|
Każde pokolenie ma swoją grupę wyrzutków. W każdym pokoleniu istnieją takie osoby, ponieważ każda „zmiana pokoleniowa” oznacza pewne znaczące przekształcenie warunków życia i oczekiwań, które oddala rzeczywistość od oczekiwań ustanowionych przez poprzednie warunki. Te zmiany dewaluują umiejętności, które uprzednio ćwiczono i promowano, co sprawia, że przynajmniej niektórzy spośród nowicjuszy – ci nie dość elastyczni i sprawni, by dostosować się do nowych warunków – okazują się źle przygotowani do poradzenia sobie z nowymi wyzwaniami i bezbronni wobec powstałych napięć. Nie często zdarza się jednak, że trudne położenie spowodowane statusem wyrzutka obejmuje całą generację. Być może właśnie to dzieje się teraz.
W historii powojennej Europy obserwowaliśmy kilka zmian pokoleniowych. Pierwsze było „pokolenie boomu”, po którym przyszły pokolenia nazwane odpowiednio X i Y; całkiem niedawno (aczkolwiek jeszcze przed upadkiem reaganizmu i taczeryzmu) zapowiedziano nieuchronne pojawienie się pokolenia Z. Każda z tych zmian pokoleniowych wyłania się z mniej lub bardziej traumatycznych wydarzeń; w każdym z przypadków dało się zauważyć zerwanie ciągłości i potrzebę, czasami bolesnych, przewartościowań (będących skutkiem zderzenia nabytych/wyuczonych oczekiwań z niedającą się przewidzieć rzeczywistością). Mimo wszystko, patrząc z perspektywy pierwszej dekady XXI wieku, ciężko nie dostrzec, że w porównaniu z trudnymi następstwami niedawnego kryzysu ekonomicznego każde z tych poprzednich przejść między generacjami może równie dobrze wydawać się najlepszym przykładem międzypokoleniowej ciągłości…
Faktycznie, po kilku dekadach rosnących oczekiwań młodzi ludzie wkraczający dziś w dorosłe życie stają wobec ich obniżania się – zbyt szybkiego i gwałtownego, by mieć nadzieję na łagodną i bezpieczną drogę w dół. Na końcu każdego z tuneli, którymi ich przodkowie musieli przechodzić w ciągu życia, świeciło jasne, oślepiające światło. Obecnie mamy do czynienia raczej z długim, ciemnym tunelem ciągnącym się za każdym z kilku mrugających, drżących i szybko gasnących świateł, które próbują na próżno przebić się przez mrok.
Jest to pierwsze powojenne pokolenie borykające się z perspektywą spadku na niższy szczebel społecznej hierarchii. Ich rodzice i dziadkowie byli, w gruncie rzeczy, nauczeni oczekiwać, że ich dzieci będą celowały wyżej i sięgały dalej, niż oni sami byli w stanie się odważyć lub niż pozwalał na to ówczesny system: oczekiwali, że międzypokoleniowe „odtwarzanie sukcesu” będzie trwało i przebijało ich własne osiągnięcia z łatwością równą tej, z jaką oni przebijali osiągnięcia swoich rodziców. Pokolenie rodziców przyzwyczaiło się mniemać, że ich dzieci będą miały większe możliwości wyborów (coraz to atrakcyjniejszych), będą lepiej wykształcone, będą pięły się w górę drabiny edukacyjnej i zawodowej, będą bogatsze i osiągną jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. Punkt dojścia rodziców miał być punktem startu dzieci. Punktem, z którego prowadzi więcej ścieżek – każda w górę. Młodzież z pokolenia właśnie wkraczającego, lub szykującego się do wejścia, na tzw. „rynek pracy” była mocno przygotowywana, by wierzyć, że ich życiowym celem jest przebicie i pozostawienie w tyle osiągnięć rodziców i że zadanie to (znoszące piętno okrutnego przeznaczenia lub ich własnego, niezaprzeczalnie uleczalnego, niedostosowania) jest jak najbardziej w ich zasięgu. Jakkolwiek wysoko mierzyli ich rodzice, oni mierzyli jeszcze wyżej. A przynajmniej wiele wysiłku włożono, by w to wierzyli. Nic nie przygotowało ich na pojawienie się ciężkiego, niegościnnego i nieżyczliwego im nowego porządku, który cechuje się obniżaniem poziomu zarobków, dewaluacją osiągniętych zasług, zamkniętymi drzwiami, niestałością zatrudnienia i trwałym bezrobociem, ulotnością szans i ciągłymi porażkami – nowego świata poronionych projektów, sfrustrowanych nadziei oraz szans jeszcze bardziej dostrzegalnych wskutek ich nieobecności. Ostatnie dekady były czasem niebywałego rozmnożenia wszelkich form wyższego wykształcenia i nieprzerwanego wzrostu liczebności zastępów studentów. Tytuł uniwersytecki obiecywał wyśmienite posady, dobrobyt i splendor: pula gratyfikacji rosła wprost proporcjonalnie do stale poszerzającej się liczby osób z dyplomami. Dzięki koordynacji między popytem a podażą, rzekomo z góry ustalonej, gwarantowanej i niemal automatycznej, trudno było się oprzeć uwodzicielskiej mocy obietnicy. Teraz jednak tłumy uwiedzionych zmieniają się hurtowo i błyskawicznie w zastępy sfrustrowanych. Pierwszy raz za naszych czasów, cały rocznik absolwentów staje przed dużym prawdopodobieństwem, a wręcz pewnością wykonywania dorywczych, tymczasowych, i niestabilnych prac, nieodpłatnych „szkoleniowych” pseudo-prac, kłamliwie przemianowanych na „staże” – wszystko to znacznie poniżej nabytych umiejętności i lata świetlne poniżej poziomu oczekiwań. Albo doświadczą bezrobocia dłuższego, niż zajmie kolejnemu rocznikowi absolwentów dodanie swoich nazwisk do i tak niebywale długiej listy oczekujących na pracę. Społeczeństwo kapitalistyczne, takie jak nasze, nastawione w pierwszej kolejności na obronę i konserwację istniejących przywilejów, a dopiero później (i do tego z mniejszą troską i pieczołowitością) na wyciąganie reszty społeczeństwa z niedostatku, jest bogate w cele, lecz ubogie w środki. Nie istnieje nikt, do kogo rocznik absolwentów mógłby się zgłosić po pomoc i środki zaradcze. Ludzie u władzy – zarówno z prawej, jak i lewej strony sceny politycznej – toczą boje o obronę swoich wciąż silnych wpływów przed nowicjuszami, nadal zbyt słabo prężącymi swe niedorozwinięte muskuły i prawdopodobnie niezainteresowanymi ich prężeniem (aż do następnych wyborów…). Ludzie władzy, podobnie jak my wszyscy, niezależnie od pokoleniowych różnic, mają skłonność do nader gorliwej obrony naszych życiowych wygód przed roszczeniami wysuwanymi przez jeszcze nienarodzone generacje… Zauważywszy, że wśród absolwentów 2010 można dostrzec „złość, nawet nienawiść”, politolog Louis Chavel w artykule opublikowanym 4 stycznia w „Le Monde” zatytułowanym „Les jeunes sont mal partis” pyta, ile czasu zajmie połączenie pretensji Francuzów z pokolenia baby-boomu, rozwścieczonych groźbą utraty świadczeń emerytalnych, z pretensjami absolwentów 2010, którym odmówiono prawa do godnych zarobków. Powinniśmy jednak zapytać: Ale połączenia w co? W nowy konflikt pokoleń? W kolejny wzrost buńczuczności ekstremistów otaczających coraz bardziej strapione i rozlazłe centrum? A może w ponadpokoleniową zgodę, że nasz świat, znany z używania dwulicowości jako podstawowego narzędzia przetrwania i kupowania nadziei, jest już nie do utrzymania oraz w zgodę (tak odłożoną w czasie, że aż zakrawa to o zbrodnię) co do potrzeby odnowy. tłum. Emilia Oksentowicz, Konrad Major Tekst ukazał się pierwotnie w „Social Europe Journal”.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...