|
Do startu Euro 2012 pozostało 301 dni. Na okres tych 301 dni musimy całkowicie zapomnieć o piłce nożnej. Musimy przestać się interesować wynikami, drużynami oraz rankingami. Znaleźliśmy się w sytuacji, gdy każda transmisja meczu i każdy dział sportu w codziennej gazecie legitymizują kolejne absurdy, związane z przygotowaniami do rzekomo najważniejszego za naszego życia wydarzenia, które nadchodzi w 2012. I nie chodzi wcale o zapowiedzianą na przyszły rok apokalipsę. Mistrzostwa Europy w piłce nożnej są gorsze od apokalipsy o tyle, że po ich zakończeniu, będziemy jednak musieli jakoś w naszych krajach żyć.
Zamiast interesować się piłką nożną, zainteresujmy się wszystkim, co dzieje się dookoła. Przecież wszystko, co ostatnio dzieje się dookoła, służy skutecznemu przeprowadzeniu Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Euro 2012 jest wszechobecne, wszechmogące i wszechwiedzące. Tą tezę mógłbym uzasadniać na wielu stronach, ale ograniczę się do mojego ulubionego argumentu. Na kijowskim Uniwersytecie Lotniczym nagle zwiększyła się liczba opłacanych przez państwo miejsc na wydziale dziennikarstwa (tak, kijowski Uniwersytet Lotniczy kształci dziennikarzy, ale to temat na osobny felieton). Zapytany o motywy tego posunięcia rektor uniwersytetu ze zdziwieniem odpowiedział: „A czy państwo nie wiedzą, że w przyszłym roku mamy Euro 2012? Musimy wykształcić więcej dziennikarzy, żeby na właściwym poziomie naświetlić to wyjątkowe wydarzenie!”.
Kto po takiej wypowiedzi ośmieli się zarzucić rektorowi bliski związek z ministrem edukacji? Tym bardziej, że ten ostatni od niedawna jest ministrem edukacji, nauki, młodzieży i sportu, więc nie czepiajmy się. Prowadzi projekt narodowy, być może najważniejszy w dziejach naszego młodego państwa. Jak to spieprzymy, będziemy musieli nasze młode państwo chyba rozwiązać, bo po zakończeniu Euro 2012 pozostaną po nim tylko długi.
Trzeba przyznać, że wydarzenia sportowe na skalę piłkarskich mistrzostw Europy czasem nieźle się udają. Dotyczy to głównie państw „pierwszego świata”, chociaż nawet niektóre z nich jakiś czas po zakończeniu tych wydarzeń nagle okazują się zmuszone do wyprzedaży wszystkiego, co państwowe (jak Grecja po Igrzyskach Olimpijskich czy Portugalia po Euro 2004). Natomiast w trzecim świecie, kończy się to z reguły katastrofą – jasne, że nie dla kibiców ani dla oficjalnych sponsorów, tylko dla gospodarek „zbyt słabych” państw. Słabych, bo nie potrafili załatwić wystarczającej ilości inwestorów, by nie płacić za tę całą rozrywkę z własnego budżetu.
Euro 2012 pod tym względem może się okazać niezwykle ciekawym wydarzeniem. Odbędzie się bowiem jednocześnie w dwóch krajach byłego „drugiego świata”, jeden z których potrafił zaawansować do „pierwszego”, zaś drugi ciągle próbuje ukryć swoją beznadziejnie trzecioświatową pozycję. Nawet jeśli Polska i Ukraina przeprowadzą Euro 2012 na „właściwym poziomie”, skutki tego sukcesu na pewno będą diametralnie różne dla obu państwowych gospodarek. W Ukrainie nikt już nawet nie wspomina o tym, że w związku z Euro 2012 były plany zbudowania czegoś oprócz stadionów. Resztę inwestycji (drogi, szpitale, kolej) określa się mianem „infrastrukturalnych”. Na Ukrainie oznacza to tyle, że państwo miałoby je realizować „ewentualnie” – gdyby nie pilniejsza potrzeba budowania stadionów. Być może już w przyszłym roku zamiast długiej formuły „Bogaci stają się bogatsi, biedni stają się biedniejsi” będziemy używać skrótu: Euro 2012.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...