|
1 maja zeszłego roku znalazłem się w Moskwie na demonstracji z okazji Święta Pracy. Udział w tej akcji był jednym z punktów programu Kongresu robotników twórczych – wspólnej inicjatywy środowisk tworzących nową rosyjską lewicę. Byłem pewien, że dołączę do nielicznej, ale gorącej demonstracji osób o mniej więcej podobnych poglądach. Ale jeszcze na schodach ruchomych, wychodząc z metra, zauważyłem dziwny zbieg okoliczności. Stopień wyżej ode mnie jechał starszy pan z portretem Stalina. Stopień niżej – starsza pani z portretem Dzierżyńskiego. Przy wyjściu z metra gromadził się spory tłum starszych ludzi z całą galerią postaci historycznych, tonącą w morzu czerwonych flag. Do ostatniej chwili miałem nadzieję, że zgodnie ze starą dobrą tradycją zgubiłem się w Moskwie, a demonstracja moich towarzyszy własnie zaczyna się gdzie indziej. Nie – po dość długim błądzeniu w tłumie emerytów trafiłem na odosobnioną grupę kilkudziesięciu osób, gdzie było widać anarchistów, antyfaszystów, socjalistów oraz uczestników wspomnianego Kongresu. Na moje zapytanie o sens wspólnego demonstrowania ze stalinistami odpowiedzieli, że to jest po prostu jedyna szansa na jakąkolwiek legalną akcję 1 maja. Pozwolenie na demonstrację tego dnia może dostać tylko Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej – dziwny postkomunistyczny utwór, wpływowy w latach 90., teraz wciąż tolerowany przez władzę jako wygodny lewicowy strach na wróble. Reszta ruchów lewicowych ma do wyboru: siedzieć w domu, zrobić nielegalną akcję, którą na pewno rozpędzi milicja, albo dołączyć się osobną kolumną do legalnej demonstracji i uparcie udawać, że ta maszerująca przodem galeria postaci historycznych, nie ma z nami nic wspólnego. Skoro nawet anarchiści się na to godzą, pomyślałem, być może faktycznie ta trzecia opcja jest w ich sytuacji najlepsza.
Demonstracja, składająca się z siedmiu różnych bloków, niezbyt miło nastawionych do siebie – w najlepszym przypadku próbujących się nawzajem nie zauważać – była być może najlepszą alegorią obecnej sytuacji na rosyjskiej lewicy. Kiedy wyprzedziłem o kilkanaście metrów kolumnę antyfaszystów, usłyszałem od maszerującej starszej pani: „A to idą Żydy niedobite!”. Sytuacja wyglądała jeszcze bardziej groteskowo z powodu symboliki radzieckiej, umieszczonej na dosłownie każdym dachu wzdłuż trasy pochodu. Czerwone gwiazdy zostały instalowane w ramach obchodów rocznicy zwycięstwa ZSRR nad Niemcami, które miały się odbyć tydzień póżniej. Billboardy z żółto-czarnymi taśmami, które we współczesnej propagandzie symbolizują nacjonalistyczne zawłaszczenie radzieckiego zwycięstwa nad nazizmem, okazały się świetnym tłem dla portretów Stalina, maszerujących w awangardzie demonstracji. Ale najciekawsze rzeczy działy się w jej ariergardzie.
Próbując jak najbardziej się zdystansować od wymienionych ideologicznych perwersji, znalazły się tu niektóre z najtęższych głów rosyjskiej humanistyki, zjednoczone pod hasłami Kongresu robotników twórczych. Artyści Nikołaj Olejnikow i Dmitrij Wilenski ile sił w płucach wykrzykiwali hasło Kongresu – „Częśc większa od całości” – niezbyt zrozumiałe dla otaczających mas, ale trafnie charakteryzujące politykę koalicyjną na lewicy. Poetka i performerka Keti Czuchrow trzymała się bardziej egalitarnych haseł, a filozof Władysław Sofronow cicho niosł czerwoną flagę. Właściwie w tej części kolumny wolno było robić wszystko – nie wolno było tylko się zatrzymywać. Demonstrację zamykały oddziały milicji, depcząc po piętach zepchniętym do ariergardy intelektualistom.
W tym roku, według doniesień wolnych mediów, podczas Święta Pracy w Moskwie ta konstelacja ideowa się powtórzyła. Z tą różnicą, że do demonstracji próbowali się dołączyć aktywiści ruchu gejowskiego. Podobno bezskutecznie.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...