|
Frank Rich, czołowy publicysta „New York Timesa”, zauważył w jednym z ostatnich numerów tej gazety, będącej głosem liberalnej Ameryki: „W roku 1956 równość ekonomiczna wydawała się w zasięgu ręki, przynajmniej szeroko pojętej klasy średniej. Poczucie, że ekonomiczna i społeczna ruchliwość jest osiągalna dla wszystkich poszukujących…”. Przypomina to czytelnikom, nie sądząc, by pamiętali, że takie były nastroje w Ameryce 55 lat temu.
Co do dzisiejszej amerykańskiej klasy średniej, Rich zadaje czysto retoryczne pytanie: „Jak wielu Amerykanów z klasy średniej obecnie wierzy, że ich możliwości są nieograniczone, jeżeli tylko pracują wystarczająco ciężko? Jak wielu ma nadzieję, że kapitalizm da im uczciwą szansę?” W sensie: jak wielu Amerykanów zdołało zachować i ocalić przed uwiądem dawną ufność, tak silną zaledwie pół wieku temu - wiarę w „równe szanse awansu społecznego” lub „nadejście równości”, „zbliżanie się równości”, „równość na wyciągnięcie ręki”… Retoryczne jest to w istocie pytanie, gdyż Rich może polegać na odpowiedzi: „niewielu”, udzielonej przez czytelników bez wahania. To właśnie, z grubsza biorąc, stało się ze snem klasy średniej o tym, „że każdy może się dostać to Frontierlandu, jeśli tylko wystarczająco mocno się postara, i że marzeń nie zniweczy wynajęcie Tomorrowlandu na prywatne przyjęcie [1].
Dzień wcześniej inny publicysta „New York Timesa”, Charles M. Blow, odnotował najnowsze dane statystyczne: „Według National Center for Children in Poverty 42% amerykańskich dzieci wychowuje się w gospodarstwach domowych o niskim dochodzie, a co piąte dziecko – w żyjących w biedzie. Sytuacja się pogarsza: liczba dzieci żyjących w biedzie wzrosła o 33% względem roku 2000, gdy w tymże czasie populacja dzieci w ogóle zwiększyła się jedynie o około 3%. Według raportu UNICEF z 2007 roku dotyczącego ubóstwa dzieci Stany Zjednoczone zajęły ostatnią pozycję wśród 24 najbogatszych krajów. A reakcje na ten problem są w pewnych kręgach zabarwione klasowo i rasowo: żadnych nowych świadczeń dla ciemnoskórych, którzy dokonali złych wyborów i nie byli na tyle obrotni, aby wyjść na prostą”.
Nie ma sensu mówić rodzicom 42% amerykańskich dzieci walczącym na co dzień o związanie końca z końcem, że szansa równości przybliża się do ich pociech; rodzice 20% dzieci żyjących w nędzy nie pojmą nawet, co owe „szanse”, o których zanikaniu informują najnowsze dane, miałyby oznaczać. Natomiast obie te grupy odcyfrują bez trudu przesłanie zawarte w wypowiedziach tych, którzy stanowią prawo i tłumaczą je na język obywatelskich praw i obowiązków. Jest ono jasne jak słońce: to już nie jest kraina równych możliwości; to jest kraj dla ludzi ze smykałką.
Społecznie nadzorowana „równość szans awansu” rozbiła się o twardą skałę nierówności pod względem „smykałki”. „Smykałka” rodziców jest jedyną łodzią ratunkową proponowaną tym, którzy pragną wydobyć swoje dzieci z nędzy. Załośnie mała to jednak szalupa; szczęściarzami są ci, którzy zdobędą łódź pojemną na tyle, by pomieścić rodzinę. Co bardziej prawdopodobne, nieliczni z członków rodziny, najbardziej awanturniczy i z największym wężem w kieszeni, a więc w największą „smykałkę” zasobni, zdołają wślizgnąć się do szalupy i pozostać w niej na tyle długo, ile wymaga dobicie do brzegu. Wyprawa ta nie będzie już (o ile kiedykolwiek była) rejsem ku równości: będzie wyścigiem, by innych zostawić w tyle. Lepsze miejsca są już z góry zarezerwowane i tylko wybrańców wpuszcza się na pokład. Jak trafnie zauważa Frank Rich, „Krainę Jutra [Tomorrowland] wynajęto na prywatne przyjęcie”. Kraina szans obiecywała więcej równości. Kraina ludzi ze smykałką ma do zaoferowania jedynie większą nierówność.
The Spirit Level, odkrywcze studium Richarda Wilkinsona i Kate Pickett, które wyjaśnia, dlaczego „więcej równości czyni społeczeństwa mocniejszymi”, zaczyna się w końcu przedostawać do amerykańskiej opinii publicznej. A to dzięki komentarzowi Nicholasa D. Kristofa w noworocznym wydaniu „New York Timesa”. To opóźnienie tym bardziej daje do myślenia, że w Stanach Zjednoczonych, kraju stale lokującym się w ścisłej czołówce ekstraklasy nierówności (według ostatnich statystyk najbogatszy 1% obywateli obraca tam większym majątkiem niż dolne 90%) i dostarczającym badaczom najbardziej ekstremalnych przykładów skutków ubocznych nierówności, przesłanie Wilkinsona i Pickett powinno było przecież zabrzmieć najgłośniej i najbardziej alarmująco.
Kristof woli jednak przedstawić amerykańskim czytelnikom autorów owego studium jako „wybitnych brytyjskich epidemiologów” (zamiast kojarzyć ich z naukami społecznymi, które w mniemaniu liderów amerykańskiej opinii publicznej trącą pogardzanym lewicowo-liberalnym skrzywieniem i z tego powodu odrzuca sie je, zanim jeszcze zostaną usłyszane, nie mówiąc już o wysłuchaniu). Wiedziony prawdopodobnie tą samą przezornością, Kristof przytacza z recenzowanego przez siebie dzieła głównie informacje dotyczące stosunków między osobnikami o wysokim i niskim statusie w stadach makaków i innych nienazwanych z imienia małp. Cytując słowa Johna Steinbecka o „smutnej duszy”, która jest zdolna „zabić cię szybciej, dużo szybciej niż zarazki”, Kristof uspokaja zawczasu czytelników, którzy mogą w tym zwęszyć kolejną groźbę podwyższenia podatków; uprzedza ich gwałtowny sprzeciw, umieszczając złe wiadomości w sferze mniej groźnej dla ich portfeli. Pokłosiem nierówności, jak zauważa, jest też „melancholia duszy” (choć wskazując na wybór między zmniejszeniem nierówności a zwiększeniem liczby więzień i policjantów - alternatywami jednako wymagającymi zwiększenia podatków - Kristof przyznaje jednak, choćby okrężną drogą i na marginesie, że wśród konsekwencji nierówności są też „ekonomiczne”).
Główne zło nierówności nie tkwi zatem w przyrodzonej jej niesprawiedliwości, nieludzkości, niemoralności i potencjale spustoszeń społecznych, ale w psuciu duszy poprzez sprowadzanie na nią melancholii… A co do związku nierówności z biologią (nareszcie naukowo potwierdzonego): „Ludzie są zestresowani, kiedy znajdą się na dole hierarchii. Ten stres prowadzi do biologicznych zmian”, takich jak odkładanie się tkanki tłuszczowej, choroby serca, autodestrukcyjne zachowanie i… trwałe ubóstwo (sic!). Teraz w końcu wiemy, co dowiedzione przez wybitnych naukowców, których nie da się podejrzewać o nikczemne sympatie polityczne i występne powiązania, dlaczego pewni ludzie toną w niedoli i dlaczego, w przeciwieństwie do nas, nie są w stanie ani uniknąć tonięcia, ani uratować się przed utonięciem. To naukowe odkrycie jest długo wyczekiwanym słodzikiem, który łagodzi gorycz wieści o nierówności bijącej światowe rekordy; jest ową przysłowiową srebrzystą podszewką, jakiej brakowało tej szczególnie paskudnej i przerażająco mrocznej chmurze. To wszystko biologia, głupcze!
A jednak, mógłby ktoś zauważyć, lepiej mówić niż milczeć i lepiej odezwać się późno niż wcale… I że okrojone nawet i rozcieńczone przesłanie jest lepsze niż żadne. Ale czy tak jest naprawdę? Czy nie powinniśmy raczej, gwoli prawdy i w imię dobra, jakie jej ogłoszenie ma ludziom przynieść, wystrzegać się takiej pokusy?
„Najlepszą połową męstwa jest dyskrecja” – powiedziała jedna z mniej sympatycznych postaci z Szekspirowskich dramatów, dodając, że „właśnie tą połową uratowałem całe moje życie” [2]. W obliczu niedoboru męstwa wielu szukałoby go w owej połowie uznanej za najlepszą przez… Falstaffa.
[1] „Frontierland” i „Tomorrowland” to używane w filmach
Disneya nazwy dla opowieści, odpowiednio, o „dzikim Zachodzie” i bajecznych krainach przeszłego
szczęścia (przyp. tłum.).
[2] Cyt. za: William Szekspir, Kroniki, [w:] Dzieła dramatyczne, tłum. Leon Ulrich, t. 3, PIW, Warszawa 1981, s. 360.
Tłum. Emilia Oksentowicz i Konrad Major
Tekst ukazał się w „Social Europe Journal”.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...