> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Bauman: O pokoleniu wyrzutków Drukuj
Zygmunt Bauman   
27.02.2011

Każde pokolenie ma swoją grupę wyrzutków. W każdym pokoleniu istnieją takie osoby, ponieważ każda „zmiana pokoleniowa” oznacza pewne znaczące przekształcenie warunków życia i oczekiwań, które oddala rzeczywistość od oczekiwań ustanowionych przez poprzednie warunki. Te zmiany dewaluują umiejętności, które uprzednio ćwiczono i promowano, co sprawia, że przynajmniej niektórzy spośród nowicjuszy – ci nie dość elastyczni i sprawni, by dostosować się do nowych warunków – okazują się źle przygotowani do poradzenia sobie z nowymi wyzwaniami i bezbronni wobec powstałych napięć. Nie często zdarza się jednak, że trudne położenie spowodowane statusem wyrzutka obejmuje całą generację. Być może właśnie to dzieje się teraz.


488182043_9d85412823_b.jpgW historii powojennej Europy obserwowaliśmy kilka zmian pokoleniowych. Pierwsze było „pokolenie boomu”, po którym przyszły pokolenia nazwane odpowiednio X i Y; całkiem niedawno (aczkolwiek jeszcze przed upadkiem reaganizmu i taczeryzmu) zapowiedziano nieuchronne pojawienie się pokolenia Z. Każda z tych zmian pokoleniowych wyłania się z mniej lub bardziej traumatycznych wydarzeń; w każdym z przypadków dało się zauważyć zerwanie ciągłości i potrzebę, czasami bolesnych, przewartościowań (będących skutkiem zderzenia nabytych/wyuczonych oczekiwań z niedającą się przewidzieć rzeczywistością). Mimo wszystko, patrząc z perspektywy pierwszej dekady XXI wieku, ciężko nie dostrzec, że w porównaniu z trudnymi następstwami niedawnego kryzysu ekonomicznego każde z tych poprzednich przejść między generacjami może równie dobrze wydawać się najlepszym przykładem międzypokoleniowej ciągłości…


Faktycznie, po kilku dekadach rosnących oczekiwań młodzi ludzie wkraczający dziś w dorosłe życie stają wobec ich obniżania się   – zbyt szybkiego i gwałtownego, by mieć nadzieję na łagodną i bezpieczną drogę w dół. Na końcu każdego z tuneli, którymi ich przodkowie musieli przechodzić w ciągu życia, świeciło jasne, oślepiające światło. Obecnie mamy do czynienia raczej z długim, ciemnym tunelem ciągnącym się za każdym z kilku mrugających, drżących i szybko gasnących świateł, które próbują na próżno przebić się przez mrok.

 

Jest to pierwsze powojenne pokolenie borykające się z perspektywą spadku na niższy szczebel społecznej hierarchii. Ich rodzice i dziadkowie byli, w gruncie rzeczy, nauczeni oczekiwać, że ich dzieci będą celowały wyżej i sięgały dalej, niż oni sami byli w stanie się odważyć lub niż pozwalał na to ówczesny system: oczekiwali, że międzypokoleniowe „odtwarzanie sukcesu” będzie trwało i przebijało ich własne osiągnięcia z łatwością równą tej, z jaką oni przebijali osiągnięcia swoich rodziców. Pokolenie rodziców przyzwyczaiło się mniemać, że ich dzieci będą miały większe możliwości wyborów (coraz to atrakcyjniejszych), będą lepiej wykształcone, będą pięły się w górę drabiny edukacyjnej i zawodowej, będą bogatsze i osiągną jeszcze większe poczucie bezpieczeństwa. Punkt dojścia rodziców miał być punktem startu dzieci. Punktem, z którego prowadzi więcej ścieżek – każda w górę.

 

Młodzież z pokolenia właśnie wkraczającego, lub szykującego się do wejścia, na tzw. „rynek pracy” była mocno przygotowywana, by wierzyć, że ich życiowym celem jest przebicie i pozostawienie w tyle osiągnięć rodziców i że zadanie to (znoszące piętno okrutnego przeznaczenia lub ich własnego, niezaprzeczalnie uleczalnego, niedostosowania) jest jak najbardziej w ich zasięgu. Jakkolwiek wysoko mierzyli ich rodzice, oni mierzyli jeszcze wyżej. A przynajmniej wiele wysiłku włożono, by w to wierzyli. Nic nie przygotowało ich na pojawienie się ciężkiego, niegościnnego i nieżyczliwego im nowego porządku, który cechuje się obniżaniem poziomu zarobków, dewaluacją osiągniętych zasług, zamkniętymi drzwiami, niestałością zatrudnienia i trwałym bezrobociem, ulotnością szans i ciągłymi porażkami – nowego świata poronionych projektów, sfrustrowanych nadziei oraz szans jeszcze bardziej dostrzegalnych wskutek ich nieobecności.

 

Ostatnie dekady były czasem niebywałego rozmnożenia wszelkich form wyższego wykształcenia i nieprzerwanego wzrostu liczebności zastępów studentów. Tytuł uniwersytecki obiecywał wyśmienite posady, dobrobyt i splendor: pula gratyfikacji rosła wprost proporcjonalnie do stale poszerzającej się liczby osób z dyplomami. Dzięki koordynacji między popytem a podażą, rzekomo z góry ustalonej, gwarantowanej i niemal automatycznej, trudno było się oprzeć uwodzicielskiej mocy obietnicy. Teraz jednak tłumy uwiedzionych zmieniają się hurtowo i błyskawicznie w zastępy sfrustrowanych. Pierwszy raz za naszych czasów, cały rocznik absolwentów staje przed dużym prawdopodobieństwem, a wręcz pewnością wykonywania dorywczych, tymczasowych, i niestabilnych prac, nieodpłatnych „szkoleniowych” pseudo-prac, kłamliwie przemianowanych na „staże” – wszystko to znacznie poniżej nabytych umiejętności i lata świetlne poniżej poziomu oczekiwań. Albo doświadczą bezrobocia dłuższego, niż zajmie kolejnemu rocznikowi absolwentów dodanie swoich nazwisk do i tak niebywale długiej listy oczekujących na pracę.

 

Społeczeństwo kapitalistyczne, takie jak nasze, nastawione w pierwszej kolejności na obronę i konserwację istniejących przywilejów, a dopiero później (i do tego z mniejszą troską i pieczołowitością) na wyciąganie reszty społeczeństwa z niedostatku, jest bogate w cele, lecz ubogie w środki. Nie istnieje nikt, do kogo rocznik absolwentów mógłby się zgłosić po pomoc i środki zaradcze. Ludzie u władzy – zarówno z prawej, jak i lewej strony sceny politycznej – toczą boje o obronę swoich wciąż silnych wpływów przed nowicjuszami, nadal zbyt słabo prężącymi swe niedorozwinięte muskuły i prawdopodobnie niezainteresowanymi ich prężeniem (aż do następnych wyborów…). Ludzie władzy, podobnie jak my wszyscy, niezależnie od pokoleniowych różnic, mają skłonność do nader gorliwej obrony naszych życiowych wygód przed roszczeniami wysuwanymi przez jeszcze nienarodzone generacje…

 

Zauważywszy, że wśród absolwentów 2010 można dostrzec „złość, nawet nienawiść”, politolog Louis Chavel w artykule opublikowanym 4 stycznia w „Le Monde” zatytułowanym „Les jeunes sont mal partis” pyta, ile czasu zajmie połączenie pretensji Francuzów z pokolenia baby-boomu, rozwścieczonych groźbą utraty świadczeń emerytalnych, z pretensjami absolwentów 2010, którym odmówiono prawa do godnych zarobków. Powinniśmy jednak zapytać: Ale połączenia w co? W nowy konflikt pokoleń? W kolejny wzrost buńczuczności ekstremistów otaczających coraz bardziej strapione i rozlazłe centrum? A może w ponadpokoleniową zgodę, że nasz świat, znany z używania dwulicowości jako podstawowego narzędzia przetrwania i kupowania nadziei, jest już nie do utrzymania oraz w zgodę (tak odłożoną w czasie, że aż zakrawa to o zbrodnię) co do potrzeby odnowy.

 

tłum. Emilia Oksentowicz, Konrad Major 

 

Tekst ukazał się pierwotnie w „Social Europe Journal”.

Komentarze
Dodaj nowy
jacinto  - niezły artykuł   |28.02.2011 21:46:38
Zgadzam się z autorem. W zasadzie to obecna sytuacja była do przewidzenia. W
końcu od dłuższego czasu to co było kiedyś elitarne i dostępne dla niewielu,
czyli wyższe wykształcenie, spowszedniało i straciło na wartości. Autor widzi
przyczynę w indywidualnej ambicji, żeby dojść dalej niż rodzice. Ja dostrzegam
winę w działaniu państwa, które w celu poprawienia sobie statystyk daje
pieniądze na kształcenie kolejnych zastępów coraz słabiej wykształconych
magistrów. A wystarczyłoby, żeby studia były płatne, a studenci musieliby
opłacić ubezpieczenie zdrowotne oraz nie mieliby zniżek. Rola państwa
sprowadzałaby się do wypłacania stypendiów dla dobrze uczących się studentów
oraz uczniów. No i wtedy na roku byłoby znacznie mniej studentów, za to byliby
lepiej wykształceni. I problem z głowy!!!
Artur Wieczorek   |01.03.2011 02:58:47
Bauman jak zwykle bezbledny. To jest w 100% doswiadczenie moje i mojego
rocznika. Jak ten czlowiek jest w stanie zdiagnozowac wspolczesna sytuacje
mlodych dwudziestolatkow w calej Europie bedac tak oddalonym od nich wiekowo,
majac zupelnie inne doswiadczenia? Jest w tym pierwiastek geniuszu.
ckalita  - wykorzystać diagnozę Baumana - nie jęczeć   |01.03.2011 08:31:44
Problem leży więc nie w państwie, które jest jakąś emancja oczekiwiań
społecznych (rodziców) i nie jest nowy - to Oświecenie wymysliło
"nadzieję", że wystarczy dać ludziom wykształcenie, wydobyć z przesądów
a wszystkie problemy społeczne znikną. Oczywiscie nie zniknęły, ale wytworzyły
nowe (ludzi wykształconych) i nowe przesady (wykształcenie coś gwarantuje).
Trzeba przestac wierzyc w linearny swiat (prostych zwiazków
przyczynowo-skutkowych), a zaczac mysleć sieciowo (może okazać się to też
mitem), czyli powiekszac kapitał społeczny (budowac relacje zaufania z innymi -
jedyne co pewne w niepewnym), poszerzać osobowość, kształtować charakter, szukać
wiedzy (tez wykształcenia). Mimo poprawnej diagnozy Baumana, nie mozna się
zatrzymać - mimo że światełka są migotliwe trzeba biec w ich kierunku, zanim
zgasna, aby dobiec do kolejnych, które na moment się zapalają. Opisu naszego
świata Bauman dokonał - wykorzystajmy go, to nie jest pesymistyczna wizja, tylko
zwyczajnie inny (nowy) świat.
Czetnik  - Co w tym dziwnego ?   |01.03.2011 09:02:33
Co w tym dziwnego ? Jak się kończy jakieś politologie, socjologie itp.
humanistyczne badziewia, to się nie ma czemu dziwić. Pracodawca potrzebuje
specjalisty na stanowisku a nie pretensjonalnego absolwetna. Mówią prościej:
trzeba było iść na techniczne studia, albo być nastawionym na pracę na zmywaku.
Życie… !
wojtek j  - a może rewolucja?   |01.03.2011 10:36:12
A może by tak mała rewolucja zmieniła nieco sytuację? W zasadzie dlaczego
państwo nie kontroluje w żadnym zadowalającym stopniu to, co ma? Wyjdźmy od
założenia, że deficyt finansów publicznych jest niedopuszczalny, a każdy budżet
ma mieć zaplanowaną nadwyżkę, którą w następnym roku możnaby przeznaczyć na
oddłużenie bądź przyśpieszenie inwestycji. Nie dajmy się zwariować, odpłatność
za studia samych studiów nie zmieni tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Bez
współpracy uczelni z lokalnym rynkiem pracy i reformy edukacji na szczeblu szkół
średnich (tak, by maturzysta miał nie tylko maturę, ale i ze dwa zawody w ręku)
nasze uniwerki nadal będą pół wieku za rzeczywistością. Dorzućmy do tego jeszcze
informatyzację administracji, uproszczenie prawa, zakaz pracy na etacie dla
emerytów i może mielibyśmy w końcu coś na kształt Szwecji.
Póki co: niech żyje
rewolucja!
Bo czy absolwenci przeżyją skutki nie-rządów poprzedniego pokolenia
to już inna sprawa…
andriej  - Polska młodzież już to przerabiała po 2000 roku   |01.03.2011 12:02:33
Po naszym przystąpieniu do UE mielismy masowy exsodus młodzieży na Zachód.
Sytuacja młodzieży w Polsce była wówczas dużo gorsza. Nasz kraj miał najwyższe
bezrobocie w UE. I praktycznie brak szans na robotę dla absolwentów studiów.
Doświadczyłem tego na własnej skórze: obroniłem pracę mgr w 2003 roku,a rok
później tylko 6 osób z mojej 22 osobowej grupy miało pracę!! Kiedy wyjechałem to
w Londynie spotykałem setki polskim magistrów myjących gary w
restauracjach-prawników i inżynierów również (na prawdę nie wiem ilu, ale
podejrzewam,że góra kilku procentom ludzi z wykształceniem udało się dostać do
pracy w ich zawodzie). Potem część emigrantów chciała wrócić do Polski, bo
wmawiano im,że zdobyli nowe doświadczenia, że nauczyli się języków i że
pracodawcy przyjmą ich z otwartymi rękoma (do wyjazdów bardzo zachęcała np. GW).
Ale tu ich też nikt niechciał-wszyscy już zanają chyba tę historie (i GW zaczęła
pisać o "Straconym pokoleniu").
Tak na prawdę to w tym temacie mamy
teraz większe doświadczenie niż Grecy, Anglicy, czy Hiszpanie:). Tylko,że my
wtedy rozjechaliśmy się po świecie zamiast zrobić rewolucję w Polsce i zmusić
rząd do istotnych zmian!
Stanisław Krawczyk  - Do Czetnika   |01.03.2011 20:37:24
Nie zgadzam się, problemem nie jest sam fakt pójścia na humanistyczne studia.
Być może potrzeba po nich nieco więcej szczęścia, żeby dostać dobrą pracę
(pamiętajmy, że "dobrą" nie musi znaczyć "płatną lepiej niż praca
sąsiada"); nie chcę też powiedzieć, że każdy, kto ma kłopoty z jej
znalezieniem, zmarnował swoją szansę. Ale bardzo wielu absolwentów naprawdę ją
marnuje, nie wykorzystując czasu studiów wystarczająco dobrze.

Mam znajomego,
który po socjologii prowadzi różne treningi i zarabia sporo. Znam młodego
doktora filologii klasycznej, który od lat prowadzi szkolenia dla informatyków
(zdecydowanie niefilologiczne) i też raczej nie narzeka na zarobki.

Natomiast,
owszem, znam też osobę po studiach humanistycznych, której nie zarzuciłbym złego
wykorzystywania czasu, a której jednak z pracą się nie udało. Ale to znaczy
tylko tyle, że takie studia nie dają gwarancji. Nie znaczy to, że nie dają
żadnej szansy.
Ola  - re: Co w tym dziwnego ?   |02.03.2011 07:25:11
Czetnik napisa?:
Co w tym dziwnego ? Jak się kończy jakieś politologie, socjologie itp.
humanistyczne badziewia, to się nie ma czemu dziwić.
Pracodawca potrzebuje specjalisty na stanowisku a nie pretensjonalnego
absolwetna. Mówią prościej: trzeba było iść na techniczne studia, albo
być nastawionym na pracę na zmywaku. Życie… !


Baumann jest socjologiem……
eurypides77   |03.03.2011 00:01:42
@Stanislaw Krawczyk

Nie zgadzam sie do konca z pana diagnoza. Owszem, to
czy ktos wykorzysta studia czy tez nie moze wplywac na jego jednostkowe szanse
znalezienia dobrej pracy, ale nie na ogolna sytuacje na rynku pracy.

Problem
polega na tym, ze w danej chwili w danej gospodarce/spoleczenstwie jest mniej
wiecej sztywne zapotrzebowanie na okreslona liczbe prawnikow, dentystow,
kierowcow, hydraulikow itp. Jezeli szkoly wyprodukuja w takiej sytuacji wieksza
liczbe osob danego zawodu niz wynika z zapotrzebowania, oczywistym jest ze czesc
tych osob pracy w zawodzie nie znajdzie i bedzie klepala biede.

W takiej
sytuacji prace znajda najlepsi - i tu "wykorzystanie studiow" sie przyda
- ale "najgorsi" ktorzy jej nie znajda nadal moga byc bardzo dobrze
wyksztalceni, w sensie obiektywnym, ale im to nie pomoze jesli beda gorsi od
innych w sensie relatywnym.

Dlatego tez trzeba sie zastanowic czy obecny
system szkolnictwa nie tworzy przeswiadczenia, ze majac "papierek"
natychmiast znajdziemy dobra prace - a tak nie jest.
Stanisław Krawczyk  - @eurypides77   |03.03.2011 19:57:15
Słusznie, z powodu jakiegoś chochlika technicznego zabrakło w moim komentarzu
dopisku:

"Inna rzecz, że studentów na kierunkach humanistycznych jest o
wiele za dużo, a wzbijający się ku niebu współczynnik skolaryzacji to jedna z
najgroźniejszych fikcji polskiego szkolnictwa wyższego".

Myślę więc, że się
zgadzamy, i pozdrawiam!
Nick  - Samo sedno   |03.03.2011 21:55:39
Zgadzam sie z jednym z postow wyzej - samo sedno. Przekonuje sie na wlasnej
skorze :(
andriej  - re: Rynek jest nieprzewidywalny   |04.03.2011 00:37:15
eurypides77 napisa?:
@Stanislaw Krawczyk

Dlatego tez trzeba sie zastanowic czy obecny
system szkolnictwa nie tworzy przeswiadczenia, ze
majac "papierek" natychmiast znajdziemy dobra prace - a tak
nie jest.


Oczywiście!
To wszystko mity i slogany. Moim zdaniem system szkolictwa
odstaje od rzeczywistości, ale nie sądzę żebyśmy byli kiedykolwiek
dokładnie przewidzieć jakich specjalistów będzie nam w Polsce trzeba
za powiedzmy 5 lat. Pamiętam modę na zarządzanie i marketing-wiadomo
jak to się skończyło. Teraz mamy mody na budownictwo, informatykę,ale na
dobrą sprawę nie wiadomo ilu
takich specjalistów będzie w
przyszłości potrzeba. (Moi koedzy którzy kończyli budownictwo zaraz po 2000
roku w większości borykali się ze znalezieniem pracy długi czas. Wielu
z nich się poddało i zaczęło zajmować się róznymi innymi rzeczami-a teraz,
po 10 latach już dla nich powrotu o do zawodu nie ma ..). Znam co
najmniej kilku inżynierów różnych specjalności którzy też się poddali i
sprzedają dziś np. ziemniaki albo pracują na budowach w Anglii.

Widzę,że to nie tylko Polski problem.W Anglii gdzie zawód hydraulika jest
bardzo dobrze opłacany (podobnie jak lekarza) to szkoły kształcące w
tym zakresie pękają dzisiaj w szwach. Ci chłopcy nie dostaną jednak pracy
jako hydraulicy-a nawet jeśli- to za o wiele mniejsze pieniądze niż
się spodziewają.
Kto mi na prawdę powie kogo w Polsce będzie nam
brakowało w przyszłości? Rynek jest do końca nieprzewidywalny i takie
prognozy są dla mnie równie śmieszne jak np. wypowiedzi
enmistów
obwieszczejących umocnienie czy też osłabienie jakiejś waluty
w najbliższych dniach(kiedy jak to możemy łatwo zaobserwować te
pronozy po prostu się nie sprawdzają!).
rs_  - Czytam jakiś inny tekst?   |04.03.2011 01:32:23
Czemu moi przedpiścy tak skupiają się na edukacji? Przecież problemem nie jest
sama edukacja, ale wspomniany "nowy porządek". Uzyskiwanie lepszego
wykształcenia permutuje tylko starających się o pracę osobników, ale nie zmienia
oferty, jaką świat ma wobec nich jako całości. A to przecież o tym jest artykuł
Baumana.
ckalita  - Oczekujmy od rodziców, bo oni oczekują od nas   |04.03.2011 09:54:45
Młode pokolenie jest na przegranej pozycji. Po pierwsze nie sprosta oczekiwaniom
rodziców, którzy zrobili wszystko dla niego - dali przecież wykształcenie,
którego sami często nie mieli. Ale to początek problemów. Drugie oczekiwanie
polega na tym, że zarobi na emerytury rodziców - z wdzięczności będzie
utrzymywało starszych. Ale jak stażysta ma utrzymać 2 emerytów? Jak
"pokolenie 1000" (to zarobek na jaki może liczyć) ma utrzymać siebie,
gdy starcza tylko na mieszkanie, życie i skromne balowanie. Nie dość, że nie
utrzyma emerytów, to nie może utrzymać nawet swoich dzieci (dlatego nie będzie
ich miało, albo ograniczy ich liczbę).
Narastał będzie konflikt pokoleń. Czy z
tej sytuacji jest wyjście? Cudu nie ma co się spodziewać. Nastąpi rozwarstwienie
społeczeństwa, na tych co mają wszystko i na tych co maja niewiele. Jednak ci
ostatni nie zostaną pozbawieni nadziei, ale zaakceptują swoją sytuację. Tak
naprawdę powracamy do modelu, w którym była jakaś forma arystokracji (elit) i
cała reszta, która konkuruje miedzy sobą. Za tymi z elity będzie stała cała
tradycja, silna rodzina, edukacja (dobra, a nie tylko formalna), itd.
Mergiel   |04.03.2011 16:43:18
Obecne młode pokolenia Europejczyków mają niespotykane dotąd w historii
możliwości kształcenia się. Przecież to nie jest mało? Skąd więc taka bierność?
Czy potrzebna jest jeszcze niańka do wprowadzania tych przerosłych dzieciaków w
życie?
Edukacja jest tylko narzędziem, tak jak klucz francuski hydraulika,
trzeba się nią jeszcze umieć i chcieć posługiwać. Hydraulik musi sobie ten klucz
kupić dlatego go szanuje i uważa aby był odpowiedniej jakości, dlatego również
student powinien przynajmniej w części za swoje studia zapłacić. Obecnie
pieniądze marnuje się na sponsorowanie bezproduktywnych studiów, które są przez
młodzież wybierane na zasadzie okresowej mody (np. teraz jest architektura, a
była psychologia).
Zupełnie zapomina się, że decydującą rolę w równym dostępie
do nauki odgrywa poziom nauki w szkole podstawowej, gimnazjum i
średniej.Likwidacja szkół i stłaczanie uczniów w co najmniej
trzydziestoosobowych klasach jest tego przykładem. Właściwa edukacja zaś odbywa
się na korepetycjach.
Zawsze było jest i będzie niedostosowanie oczekiwań do
rzeczywistości, ale to jest po prostu motor postępu, człowiek widzi, że to co
jest nie odpowiada temu, co w-g niego powinno być, bierze się do roboty i
działa. Dokonywał by jednak bardziej racjonalnego wyboru swojej drogi życiowej
gdyby musiał, tak jak mechanik za swój warsztat,za swoje wykształcenie wyższe
zapłacić.
Z drugiej strony trzeba przyznać, że korporacje i związki zawodowe
pilnują elitarności reprezentowanych przez siebie zawodów i nie ma wolnego rynku
pracy. Nie mniej jednak uderzanie w patetyczny ton i mówienie o "straconym
pokoleniu" uważam, za niestosowne i zakrawa na myślenie depresyjne na co
polecam prozac.
Pozdrowienia Mergiel
Blachovsky  - kontra Mergiel   |07.03.2011 00:10:30
Cytat:
Edukacja jest tylko narzędziem, tak jak klucz francuski hydraulika,
trzeba
się nią jeszcze umieć i chcieć posługiwać.

Kluczem by była taka edukacja ,która jakkolwiek wpasowuje się w warunki
realiów.Daje się wykorzystać po za uczelnianym akwarium.To się tyczy
dokładnie w tym samym stopniu płatnej jak i bezpłatnej edukacji (płatnej w
podatkach).Ci co wykorzystali "klucz francuski" o
jakim piszesz wykorzystali najczęściej swoje pasje zrobili by to nawet
bez skończenia studiów i nie sądzę by to one im pomogły w jakiś
znaczący sposób.
Cytat:
Obecnie
pieniądze marnuje się na sponsorowanie bezproduktywnych studiów,
które są przez
młodzież wybierane na zasadzie okresowej mody

Jakby naród był wybitnie uzdolniony w dziedzinach ścisłych tudzież
technicznych i z uczelni by wychodzili sami inżynierowie i medycy
miałbyś dokładnie tą samą sytuacje co teraz.Prawo podaży i popytu by
wyrzuciło za nawias znaczną część tych tęgich umysłów tak jak dziś wyrzuca
tych z przeciwnej strony barykady.
Cytat:
Zawsze było jest i będzie niedostosowanie oczekiwań do
rzeczywistości, ale
to jest po prostu motor postępu, człowiek widzi, że to co
jest
nie odpowiada temu, co w-g niego powinno być, bierze się do roboty
i
działa. Dokonywał by jednak bardziej racjonalnego wyboru swojej
drogi życiowej
gdyby musiał, tak jak mechanik za swój warsztat,za
swoje wykształcenie wyższe
zapłacić.

Jeżeli Twoim zdaniem postęp ten postęp szeroko rozumiany buduje się na
fałszywej obietnicy no to "gratuluje" poglądów i życiowego
cynizmu. 
Jeszcze te związki zawodowe Polska dajmy na to ma jeden z
najniższych stopni uzwiązkowienia w Europie.Jakoś nie widzę by to była
znacząca grupa wpływów.W Stanach ,które często podaje się za
wzór kapitalizmu związki zawodowe są drugą siłą oddziaływania ,wpływu
na rządzących zaraz po lobbystach z dużych korporacji.
Argument
o elitarności związków jest mocno wyświechtany.
viking   |07.03.2011 01:42:48
@ Mergiel

Czyli mamy argument z gatunku ,,wojna pokoleń". Młodzi ludzie
po prostu sami są sobie winni, jeśli nie mają pracy.
Owszem, nie jestem
radykalnym socjalistą, który zawsze za wszystko wini warunki zewnętrzne a nigdy
jednostki.
Ale ta "analiza" jest wyjątkowo słaba.
Po pierwsze dlatego,
że sytuacja Europejczyków nie jest dokładnie identyczna jak sytuacja Polaków.
Młodzi ludzie w krajach postkomunistycznych mają dziś mentalność podobną do tej
młodych Niemców z lat 60. czy 70. Chcą się kształcić i czegoś dokonać.
Po
drugie,jeżeli uniwersytety przyjmują setki ludzi np. na Psychologię, to są
współodpowiedzialne za nadprodukcję ekspertów w tej dziedzinie. Młody człowiek
może odczuwać chęć wykonywania tego zawodu, bo to zawód ciekawy i czasem też
dobrze płatny . Nie musi wiedzieć, że jego szanse zaistnienia w nim są małe.
18,19 lat to czasem trochę za mało aby przewidywać wszystkie realia rynku. To
uniwersytety ponoszą odpowiedzialność za to, że tworzą zbyt duże wydziały. I to
już dziś się dzieje, właśnie na zasadzie rynkowej. Takie wydziały jak
psychologia, ekonomia czy architektura mają całe mnóstwo studentów wieczorowych,
zaocznych itp., których przyjmuje się bądź ile po to, żeby finansowali
uniwersytet.

Jak już pisałem, nie jestem radykalny. Nie mówię płatnym
uniwersytetom "nie" z zasady. Ale denerwuje mnie taki argument, że
,,gdyby młodzi ludzie sobie płacili, to mieliby więcej rozumu". A może
ewentualnych zalet takiego systemu należałoby szukać gdzie indziej ? Może np. w
tym, że profesorowie/ doktorzy musieliby zrozumieć, iż wiedza jaką się dzielą
jest "towarem" i nie może być przedatowana i musi być rzetelna ?
Nikodem   |07.03.2011 03:43:47
@Blachovsky: Masz rację - kierunek studiów to sprawa drugorzędna.
Istotniejszym jest jasne stwierdzenie, że "nam tylu magistrów
nie potrzeba". I tyle.

Niestety, ale cały czas pokutuje mit, o tym jakoby trzy literki przed nazwiskiem były amuletem ochronnym
przeciwko bezrobociu. I od lat nie ma odważnego, który by powiedział, że
tak nie jest. Miast tego wymyśla się najróżniejsze wynalazki
"odpowiednio" kierujące kształceniem. No co? HDI rośnie więc jest
OK - no nie?

A to, że będziemy mieć kasjerki po geografii,
hydraulików - inżynierów budownictwa, czy pracowników call center z
tytułami z historii sztuki?

Kiedyś przeczytałem u Suworowa
kapitalną anegdotkę (przytaczam z pamięci):

Podczas kopania rowów
rozprawiało dwóch "radzieckich ludzi". Jeden pełen wiary w
świetlaną przyszłość systemu, drugi… powiedzmy, że bardziej
sceptyczny.

(p): Nauka i elektryfikacja to przyszłość!
(d): Mhm.
Elektryfikacja to rozumiem. A nauka?
(p): No jak to? Pomyśl sobie
- dzieci będą się uczyć, później pójdą na studia…
(d): No i?
(p): No
i znajdą sobie dobrą robotę! Posiedzą w jakimś biurze, a nie, jak
my, będą rowy kopać.
(d): Acha. I co - i wszyscy tak pójdą na
studia?
(p): Wszyscy!
(d): Acha. To powiedz mi tylko - kto te rowy będzie
kopał?
Spokojny   |07.03.2011 04:05:44
Problem frustracji osób z wyższym wykształceniem w ogóle nie ma charakteru
ekonomicznego. Nie wiąże się też z profilem kształcenia, jak by sugerowali ci,co
radzą humanistom wziąć się za coś praktycznego. To niczego w istocie nie
zmienia. Problem o którym mowa tworzy sama logika i wystarczy trochę zdrowego
rozsądku żeby zrozumieć, że jest on absolutnie nierozwiązywalny. Bo tkwi w
naszych głowach. Co to bowiem znaczy "wyższe wykształcenie"? Od
kogo/czego ono jest wyższe? W pierwszym pokoleniu mamy nieliczna grupę ludzi
wykształconych znacznie lepiej niż reszta. Odcinaja oni od swego wykształcenia
kupony, bo ich pozycja jest wybitna. Stanowią nieliczną grupę. Są wyjatkowi. No
więc oczywiście w kolejnym pokoleniu każdego z nich naśladuje entuzjastycznie co
najmniej półtora tysiąca ludzi przekonanych że jeśli zrobią dziś to samo co on
zrobił wczoraj to efekt będzie taki sam, jaki obserwują u niego. Nie biorą przy
tym pod uwagę, że wielu innych wpada na taki sam pomysł i "wyższe"
przestaje już być wyższe a staje się po prostu średnie. Wykonali gigantyczną
prace by się wspiąć wyzej niż inni,tyle, że wykonali ja prawie wszyscy więc w
efekcie wszyscy stoją w tym samym miejscu.
Po co jest "wyższe"
wykształcenie? No między innymi po to, żeby mieć "wyższe" zarobki. Ale
wyższe niż ma kto? Jak liczna może w społeczeństwie być grupa osob które będa
mieć wyższe zarobki niż reszta? W wartościach bezwzględnych nawet najbardziej
beznadziejne zarobki dzisiejsze dają więcej dostępu do dóbr niż można było sobie
wyobrazić kiedyś. Kolorowy telewizor moze mieć dziś kazdy pracownik TESCO. 30
lat temu był dobrem superluksusowym. Klopot w tym, że my nie chcemy mieć
kolorowego telewizora, ale kolorowy telewizor taki_jakiego_nikt_nie_ma. Ma być
"wyższy" jak nasze "wyższe" z takim trudem zdobyte
wykształcenie. No i w tym problem - nie mogą mieć wszyscy "wyższego" i
na tym zyskiwać, bo to taki sam logiczny nonsens jak wyprowadzenie wszystkich
składek przyszłych emerytów na giełdę w nadziei, ze w ten sposób powstanie
wyższa wartość emerytur. Ktoś kto tak rozumuje zapomina o podstawowej zasadzie -
każda wartość powstaje jedynie w relacji do innych wartości. Nie istnieje bez
tła.
biotechnolog  - kierunki i płatności   |18.06.2011 23:51:01
owszem zgadzam się, że studia są zbyt dostępne bo tak naprawdę teraz trzeba
bardzo "nie chcieć" żeby na studia się nie dostać. jednak nie sadzę żeby
płatne studia rozwiązały cokolwiek, raczej pogłębią tylko jeszcze rozwarstwienie
bo szkoła nie będzie dla zdolnych tylko dla bogatych, a dokładnie z bogatymi
rodzicami. są kierunki na których nie da się pogodzić pracy i studiów, albo
odbywa się to takim kosztem, że po studiach jest się wrakiem. zresztą osobiście
chciałabym korzystać z usług lekarza, który jest zdolny, chce mu się uczyć a nie
takiego, któremu tatuś zapłaci. a co do ścisłych kierunków czy technicznych to
na moje oko nasz kraj i tak do nich nie dorasta - np. moja "wymarzona"
biotechnologia - ilość komercyjnych przedsiębiorstw związanych z tą dziedziną
można na palcach zliczyć. ale jest to kierunek ostatnimi czasy dofinansowany
przez państwo, który płaci ludziom, którzy po studiach trafią prosto do
najbliższego PUPu.

a nawiązując bezpośrednio do artykułu i wszystkich
pochlebnych o nim opinii. co on tak naprawdę wnosi? jakieś nowe informacje?
jakieś niesamowite spostrzeżenia? jak jest każdy widzi, a nawet przeżywa taką
właśnie sytuacje i nie sadzę żeby czytanie o tym komuś poprawiło humor. artykuł
daje tylko ZŁUDZENIE bycia rozumianym. nasz Donuś tego i tak nie przeczyta a
nawet jeśli nie sądzę żeby go to obeszło…
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 27.02.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.27025 Seconds