlibyśmy nową gałąź gospodarki, zwiększyli konsumpcję innowacji i stworzyli nowe miejsca pracy. Już dziś w Polsce mamy około 70 firm produkujących wysokiej klasy kolektory słoneczne. Mamy sprawny sektor elektroniki profesjonalnej, moglibyśmy też produkować części konstrukcyjne. Niekoniecznie więc musielibyśmy importować całą technologię. Z pewnością nie importowalibyśmy usług montażu i serwisu. – To dobry biznes. Mówimy o 4,5 mln dachów, o 6 mln takich instalacji – stwierdza Żmijewski. Obecnie w polskim sektorze energetyki odnawialnej pracuje tylko 20 tys. osób, dla porównania w Danii dwukrotnie więcej, w Niemczech – dwudziestokrotnie. 


Jeszcze jeden wysiłek…

  

By rozwijać energetykę prosumencką i rozproszoną potrzebna jest jednak interwencja państwa. Tymczasem u nas rząd bardziej sprzyja interesom dużych koncernów energetycznych. – Mała energetyka nie priorytetem dla rządu – stwierdza Wiśniewski. – Zresztą nawet w przypadku źródeł odnawialnych łatwiej jest zdobyć finansowanie na duże projekty, co jest niekoniecznie właściwe dla tego rodzaju energetyki. Aby ułatwić sobie życie instytucje dysponujące funduszami unijnymi i ekologicznymi podnoszą minimalną wysokość nakładów inwestycyjnych, od której projekt kwalifikuje się do rządowego wsparcia. Takie dotacje, podobnie jak skomplikowany system zielonych certyfikatów, służą interesom dużych, korporacyjnych producentów energii. Pomimo zapewnień o wsparciu małych i średnich przedsiębiorstw, demonopolizacji i budowie rynku, politycy w znacznej mierze konserwują dotychczasowy przestarzały model energetyki z centralną elektrownia i centralnym planowaniem i utrudniają rzeczywistą i głębszą modernizację.

  

Kolejnym problemem jest brak mikrofinansowania dla prosumentów. Jedynym wyjątkiem jest uruchomiony przez NFOŚiGW program dotacji do kredytów na zakup kolektorów słonecznych dla osób fizycznych i wspólnot mieszkaniowych. To dobry wzór i powinien też zostać wykorzystany w przypadku innych technologii: małych elektrowni wiatrowych, geotermalnych pomp ciepła, małych automatycznych kotłów na pelety lub brykiety, mikrobiogazowni czy małych systemów fotowoltaicznych.


Również prawo nie ułatwia życia potencjalnym producentom energii. Dziś, by sprzedać prąd do sieci, muszą zarejestrować działalność gospodarczą i odprowadzać składki do ZUS. A przecież jeśli ktoś wyprodukuje energii za 1500 zł rocznie, nie można od niego żądać, by płacił 800 zł składek.  W efekcie producenci często oddają prąd do sieci za darmo. Mamy też bardzo skomplikowany system certyfikatów energetycznych, który w przypadku małych producentów warto by zastąpić stałymi cenami albo rozliczeniami netto. Takie rozwiązania funkcjonują np. w Wielkiej Brytanii. Zupełnie osobnym problemem jest brak inteligentnych sieci, które umożliwiłyby pełne wykorzystanie potencjału małych źródeł energii. Dzięki nim można by było zapewnić stabilność dostaw prądu albo ułatwić konsumentom oszczędzanie. Z łatwością można sobie wyobrazić inteligentne liczniki, które uwzględniałyby zmianę cen energii w czasie rzeczywistym i odpowiednio sterowały urządzeniami gospodarstwa domowego. Pralka mogłoby się włączać w godzinach, w których prąd byłby najtańszy. Zresztą w sumie nic nie trzeba sobie wyobrażać, bo takie technologie już istnieją.


Oczywiście, przejście energetyczne na taką skalę jest trudne. Zmiana systemu energetycznego to zawsze duże przedsięwzięcie, o czym przekonująco pisze Vaclav Smil, profesor na Uniwersytecie Manitoby, który bada to, jak energetyka wpływa na społeczeństwo, gospodarkę i politykę. Trudności z przejściem na zdecentralizowaną energetykę odnawialną jest wiele: trudno przewidzieć, kiedy będzie wiał wiatr czy świeciło słońce, ekologiczne paliwa są znacznie uboższe w energię niż ropa naftowa, poza tym zielona energetyka zajmie o wiele większą powierzchnię niż tradycyjna oparta na paliwach kopalnych – źródła odnawialne mają o wiele mniejszą gęstość energetyczną. Dużym problemem jest też infrastruktura, bo aby w pełni skorzystać z możliwości małej energetyki odnawialnej potrzebne są wspomniane wyżej inteligentne sieci wraz z technologiami magazynowania niewykorzystywanej energii – to one są bowiem receptą na nieprzewidywalność wiatru i słońca. Jeszcze większą trudność sprawi skoordynowanie działań milionów ludzi, którzy zamiast po prostu korzystać z energii dostarczanej przez gigantyczne elektrownie mieliby sami zacząć ją produkować.

  

To może być najtrudniejsze zadanie, z którym będziemy musieli się zmierzyć. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy skazani na porażkę. Możemy się uczyć z doświadczeń innych krajów: Wielkiej Brytanii (przygrywką do zdecentralizowania systemu energetycznego było tam wprowadzenie rozliczeń netto), Niemiec (ambitny plan wdrożenia energetyki odnawialnej połączono z wygaszaniem elektrowni jądrowych), Danii (w przeciągu kilkudziesięciu lat Duńczykom udało się rozwinąć energetykę rozproszoną). A jeśli brak nam wiary w zdolność zwykłych ludzi do troski o środowisko, wdrażania nowych technologii czy innowacji w organizacji społecznej, wystarczy przyjrzeć się poczynaniom gminy Kisielice albo poczytać raporty z badań noblistki Elinor Ostrom.


Zresztą, z całym szacunkiem dla piętrzących się przed nami trudności, nie wolno zapominać o szansie, którą obiecuje nowa energetyka. Co nas czeka, gdy zrealizujemy plan? Przełamanie monopolu koncernów energetycznych, nowe miejsca pracy, czystsze środowisko, „gospodarka, jak gdyby człowiek coś znaczył” (by przywołać słowa Ernsta Friedricha Schumachera), samosterowność i upodmiotowienie obywateli. Utopia? Tak, i to bardzo energetyzująca.

  

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
kot   |21.09.2011 23:39:24
Tymczasem jak zwykle,lepsza jest dla nas polityka jak z konstrukcji cepa -atom
i gaz z głupka. Będziemy mieli gaz, zyski zagranicznych koncernów, a nie
inicjatywę i zysk rozproszony na tysiące podmiotów i deficyt dobrej wody, której
i tak u nas brakuje, a za nie długo, będzie droższa od nafty.
Kuba  - europejskie banki publiczne też nie pomagają   |22.09.2011 14:33:08
Bardzo dobry artykuł. Autor kompleksowo podchodzi do perspektyw polskiego
rynku energetycznego.

Jeżeli chodzi o finansowanie polskiego sektora
energetycznego poza funduszami unijnymi istnieje dużo więcej źródeł
finansowanie z Unii Europejskiej. Znaczącą rolę odgrywają na tym polu
europejskie banki publiczne nie oferują jednak zbyt wiele możliwości
finansowania.

Więcej informacji o roli dużych instytucji
finansowych, jak również o planowanych w Polsce inwestycjach węglowcyh
znaleźć można na stronie organizacji pozarządowej Bankwatch (strona w
języku angielskim):

http://bankwatch.org/our-work/projects/coal-fir…
Kuba  - europejskie banki publiczne też nie pomagają   |22.09.2011 14:44:00
Bardzo dobry artykuł. Autor kompleksowo podchodzi do perspektyw polskiego
rynku energetycznego.

Jeżeli chodzi o finansowanie polskiego sektora
energetycznego poza funduszami unijnymi istnieje dużo więcej źródeł
finansowanie z Unii Europejskiej. Znaczącą rolę odgrywają na tym polu
europejskie banki publiczne nie oferują jednak zbyt wiele możliwości
finansowania.

Więcej informacji o roli dużych instytucji
finansowych, jak również o planowanych w Polsce inwestycjach węglowcyh
znaleźć można na stronie organizacji pozarządowej Bankwatch (strona w
języku angielskim):

http://bankwatch.org/our-work/projects/coal-fir…
K   |23.09.2011 15:40:05
Artykuł całkowicie pomija najbardziej kluczową kwestię - kosztu energii dla
odbiorcy!

Jak do tej pory, wszelkie tzw. zielone źródła energii (poza
hydroelektrowniami) są wyraźnie droższe niż węglowe czy gazowe. To że powstają
wynika tylko i wyłącznie z subwencji państwowych - innymi słowy - dopłacamy z
budżetu do producentów sprzętu, żeby w efekcie mieć droższą energię.

Na
elektrowniach wiatrowych zarabiają głównie firmy produkujące do nich sprzęt - a
o ile mi wiadomo to w tej chwili wyłącznie import.

Efekt - z kieszeni
Kowalskiego (poddatki, wzrost cen energii) pieniądze przepływają do zachodnich
firm, lobbujących za "zieloną" energią.
Anonimowy   |25.09.2011 08:19:16
K. uprawia pijar spod małego palca. Liczby proszę!
A także rozważyć skutki
społeczne, ekonomiczne, cywilizacyjne, ekologiczne, zgranie inwestycji w czasie
z włączaniem zdekapitalizowanych bloków….,
analizy porównawcze.
Anonimowy   |25.09.2011 22:55:08
Okazuje się, że energia wiatrowa jest stabilna, co można przeczytać tutaj
http://wyborcza.pl/myodnawialni/1,117391,10292766,
Bedzie_wialo__wiatraki_nie_zawioda.html

O energii prosumenckiej sporo się
słyszy. Brakuje tylko realistycznego poradnika, jak każdy z nas może to
wprowadzić w życie.
fajny chłopak  - no i dobrze   |06.03.2012 22:16:18
O ile rzeczywiście 1kw elektrownia wiatrowa kosztuje 1000 Euro to jest to
opłacalna sprawa i fajnie by było, gdyby jakiś urzędas zabrał się za całą
sprawę i zlikwidował kilka bzdurnych paragrafów. Wiem…. marzenie ściętej
głowy, urzędasy są od produkowania nowych rozporządzeń a nie od ich kasacji. Ale
na początek proponuję chociażby likwidację pozwolenia na budowę wolnostojącego
masztu elektrowni wiatrowej o mocy do 5KW/h. Gdyby to się udało już mógłbym
stawiać swoją elektrownię na własnej działce.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 21.09.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.18982 Seconds