Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Bauman: Przyczynek do fenomenologii roju Drukuj
Zygmunt Bauman*   
18.04.2010
Dziw człowieka bierze… Socjologowie i psychologowie wypisali nieprzeliczone tomy o rodzinach i sąsiedztwach, grupach przyjacielskich i koleżeńskich, klikach, bandach, tłumach, stadach – a o rojach ani mru-mru. Dziw bierze, bo wszak to roje właśnie obnażają najdosadniej zasady kierujące zbiorowościami ludzkimi na co dzień; najdosadniej, bo przez zdumienie i szok powodowane ich pogwałceniem. Jest wszak rój zaprzeczeniem tych a priori przyjmowanych zasad. Rój się bez nich obchodzi. Dla wszystkich wymienionych powyżej odmian zgrupowania czy „bytu zbiorowego”, rój jest alternatywą. I w tym jego moc uwodzicielska. I jego rosnąca popularność. I – kto wie? – jego szansa na awans z imprezy karnawałowej na normalną, codzienną, rutynową w gruncie rzeczy formę ludzkiego współżycia…

Ugrupowania zaprzątające jak dotąd uwagę socjologów i psychologów tym się od roju różnią, że posiadają strukturę. A więc hierarchię – „górę”, która wydaje polecenia, i „dół”, który je wykonuje lub karcony jest i karany za niedopełnienie obowiązku. A zatem każde z tych ugrupowań ma swych zwierzchników i podwładnych, dowódców i dowodzonych, rządców i rządzonych, nadzorców i nadzorowanych, przewodników i prowadzonych, prowodyrów i tych, co w nich się zapatrzywszy starają się jak mogą za nimi podążać i dotrzymywać im kroku. Niczego takiego w roju nie uświadczysz – jak nie znajdziesz w nim majstrów i kaprali, policjantów i wykidajłów, czy strażników pilnujących wejścia i zagradzających wyjścia.

W roju wszyscy są równi. To nie znaczy, że są jednakowi: ale w roju każdy może, z własnej woli czy z czystego przypadku, losowo czy przez aklamację tych w pobliżu, podjąć się na chwilę czynności, które w zbiorowościach „ustrukturalizowanych” przypadają z nominacji kapralom czy stójkowym – a nawet funkcji sprawowanych z urzędu przez nadzorców czy przewodników. I w tym to właśnie roju urok – szczególnie doceniany przez tych umęczonych wieczną dyscypliną, znużonych wykonywaniem cudzych zachcianek i czapkowaniem przed tymi, którzy wykonania swych zachcianek się domagają; i znudzonych robieniem rzeczy, na jakie nie mają ochoty i których sensu trudno im się dopatrzyć – a jak się już dopatrzą, to docenić. W roju wszyscy jesteśmy podmiotami, inicjatorami i decydentami. Że nasze poczynania są do siebie do złudzenia podobne? Że nasze postępki niczym się nie różnią od tego, co czynią, w tej samej co my chwili, ci na przedzie i z tyłu, z prawa i z lewa? Ba – o żadnym uchybieniu to nie świadczy, a już tym bardziej nas nie upokarza; nie dowodzi wszak obrabowania nas z woli, ani jej stłamszenia za sprawą cudzej przemocy i naszego tchórzostwa czy niechęci do zwady, braku animuszu do stawiania na swoim i obawy przed zabłądzeniem. Nie musi się gwoli samostanowienia, zachowania godności własnej i samorespektu wyróżniać w roju od innych, ryzykując potępienie, czy (o zgrozo!) wydalenie z towarzystwa. Choćbyś swoim zachowaniem ani na jotę od reszty mrowia nie odbiegł, nikt tu z ciebie nie zadrwi żeś marionetką za sznurki pociąganą, ani nie pomówi o małpowanie.

Kto, jak ja, socjologią opartego na strukturze ładu był za młodu karmiony, nie oprze się tu kolejnemu zadziwieniu. Jak to możliwe, by pod nieobecność struktury (a ściślej mówiąc przy strukturach kalejdoskopowo zmiennych, a opornych zastyganiu i rozpływających się równie szybko jak się scaliły), obdarzone wolą podmioty zachowywały się w sposób równie (a może i bardziej jeszcze) identyczny i skoordynowany, jak ten, który wedle orzeczenia ekspertów od ludzkich zachowań byłby nie do pomyślenia bez partytury, dyrygenta i żmudnych ćwiczeń? Miał być powszechny rozgardiasz, rejwach i anarchia – a tu ich ani śladu! Przeciwnie: elizeum i nirwana jak rzadko albo i nigdzie indziej nie spotykana – wszyscy robią to samo, bez wahania a z pobożnym niemal namaszczeniem, wokół cisza i spokój, na twarzach (wszystkich) uśmiechy albo (na tychże wszystkich, tyle że przy innej okazji) skupienie i powaga; a odgłosy niesnasek, jeśli już uszu dobiegają, przypominają raczej zamierające pomruki oddalającej się burzy, niż wrzawę bitewnego pola… Całkiem jak na polu żytem zasianym: każde źdźbło z odrębnego ziarna się ku niebu wspina, a na każdym identyczne kolanka tego samego dnia się zawiązują…

Rój jest mutantem zbiorowości ludzkich znanych z podręczników socjologii pod gatunkowym mianem „grupy”. Rój to grupa w stanie de-instytucjonalizacji; grupa, z której wypreparowano stos pacierzowy i którą oskrobano z łusek ochronnych lub odarto z ochronnego pancerza. Jest więc rój tworem nieporównanie miększym niż grupa, bardziej wiotkim i ugniotliwym, zgoła bezkształtnym lub o zmiennej, wciąż rozmazanej sylwetce. Ale nade wszystko jest rój tworem krótkotrwałym. Nie jest on zdolny do wytworzenia mechanizmów homeostatycznych ani procedur samo-się-odtwarzania, które nadają grupie substancję wobec poczynań jej członków autonomiczną i zapewniają jej taką samość mimo wybycia z niej wszystkich istot, jakie się na nią dawniej składały (Wisła Kraków, jak i liczne inne polskie i niepolskie zespoły piłkarskie, świętowała ostatnio stulecie swego istnienia, choć skład jej jedenastki, jak i wszystkich innych, wymieniał się bez reszty średnio co pięć lat, a jej widowni co dwadzieścia-trzydzieści).

Jedynym spoiwem roju jest zogniskowana na jednym i tym samym przedmiocie uwaga składających się nań podmiotów – a ta znów jest notorycznie eteryczna i niezdolna do skupienia na jednym przedmiocie przez czas dłuższy. Szybko się ta uwaga nuży – i jeśli nie ma się poddać śmiertelnie wycieńczającej chorobie nudą zwanej, musi powędrować niezwłocznie w poszukiwaniu nowych pastwisk i pokarmów. Stanowczo nie są roje strukturo-twórczymi bytami. Dziwić się, dlaczego rozpadają się nazajutrz po swoim narodzeniu, to tak jak zdumiewać się, że woda nie jest sucha lub cukier nie kwaśny. Spełnieniem roju nie jest przemiana rzeczywistości, ale jej chwilowe wywrócenie na nice, by tym łacniej można było do niej, i do wszystkich jej urodziwych i szkaradnych aspektów, powrócić po krótkiej chwili wytchnienia i z nimi się, znów na czas jakiś, pogodzić. Rój niczego w rzeczywistości nie zmienia; jak wentyl bezpieczeństwa, zapobiega on tylko rozsadzeniu jej struktur przez napięcia na codzień przez nią wytwarzane.

Rój jest zjawiskiem opisanym przez antropologa Victora Turnera pod nazwą communitas – alternatywnego niejako, a na co dzień ukrytego lub relegowanego na margines, układu międzyludzkich relacji, którego współobecności struktury societas, z ich sztywnymi hierarchiami zwierzchnictwa i podległości oraz regułami „pecking order” (w dosłownym tłumaczeniu „kolejności dziobania”) potrzebują jak powietrza, by się we własnych trujących wyziewach nie podusić. „Communitas” utrzymuje „societas” przy życiu. Zapobiega ona wyradzaniu się podziałów społecznych w rozłamy, ciemiężenia w unicestwienie, tłumienia dialogu w zerwanie komunikacji, upokorzenia w bunt. Czyni znośnym to, co inaczej byłoby nie do zniesienia. Wedle Turnera, żadna „societas”, żadna odmiana względnie trwałego ładu społecznego, nie może się bez „communitas” obejść – choć nie może też istnieć bez trzymania „communitas” w ryzach, w bezpiecznej of rutyn „societas” odległości, i bez wyraźnego tych dwu sfer od siebie odgraniczenia: czasowego, przestrzennego albo jednego i drugiego naraz. Jeden ze sposobów takiego rozgraniczenia sfer opisał barwnie Michaił Bachtin w swoim studium karnawału – owej dorocznej „przerwy w codzienności”, w której to przerwie skodyfikowane i zakrzepłe reguły i struktury „societas” są dla odmiany, na dni parę, zawieszane czy zapędzane w podziemie.

Nauki społeczne mogły sobie pozwolić na ignorowanie zjawiska roju jak długo trzymano owe zjawisko w rezerwacie, z dala od głównych traktów ludzkich peregrynacji i głównych siedzib międzyludzkich interakcji; w takich warunkach można łatwo owe milczenie socjologów zrozumieć, choć znacznie trudniej ich z niego rozgrzeszyć. Dziś jednak zasieki drutu kolczastego usunięto, a odsłonięte mury rezerwatów skruszały. Roje wydostały się na światło dzienne, rozpanoszyły i zagnieździły na dobre w codzienności, a przeoczyć już ich nie sposób. Wędrując po portalach internetu, wszyscy podłączamy się co dzień ochoczo do paru przynajmniej rojów i od tyluż się bez żalu odłączamy. Po godzinach spędzonych w biurach, szkołach, urzędach i innych placówkach „societas”, a coraz częściej i w toku tych godzin, przymierzamy się do rojów jak do nowych modeli zbiorowego życia, eksperymentujemy z różnymi ich zastosowaniami, wprawiamy się w ich uprawianiu. Z przedmiotów przedzierzgamy się w podmioty – a przynajmniej doznajemy tego, co w erze przerostu informacji, natychmiastowego jej przekazu i dryfującej uwagi za znamię podmiotowości uchodzi. Zaś z wyzbyciem się napięć nagminnie a masowo przez „societas” rodzonych nie musimy zwlekać do przyszłorocznego karnawału. Klapę bezpieczeństwa, chroniącą struktury społeczne przed rozsadzeniem, a nasze zdrowie psychiczne przed załamaniem, nosimy w kieszeni czy torebce – przemyślnie zamontowaną w schludnym i poręcznym pudełeczku komórkowego telefonu czy kieszonkowego komputera; i nie rozstajemy się z nią ani na chwilę. „Communitas” jest zawsze pod ręką, nawet gdy nie ma jej przy boku. By się dostać do roju, nie trzeba drążyć tuneli czy kruszyć ścian, by się wpierw z przyciasnych okowów struktury wydostać. Rój i „ustrukturalizowana” grupa w jednym stoją dziś domu – i sobie nawzajem, o dziwo, nie wadzą…

Ba, może się i ze sobą czasami powaśnią i popstrzykają po starej pamięci, ale z nieproszonego i psotnego nieraz, anarchicznego ponoć intruza, przeobraża się dziś rój (communitas), i to szybko, w ducha opiekuńczego „societas” - zorganizowanej społecznej zbiorowości. Czemu już wątlejąca i dziur pełna struktura podołać nie zdoła, chętnie do wykonania rojom przekazuje: grupa rojem się wyręcza. Wyobrażane „całości społeczne” czasów nowożytnych, państwa-narody, musiały uciekać się do konstruowania i obsługiwania ogromnej ilości zakładów wychowania i pouczania, tresury, nadzoru, opieki, leczenia, nawracania i karania (nazwanych łącznie przez Michela Foucault z inspiracji Jeremy Benthama „instytucjami panoptycznymi”), by z abstraktu przeistoczyć się w widoczną i odczuwalną, namacalnie doświadczaną a przemożną quasi-rzeczywistość. Dzięki arteriom komunikacyjnym umożliwiającym koordynowanie przeżyć na odległość oraz synchronizację współprzeżywań w „realnym czasie”, mogą się „wyobrażane całości” bez całej tej ociężałej a ogromnie kosztownej maszynerii po części, jeśli już nie całkowicie, obejść; no i na szczęście, bo coraz trudniej byłoby im jej całkowity ciężar udźwignąć i jej koszta ponosić.

Zaprawieni drobnymi stosunkowo, lecz nieustannymi wprawkami internetowymi do uprawiania rojowych obyczajów, i w sposobie życia roju zadomowieni, dojrzeliśmy do ery mega-rojów, rojów na całkiem inną, gigantyczną skalę, współmierną ze skalą takich „całości wyobrażanych”, jak społeczeństwo, naród czy państwo. Owe mega-roje tym się różnią zasadniczo od stosunkowo szczupłych rozmiarami rojów z online’u, licznych, rozproszonych i krzyżujących się czy zderzających ze sobą w locie, że wypełniają po brzegi, od skraju do skraju, całą przestrzeń widoczności i wyobraźni – nie pozostawiając niczego „na zewnątrz”. Wszyscyśmy w tym roju, jeden rój dla nas wszystkich. Solidarność rozpostarta wszechwładnie stąd do samego horyzontu. Wszyscyśmy tu jednacy, wszyscyśmy sobie równi i równie cenni, wszyscyśmy tą samą myślą przejęci i w tej samej radości czy smutku pogrążeni.

Przynajmniej do jutra… Ale jutro, jak zwykli się pocieszać współcześni nam Amerykanie, will be another day…   



*Zygmunt Bauman – socjolog, filozof, eseista, emerytowany profesor uniwersytetu w Leeds, autor licznych książek, m.in. Nowoczesność i Zagłada, Prawodawcy i tłumacze, Etyka ponowoczesna, Ponowoczesność jako źródło cierpień, Płynna nowoczesność.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 26.04.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Powered By PageCache
Generated in 21.80234 Seconds

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273

Warning: fsockopen() [function.fsockopen]: unable to connect to :80 (php_network_getaddresses: getaddrinfo failed: Name or service not known) in /media/data/www/krytykapolityczna.pl/public_html/components/com_pagecache/pagecache.class.php on line 273