Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Katalog Książek KP

30 tom w serii idee

buden_okladka_150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Tramwajem do domu dziecka Drukuj
Henryka Krzywonos w rozmowie ze Sławomirem Sierakowskim   
21.06.2009
krzywonoskwadrat.jpgSławomir Sierakowski: Krzywonos to nazwisko pani ojca?

Henryka Krzywonos: Nie, po pierwszym mężu.

Tak się nazywał ataman kozacki, jeden z przywódców powstania Chmielnickiego uwieczniony w Ogniem i mieczem. Słynął z tego, że był najbardziej hardy.


Wiem, ja też taka jestem. Może dlatego, że urodziłam się w więzieniu. Moja matka siedziała za Stalina. Z takiego artykułu „wiedział, nie powiedział”.

Co to znaczy?

Siedziała przez ojca, który był w więzieniu i uciekł. A matka nie chciała go wydać. Siedział, bo wmieszał się trochę w politykę, ale za co siedział, nie mam zielonego pojęcia.

Ojciec nie mówił?

U nas bardzo mało mówiło się na ten temat. Ojciec był z Wilna, siedział w trzech obozach koncentracyjnych, był w Dachau, Buchenwaldzie i Birkenau, ale trudno było wyciągnąć z niego cokolwiek. Jak miał przypływ uczuć, kiedy był na rauszu, to opowiadał. Tragiczne historie. Tego, że urodziłam się w więzieniu, dowiedziałam się w siódmym roku życia, i to przez przypadek. Dzisiaj to wszystko rozumiem, układam sobie w jakąś całość i rozumiem mojego ojca, nawet się nie dziwię, że pił. Jak wyszedł z obozu, ważył 28 kilo, mężczyzna, który był postawny, dobrze zbudowany, bardzo przystojny, a wyszedł wrak.

A przez jaki przypadek dowiedziała się pani o narodzinach w więzieniu?

Kiedy dowiedziałam się od matki, że urodziłam się w więzieniu, dociekałam, jak to się stało. Dowiedziałam się, że ojciec uciekł z tego więzienia – gdzieś tam robili przy czymś i on uciekł. Kiedy się ukrywał, przyleciał do domu. Pan jest bardzo młody i pan nie wie, ale kiedyś dwa złote było papierkowe. Położył na stole takie dwa złote i wyskoczył oknem. Ktoś dał cynk i matkę zwinęli, te dwa złote zdradziły, że ukrywała ojca. Była w ciąży. Moi bracia trafili do domu dziecka, a matka do więzienia. I ja się urodziłam w tym więzieniu.
Ojciec nigdy do siebie nie doszedł. 10 dni w miesiącu był trzeźwy, 20 pijany lub na rauszu, jak to się delikatnie mówi, więc mieliśmy bardzo ciężkie życie. W obozie koncentracyjnym nauczył się różnych zawodów, był bardzo dobrym fryzjerem, był też złotą rączką, potrafił wszystko zrobić, ale miał astmę i niewiele robił. A jeśli już pracował, to my, dzieci, razem z nim. Jak pracował jako palacz, to chodziliśmy zwalać koks. Matka wtedy też ciężko harowała, jeździła na PGR-y, kopała kartofle, a my razem z nią.

Gdzie mieszkaliście?


Wtedy ludzi z zewnątrz nie meldowano w Gdańsku, a ona była z Warszawy, przyjechała tu za ojcem. Mieszkaliśmy w komórce mojej babki, więc trzeba było szukać mieszkania. I 1 lipca 1959, a to jest Haliny, mama była Halina, wprowadziła się do ojca na partyzanta, a że załatwiła sobie pracę, zamiatała ulice, to pozwolono jej tam zostać. Zameldowanie uzyskała dopiero w połowie lat 60. Było nas już troje dzieci, ciężka sytuacja. Na umytą podłogę matka kładła papier, żeby podłoga wyschła. Zamiast kanapy czy łóżka stały cegły, a na tym jakiś siennik leżał, żeby można było spać. A kiedy w Wigilię ludzie śpiewali kolędy, mój ojciec śpiewał ruskie piosenki. Był dziwnym człowiekiem. Nigdy nie okazywał nam miłości, myśmy tego w domu nie poznali. Jak był na rauszu i opowiadał coś o swoim życiu, to miało być zawsze ostrzeżenie dla nas. I wychował nas na zbuntowanych ludzi. Ja się buntowałam przeciwko wszystkiemu. W szkole miałam kłopoty z rosyjskim, nie chciałam się go uczyć. Nauczycielka pytała: „Czemu się nie uczysz ruskiego? – A co ja z kacapem będę rozmawiać…” – odpowiadałam.

Ojciec mówił w domu po rosyjsku?

Trochę mówił. Do dzisiaj rozumiem rosyjski. Natomiast gorzej z rozmawianiem, ale wtedy był bunt i nie chcieliśmy się tego języka uczyć.

Bracia w końcu zostali zabrani z domu dziecka?


No tak, matka wyszła z więzienia i zabrała dzieci do domu. To była bardzo porządna kobieta i bardzo zapracowana. Pracowała w betoniarni, ciągnęła jakieś wózki z cegłami, z cementem. I przyszedł taki moment, że naprawdę było tragicznie. Często nie było chleba. A później zmarł mój ojciec.

Który to był rok?


1966. Wtedy moja matka zaczęła pić. Musiałam zająć się sobą i swoją siostrą, która jeszcze została w domu. I znowu trafiłam do domu dziecka. Sama go sobie załatwiłam. Chciałam tam iść razem z siostrą, ale okazało się, że to niemożliwe, bo moja matka w sądzie powiedziała, że zabiera nas do domu. Ja postawiłam weto i powiedziałam, że zostaję, więc skierowano mnie do domu dziecka.

A siostra została z matką?

Siostra została z matką, miała kuratora. W 1970 roku wróciłam i zajęłam się siostrą. Musiałam szukać pracy. Zaczęłam od tego, że sprzątałam w Zarządzie Portu Gdańsk. Później znajdywałam jeszcze inne prace. Szybko się zorientowali, że ukończyłam zawodówkę maszynistek biurowych i dobrze piszę. W zarządzie portu dawano mi prace zlecone, maszynę, i ja w nocy trzepałam na tej maszynie, żeby dodatkowo zarobić. Okazja nadarzyła się, kiedy zrobiono kurs motorniczych, pomógł mi taki pan, który mieszkał na tej samej ulicy, Jan Szulc, niech mu świętą ziemia będzie. W osiemnastym roku życia poszłam na ten kurs, zdałam go, zostałam motorniczą.

Dużo było kobiet motorniczych?

Niedużo, ale były. Byłam obrotna, wyszczekana, dzieci z rodzin patologicznych umieją sobie radzić. Wiedziałam, że będę musiała walczyć z matką, będę musiała walczyć z całym światem, żeby jej pomóc, sobie również, bo sytuacja w domu bywała podbramkowa, gdy się wracało, a to przy stole siedziało całe jej towarzystwo. Czasem trzeba było ich po prostu wyrzucić. Moja siostra szła do szkoły, ja do pracy.

Siostra, ile jest młodsza?


Osiem lat. Takie dzieci zawsze muszą walczyć, żeby się przebić. Zawsze czułam się gorsza, jako dziecko nigdy nie byłam odpowiednio ubrana. Takim symbolicznym wydarzeniem był odpust w kościele św. Jadwigi. To taki kościół w Gdańsku, gdzie na odpusty przyjeżdżało dużo straganów i można było coś wylosować. Ten odpust jest 15 października, więc jest już zimno. Moje koleżanki były w ciepłych płaszczach, kozaczkach, a ja zawsze w tenisówkach, w jakimś sweterku, bo niczego innego nie miałam, albo w jakiejś kurtce po bracie. Taka sytuacja człowieka pomniejsza i zawsze czułam się gorsza od innych. Musiałam się bronić. Jak koleżanka się chwaliła, że matka coś tam zrobiła na obiad, to ja mówiłam, że u mnie był schabowy czy kurczak. Po prostu nauczyłam się kłamać.

Żeby dbać o godność?

Żeby dbać o swoją godność. Później, jak już pracowałam w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym, pomagał mi pan Janek, który zawsze był za mną i mnie po prostu lubił, znał dokładnie moją sytuację, bo znał moich rodziców. Był taki okres, że pomagałam mojej matce, kiedy przestawała pić, gdy już zaczęła wracać do normy. Oddawałam jej prawie całą wypłatę, a sobie zostawiałam parę groszy. On wiedział, że jak przyjdę na drugi dzień do pracy, to będę głodna. Więc czasem kanapki przyniósł i włożył gdzieś tam w kieszeń, żeby nikt nie widział. To był cudowny człowiek, bardzo dobrze go wspominam. Lepszy niż mój ojciec, bo od ojca poza pasem niczego innego nie odczułam. Dzisiaj powiem, że mnie to bardzo zahartowało, ale jestem przeciwko biciu dzieci i uważam, że powinien być całkowity zakaz bicia dzieci. To tylko wzbudza agresję, wiem to po sobie. Nigdy swojemu ojcu nie powiedziałam „przepraszam”, bo wiedziałam, że dostaję za coś, czego nie zrobiłam. Że dostaję za to, że znalazłam się w nieodpowiednim miejscu, za to, że mu się coś nie udało. Dzisiaj, jak słyszę o tych wszystkich wypadkach brutalnych pobić, to mnie krew zalewa. Dla mnie jest niewyobrażalne, że rodzic może zrobić dziecku taką krzywdę, ale ja byłam bita szlauchem ogrodowym – jeśli pan może sobie w ogóle to wyobrazić. Przeczytałam gdzieś, że Tusk mówi o całkowitym zakazie bicia dzieci i całkowicie go w tym popieram, oczywiście, jeśli to zrobi.

W 1970 roku wychodzi pani z domu dziecka, w 1973 kurs na motorniczą… Zaczyna pani pracować w WPK. A koledzy, koleżanki? Tworzyło się tam jakieś środowisko?

Nie miałam żadnego środowiska. Wciąż biegałam, żeby zarobić. Starałam się jak najwięcej godzin nałapać, bo w WPK wcale nie zarabiało się dobrze. Tam trzeba było pracować 400 godzin w miesiącu, żeby zarobić.

Należała pani do partii?

Nie. Cały mój kontakt z aparatem to dwie wycieczki z ZMS-u na grzyby.

Dlaczego nie chciała się pani zapisać?

Proponowano mi. Ale mnie to nigdy nie pociągało. U nas w domu było na to wszystko weto.

Dom był antykomunistyczny?

Antykomunistyczny bezwzględnie, od początku. Kiedy mój ojciec sobie wypił, otwierał czasem w nocy okno i wyzywał „czerwonych” od najgorszych. Dziecko takie rzeczy zapamiętuje. Rodzic, choćby był najgorszy, i tak jest dla dziecka wzorem. Poza tym w szkole miałam nauczycielkę, nazywała się Barańska, która była niesamowita i bardzo cięta. Ona nas uczyła historii, była niesamowicie ostra i mówiła prawdę.

Co mówiła?


No, o wszystkim, o Katyniu mówiła.

O Katyniu?

O Katyniu, o różnych rzeczach. Lubiłam do niej chodzić do domu. Była nas grupka młodzieży, która do niej przychodziła. Właśnie od niej dowiedziałam się, że to nie tylko Niemcy napadli na Polskę, ale że Związek Radziecki też dołączył. Od niej się dowiedziałam o pięciu dniach, kiedy Rosjanom wolno było wszystko, gwałcili polskie kobiety, zabijali, jak im się coś nie podobało. Poza okresem picia można było pogadać też z moją matką. To była bardzo kumata osoba. Raz, kiedy ojciec opowiadał o obozie, matka powiedziała: „Ja też swoje przeżyłam w Warszawie”. Była warszawianką, tam się urodziła i wychowała. „Chodziłam za szmuglem. Słuchajcie. Zima, śniegu po pas, a my idziemy żytem…”. Myślę sobie, co za bzdury, w zimie żytem?! Opowiedziałam to Barańskiej, a ona: „Dziecko, ona mówiła ci prawdę. Ludzie nie zbierali zboża z pól. To żyto zostało, więc oni mieli dodatkowe schronienie, idąc tym żytem”. To była cudowna osoba. Nie mówiła wiele w szkole, bo nie mogła tego robić, ale zapraszała nas do domu. Dzisiaj zdaję sobie sprawę z tego, że mogli ją aresztować, zrobić z nią różne rzeczy…

Czyli na partię była pani impregnowana. A związki zawodowe?

Wie pan, to był okres, kiedy do związków zawodowych czy człowiek chciał, czy nie chciał, zapisywano go.

One broniły jakoś pracowników?


Wcale. Istniała jeszcze rada zakładowa, z którą miałam kłopoty. Wyglądało to tak, że moi koledzy mówili: „Jak będzie zebranie, to ja im wypierdzielę, co mam do powiedzenia”. Wchodzili na zebranie, siadali i była cisza. Więc oczywiście Heńka jak ta głupia, w swojej sprawie czy nie swojej, wychodziła i pyskowała, po czym coś się działo, czasem mi premię zabrali za to pyskowanie, czasem dostałam jakąś inną linię tramwajową. W każdym razie było tak, że myśmy nie raz chcieli stawać. Niekoniecznie z powodów płacowych, ale przez fatalne warunki pracy. Kiedy zaczynałam jeździć, to drzwi tramwaju nie zamykały się same, tylko były zamykane przez pasażera. Dostałam linię numer 3, która jeździła, tam gdzie teraz jest pomnik Stoczniowców…

Tam była pętla?

Tak. Jechało się tam, zakręcało i jechało z powrotem. Zbierało się stoczniowców, którzy kończyli pracę. Oni wisieli na tramwaju jak winogrona, więc jechało się bardzo wolno. Motorniczy siedział na takim okrągłym stołeczku i od pasażerów oddzielała go jedynie barierka. Jak kierowca wolno jechał, to sypały się wiązanki. Jak za szybko, to patrzył, żeby nie zgubić kogoś, bo przecież odpowiadał za nich. Kiedy motorniczy ruszał z przystanku, to powinien mieć drzwi zamknięte, a te drzwi często wysiadały, pantograf się urywał… Jeśli za mocno był uszkodzony, to czasem i cała linia poszła, różnie to bywało. Sypały się tam różne kurwy, że „co, kartofle wozisz?”. Potrafili nawet dać w głowę.

Pani oddawała?

Nikomu nie byłam dłużna.

Nie wątpię.

Przy czym motorniczemu z pasażerem rozmawiać nie wolno.

Oczywiście.

Natomiast muszę panu powiedzieć, że najgorsze było, kiedy te drzwi naprawdę się nie zamykały. My żeśmy zjeżdżali, zgłaszaliśmy to, kierownik wychodził i mówił: „Co ci poradzę?”. Pewnego razu moja koleżanka, która miała małe dziecko i zjechała na zajezdnię, bo nie miała zmiany, mówi: „Bardzo mi przykro, ale ja muszę dojechać do domu, na Rumię i wziąć dzieciaka z przedszkola”. Pan kierownik wyszedł: „Wpieprzaj się w ten tramwaj i jedź!”. Ona płacze. Ja: „Czego płaczesz, ty wpieprzaj się – do niego mówię – na ten tramwaj i jedź”. On na to: „Ja nie umiem”. To ja mówię: „To jakim ty jesteś kierownikiem?”. To byli ludzie, którzy nie mieli wykształcenia, zresztą tak jak i my. To było bulwersujące. Niczym się od nas nie różnili, poza tym, że my umieliśmy prowadzić tramwaje, a oni byli kierownikami. Jak był w partii, to mógł być kierownikiem nawet z podstawówką. Ja oczywiście wtedy też w ten tramwaj nie wsiadłam, chociaż on mi kazał. Nikt nie wsiadł. No i następnego dnia przyszliśmy i już żeśmy uzgodnili, że stajemy. Kolega, który zaczynał następnego dnia, miał stanąć i nie wyjechać. Ale przyszedł do pracy i mówi: „Słuchajcie, ja jednak wyjadę, ja mam rodzinę, mam dzieci, nie będę się narażał, z żoną przedyskutowałem i ona powiedziała, że się absolutnie nie zgadza”. I tak szczerze mówiąc, to my wiedzieliśmy, że on ma rację, że nie może narazić rodziny. Bo muszę panu powiedzieć, że w WPK wtedy pracowali ludzie, którzy byli bardzo ze sobą zżyci. Nikt nie szedł do kierownika, nikt nie donosił dyrektorowi, załatwialiśmy wszystko między sobą.

Czyli wtedy jeszcze się nie udało.


Wiele razy jeszcze się nie udało, aż przyszedł ten rok osiemdziesiąty.

Dlaczego akurat w osiemdziesiątym to wyszło? Czy to był wpływ działalności Wolnych Związków Zawodowych?

Zacznę może od tego, że zmieniła się moja sytuacja osobista. Siostra wyszła za mąż, nie musiałam się już o nią martwić, byłam wolna. Już nie szajbowałam, nie jeździłam aż tyle, na kilka zmian. Jeździłam na linii 15. I zawsze rano czy po południu, kiedy stoczniowcy wracali albo szli do pracy, z góry sypały się ulotki. Przy Stoczni jest wiadukt, pod spodem jeździły kolejki. Tymi kolejkami zabierali się ludzie ze Stoczni do Nowego Portu, do Gdańska albo do Gdyni. I ludzie z wolnych związków chodzili tam i kiedy było najwięcej ludzi na tym moście i pod mostem, rzucali ulotki i te ulotki przychodziły też do mnie. Najczęściej przyniósł pasażer, który wziął dwie czy trzy, brałam taką ulotkę i podziwiałam. Mnie się w głowie nie mieściło, że ktoś może podać swój numer telefonu czy pełen adres. Że można być tak odważnym człowiekiem.

Kogo pani poznała dzięki tym ulotkom?

Najbardziej utkwił mi w głowie Bogdan Borusewicz. Ale było dużo więcej nazwisk. Dzisiaj mogłabym w swoich papierach pogrzebać, te ulotki jeszcze gdzieś u mnie leżą. No i przyszedł moment, kiedy w Polsce zaczęło dziać się i u nas w WPK też. Pamiętam, zebranie w świetlicy, u nas na zajezdni, wszyscyśmy się na to zebranie wybierali z pełnym entuzjazmem.

Kto je zarządził?

Kierownictwo. Wszyscy byliśmy przygotowani na jakieś „bum!”. Już mieliśmy tego wszystkiego powyżej dziurek od nosa. Tu nie chodziło nawet o zarobki. Myśmy nie mieli żadnych pretensji do zarobków, tu chodziło o to, że tramwaje są popsute…

O standardy pracy.

…że dostajemy po łbie od pasażerów, że nam ubliżają. To było gdzieś w lipcu 1980. Od jakiegoś czasu wyczuwaliśmy, że pomiędzy nas zaczyna się wkradać chaos. Nasze grafiki nagle okazywały się zupełnie bezsensownie układane. Zaczęliśmy się orientować, że kierownictwo chce nas skłócić ze sobą. I już się znowu zbieraliśmy, kiedy przyszedł sierpień. Strajk w Stoczni.

Jak się pani dowiedziała, że jest strajk?


Nie wiem, chyba w trakcie jazdy, a może dzień wcześniej. Nie pamiętam, naprawdę.

Ale ten swój ostatni kurs, od którego zaczął się solidarnościowych strajk komunikacji miejskiej w Gdańsku, pani pamięta?

Nawet nie pamiętam dokładnie tego wyjazdu z zajezdni i nie pamiętam, co ja wtedy myślałam. Pamiętam tylko te sześć przystanków przed operą . Dokładnie pamiętam nerwy i strach…

Miała pani zaplanowane, że zatrzyma tramwaj?

Nie wiem, chyba nie. Ale już wiedziałam, że coś zrobię. Pamiętam niesamowity strach. Jakbym wiedziała, że mnie postawią pod mur i strzelą, to mniej bym się bała. Nie wiedziałam, co ci ludzie powiedzą, kiedy tam dojadę.

Mówiła pani komuś wcześniej o tym, że chce coś zrobić?

Nikomu nie mówiłam. To był wielki spontan. Może chciałam z siebie zrobić nie wiadomo co, może chciałam, żeby mnie zlinczowali, nie mam pojęcia.

Jedzie pani pod tę operę. Kolejne przystanki…

Jadę i myślę: Boże, stanąć – nie stanąć, stanąć – nie stanąć, stanąć – nie stanąć. Boże kochany, a jak mnie napierdzielą? To pamiętam.

Dlaczego wybrała pani operę?

Bo jak tramwaje staną przy operze, to stoją w całym Gdańsku. Nie ma przelotu. Można tylko pojechać dziesiątką do Portu, i koniec.

Dojeżdżamy do opery i…

No i jak stara panna myślę: będzie wzięcie, nie będzie wzięcia. Myślałam, co to będzie, no i stanęłam przy tej operze, na środku. Tramwaj był pełen ludzi, wyszłam z niego.

Która to była godzina?


Ludzie jechali do roboty, ale która była konkretnie godzina, nie wiem. Stanęłam i mówię: „Ten tramwaj dalej nie pojedzie”. Ludzie byli do tego przyzwyczajeni, bo tramwaj albo się wykoleił, albo coś tam się stało, drzwi się nie zamykały, wtedy myśmy wysadzali ludzi.

Więc na początku ludzie nie wiedzieli, o co chodzi?

Nie, no skąd. Mówię: „Stajemy, bo Stocznia stoi. Trzeba poprzeć strajk stoczniowców”. Bałam się, co się stanie, a ludzie zaczęli brawo bić. To było niesamowite. Ja w środku płakałam, tego nie było widać, ale płakałam. Podszedł do mnie facet, niski, ciemny, i pamiętam jego słowa: „Jestem z PKS-u, nazywam się Zdzisław Kobyliński – my też staniemy”.
Po czym przyjechali moi koledzy kierowcy. Chłopaki mówią: „Robimy to tak, i tak. Na zajezdnie sprowadzamy tramwaje, bazę robimy na Karola Marksa”. Tak się wtedy nazywała ulica Hallera. „My podjedziemy autobusami, was zabieramy”. I tak było.

Kolejne tramwaje stają za wami. Nikt się nie denerwował, że nie jedzie do roboty?

Nikt, absolutnie nikt. Ludziom to nie przeszkadzało.

Co dalej?

Jacyś kierowcy rzucili: „Słuchajcie, ale trzeba pilnować swoich miejsc pracy”. Ustalamy dyżury, pilnujemy porządku. Na każdej zajezdni zostają ludzie, którzy pilnują. I masa ludzi zdecydowała się zostać.

Od razu padło słowo „strajk”?

Oczywiście, strajk! Wybieramy komitet. Ogromny chaos. Ludzie się szukają, inni już szukają sobie miejsca na noc, bo wiedzą, że zostaną. Jeszcze inni mówią: „Ja idę do domu. Nie strajkuję, mnie to nie interesuje”. Ale mało było takich. Sami namawiamy ludzi z trudną sytuacją rodzinną, żeby szli do domu. No i oczywiście wysyłamy naszego kolegę do Stoczni, żeby się przedstawił i przekazał nasze postulaty, które wcześniej ułożyliśmy. Ze Stoczni ma nam przywieźć wiadomość, co tam się dzieje. No i pojechał nasz kolega, ale nie przyjeżdża długo. A jeśli ta Stocznia już nie stoi?

A kolega do domu pojechał.

Tak niestety było. Więc jeden z moich kolegów mówi: „Słuchaj Heńka, to ty weź jedź na tę Stocznię”. Wsiadamy z kolegą do żuka i jedziemy. Przyjeżdżamy na Stocznię no i co? No i okazuje się, że Wałęsa ogłasza koniec strajku.

Wtedy pierwszy raz widziała pani Wałęsę?

Pamiętam, że wskoczyłam na wózek akumulatorowy, darłam się, krzyczałam, jak się nazywam i skąd jestem. Ludzie wtedy wychodzili. Przyleciała Anna Walentynowicz i też zaczęła krzyczeć. Stoi koło mnie jakiś starszy stoczniowiec i raptem leci Wałęsa. Leci Wałęsa i ten człowiek do mnie mówi: „To jest przywódca strajku”. Więc ja do niego. Dzisiaj z książek się dowiaduję, co powiedziałam.

„Zdrada! Jeśli nas porzucicie, będziemy zgubieni! Stocznię zostawią w spokoju, ale małe zakłady rozgniotą jak pluskwy! Nie przerywajcie strajku, autobusy nie zwyciężą czołgów!”

Nie chcę powtarzać, bo nie pamiętam. Wiem, że mu powiedziałam, że nas zdradzili, że jeśli przestaną strajkować, to nas zdradzili. Powiedziałam, że tramwajem czołgów nie powstrzymamy.

Jak oni reagują?


Przy Wałęsie jest mały stoczniowiec, niski facet, jeszcze nie wiem, kto to jest. Wałęsa obraca się i mówi: „Bogdan, co robimy? – No, wiesz, trudno powiedzieć. – No to strajkujemy”. To wyszło od Wałęsy: „Strajkujemy, strajkujemy”. Wałęsa idzie z powrotem, zaczyna nawoływać, w Stoczni nie ma wielu ludzi. I wszyscy jedziemy wózkiem akumulatorowym na dużą salę BHP. Tam jest chaos, tłok, ludzie się przekrzykują. Bogdan siedzi przy jakimś stole. Podchodzę i mówię: „Panie Bogdanie, ja tu przywiozłam od nas postulaty”. On przyjmuje ode mnie te postulaty. W tym czasie słyszę, jak mówią, że trzeba zrobić komitet. Zapraszają nas do stołu, za nami stoi cała masa ludzi ze Stoczni i wybierają. Padają propozycje, kogo wybrać do komitetu. Ktoś wywołuje moje nazwisko. Nie wiem, czy to nie Bogdan Borusewicz. Nie jestem pewna, a może Lechu, nie pamiętam. Dzisiaj jestem przekonana, że to dlatego, że się darłam.

I to jest już Międzyzakładowy Komitet Strajkowy .

Do tego komitetu wchodzą różni ludzie, nie wchodzi Bogdan. Mnie to zainteresowało. Od dziecka jestem osobą, która chce się wszystkiego dowiedzieć. Do dzisiaj taka jestem, jak idę do lekarza, to chcę wiedzieć wszystko i nie ma mowy, żeby on mi nie odpowiedział. I wtedy też, podeszłam do Bogdana i spytałam go. Odpowiedział: „Bo ja bardziej się przydam poza komitetem”. Ale mnie to nie wystarczyło, więc zaczęłam pytać i dowiedziałam się wtedy pierwszy raz, że on jest w KOR-ze, że KOR-u to nie powinno się pokazywać, że to jest Komitet Obrony Robotników. To mi się od razu skojarzyło. I ja mówię: „Ja pana znam, znam pana z ulotek”. I spytałam, czy da mi się uścisnąć. Powiedziałam mu, że mam do niego wielki szacunek. Wtedy też dowiedziałam się o Andrzeju Gwieździe, o tym, jak powstały wolne związki . To mi imponowało, takiej szarej myszce, zgniecionej przez rodziców. Imponowało mi, że jestem wśród takich ludzi, oni byli dla mnie wielcy. Do dzisiaj są wielcy. To było niesamowite.

Wraca pani do zakładu?

Tak. Dopiero późną nocą wsiadam do żuka, jadę na bazę autobusową, przyjeżdżam i mówię: „Słuchajcie, jest taka sytuacja, zostałam wybrana do komitetu strajkowego. Czy zgadzacie się, żebym została? Czy też wybieramy kogoś innego i przychodzi w moje miejsce?” Stałam na jakiś paletach i krzyczałam. Oczywiście kazali mi wrócić. Ja wtedy powiedziałam: „Dobrze, ale wybierzmy dwóch kolegów na łączników. Będą siedzieli na Stoczni i przyjeżdżali do WPK, żeby mówić, co się dzieje. Dopóki będę mogła, to będę do was przyjeżdżała”. Wtedy już wiedziałam od Andrzeja Gwiazdy, że to nie będzie takie proste. Że może różnie się stać. Jeszcze nie było przepustek.

Milicja za wami jeździła?

Cały czas. Już jak wyjeżdżaliśmy z naszej bazy, to za nami gonili do samej Stoczni. Wjeżdżaliśmy jakimś innym wejściem.

Wraca pani do Stoczni. Co się dzieje potem?

Jest wielki chaos, wszyscy biegają. Ludzie zza bramy przywożą chleb, coś do smarowania. U góry stoi stół prezydialny, gdzie my siedzimy. Różne rzeczy się wtedy dzieją, dowiaduję się na przykład o SB, o której nie miałam zielonego pojęcia. Joanna Gwiazda, Andrzeja żona, dostała jakiegoś amoku, bo zobaczyła esbeka, źle się poczuła i ją wyprowadzili.

Gdzie zobaczyła esbeka?


Na sali w Stoczni. Przecież ona była w wolnych związkach, tak jak i Andrzej, i dostawali za to wpiernicz. Więc miała pojęcie, ja nie miałam.

Zobaczyła na sali w Stoczni esbeka?

Oczywiście.

I co?

Krzyczała. Alinka [Pieńkowska]  wyprowadziła ją do szpitala stoczniowego, bo tak było źle z nią, tyle wiem.

Co się stało z tym esbekiem?


Nie wiem. Tyle rzeczy się działo.

Czym się pani wtedy zajmowała?

Najpierw opowiedziałam, jak moi koledzy z WPK wpadli na świetny pomysł radzenia sobie z brakiem paliwa. Przyczepili na żuka biały pasek z napisem „MILICJA” i to wystarczyło, żeby na każdej stacji lali im paliwo za darmo. Wtedy podszedł do mnie Jacek Kłys, który wszedł do komitetu z Rafinerii, i mówi: „Słuchaj, jeśli macie jakąś cysterkę na zakładzie, to nie ma problemu, w rafinerii jest paliwo”. No to ja pobiegłam do jednego z naszych i pytam: „Słuchaj, mamy cysterkę?” On mówi: „Mamy”. „No, to trzeba pójść do pana dyrektora, żeby wyraził zgodę, żeby ją zabrać”. Pojechałam z kolegą do dyrekcji, a pan dyrektor mówi: „Po moim trupie”. A ja: „To już pan nie żyje”. Kolega mówi: „Bierz tę cysterkę, jedziemy do rafinerii”. Miałam – do dziś go mam – zeszyt, gdzie się zapisywało, co i ile. Później z tego była kupa kłótni. Moi koledzy mieli do mnie pretensje, że ja im za mało paliwa daję, temu daję 30, im 30, a oni są moimi kolegami, to im się powinno więcej, a ja byłam nauczona, że jak temu się daje kromkę chleba, to i temu, i nie ma czy kolega, czy nie kolega. Jeden i drugi jest głodny, koniec.

Rozdawała pani tę benzynę?

Wypisywałam takie kartki z pieczątką komitetu strajkowego.

I śpi pani gdzieś na Stoczni?

Raz na dwóch krzesełkach, raz na podłodze. Była noc, że spałam na materacu dmuchanym, taki Grzesio, malarz, przyniósł mi ten materac. Jedną noc przespałam na materacu, a na drugi dzień się okazało, że ktoś inny nie ma jak spać, więc oddałam ten materac, niech śpi. Spało się po 20 minut, tam była gitara, były śpiewy, ja byłam młodą dziewczyną, wtedy nie zależało mi na śnie. Później zostałam wybrana do delegacji do Urzędu Wojewódzkiego. Pojechałam ja, Florek Wiśniewski i Bogdan Lis, zaprosić panów do rozmowy.
Oczywiście, obiecali, że przyjadą. Tam było jeszcze wiele rzeczy, była msza z Jankowskim . Ale trzeba było się też umyć itd. Zapominamy o tych prozaicznych rzeczach, ale ciężko było to zorganizować, na wydziałach były toalety, ale na przykład na naszym – dwie, a ludzi cała masa. Żadna książka, żaden film nie pokazały prawdy tej Stoczni. Później było podglądanie, patrzenie sobie na ręce, kto jest kim. Przyjechali eksperci. Zostałam wciągnięta w wir, gdzie mi pokazywano, co to znaczy polityka, dlaczego te wolne związki itd. Przecież ja byłam zielona. Ludzie z KOR-u przyjeżdżają, poznaję Ewę Milewicz , różnych ludzi…

Kogo jeszcze pani poznaje z KOR-u? Jacek Kuroń ? Nie. On jest przecież internowany…

Jacek Kuroń siedzi, ale o Jacku słyszę. I ja tych ludzi jestem w stanie bronić, oni mnie uczą tego wszystkiego, mam przyśpieszony kurs przez Bogdana, przez Andrzeja Gwiazdę. Oni mi pokazują każdą stronę tego wszystkiego, co się dzieje w Polsce. Jak wyjeżdżam do WPK, to Andrzej Gwiazda odrywa kawałek przepustki i mówi: „Zobacz, ja mam to po to, żeby sprawdzić, jak ktoś wróci, czy nie będzie miał przepustki z tym kawałkiem. Oni mogą wszystko podrobić”. Zaczynam ogarniać to wszystko. Ja tam skończyłam studia polityczne. Uczę się, słucham tego, co mówią, słucham Ani Walentynowicz, która tak wiele wie. Ania jest ode mnie przecież wiele lat starsza, mogłaby być moją matką. Dowiaduje się wtedy, jaka była droga KOR-u, dlaczego powstały Wolne Związki Zawodowe, czemu oni się buntują. Zaczynam się z nimi głęboko identyfikować. Na Stoczni jestem doceniana przez moich kolegów. Wiem, że jak Andrzej ode mnie wziął ten kawałek przepustki, to mu na mnie zależy. To wszystko działa na mnie, buduje mnie. Wiem, że jestem komuś potrzebna, że coś się dzieje, że jeśli mnie zaaresztują, to oni za mną staną.
Ta Stocznia dała mi więcej niż całe moje życie, bo przedtem nikt mi nie dał niczego. Ja nie mogłam usiąść z moimi rodzicami i porozmawiać poważnie o swoich problemach. Słucham o Jacku Kuroniu i ten człowiek staje się dla mnie niemalże Bogiem. Później stanie się moim przyjacielem.

Pięknie o pani pisał w swoich wspomnieniach.

Nie dlatego, że pisał, ale ja bardzo go lubiłam, naprawdę. Jacek Kuroń umiał opowiadać, a ja lubiłam słuchać. Razem z Andrzejem Gwiazdą byłam odpowiedzialna za postulat uwolnienia więźniów politycznych. Dla mnie to był punkt honoru. Jest taki moment uwieczniony w filmie Robotnicy 80, gdy Jagielski mówi: „Parafujemy ten drugi punkt”, a ja mówię: „Nie zgadzam się! Albo wyjdą najpierw z więzienia ludzie, albo nic nie będziemy parafować. Nie ma mowy, żeby było inaczej”. No i on rozmawia z Wałęsą, a Wałęsa mówi: „No to parafujmy”. A ja mówię: „Za Chrystusa” – tak mówię do Wałęsy i tak pokazuję.

I pokazuje pani wała?


Oczywiście, i mam na to dokument, to nie jest jakiś tam wymysł.

To jest nagrane w filmie Robotnicy 80.

Przywieźli mi to filmowcy, bo długo nie mogłam tego znaleźć. Nie wiem, czy pan sobie zdaje sprawę, ale po tym moim wale o dwa dni strajk się przedłużył, bo by był wcześniej zakończony.

Jak to?

Musieli zostawić rozmowy z nami, pojechać i uzgodnić, czy wolno wypuścić więźniów politycznych. Pojechali, nie wiem gdzie, i uzgodnili.

Wałęsa chciał to odpuścić?

Wszyscy byliśmy zmęczeni. Każdy pilnował swoich punktów. Ja nie mówię, że Wałęsa chciał to odpuścić. Jak miałabym swoich kolegów rozliczać za cokolwiek? Nie mówię, że my jesteśmy bohaterami spod Stalingradu, proszę tego tak nie rozumieć, ale ta szesnastka naprawdę ciężko pracowała i nie spała. Przecież przez te wszystkie dni ja w nocy spałam 20-25 minut, to wszystko. Przyjeżdżała delegacja, trzeba było ją przyjąć, nakarmić, położyć. To nie jest tak, że myśmy tam siedzieli i nic nie robili. Ta szesnastka odpowiadała za tych wszystkich ludzi. Gdyby ten strajk się nie udał, nie byłoby dzisiaj Lecha Wałęsy, ale kolegów Lecha Wałęsy też by nie było, bo pewno poszliby gdzieś pod mur. Stoczniowców wszystkich spacyfikować się nie dało, ale tę szesnastkę można było na kopach wynieść. Wiedzieliśmy, że jeśli popełnimy jakieś błędy i cokolwiek odpuścimy, to odpowiadamy przed innymi. Nas ludzie wybrali. Dzisiaj Lechu może sobie mówić: „Wiedziałem, kogo biorę”. Przecież mnie w ogóle nie znał. To stoczniowcy stali i krzyczeli, kogo wybrać. Dzisiaj niektórzy mówią: „Ja tego nie podpisałem”. Gówno prawda, wszyscy to podpisaliśmy, wszyscy jak jeden mąż.

Jak pani zapamiętała Wałęsę z tego czasu?

Wałęsa był zawsze ciężkim człowiekiem. Obrażał się, jak mu coś było nie na rękę i wychodził. Później wracał i trzeba było go opieprzyć, żeby znowu usiadł z nami. Ciężki człowiek, jeśli chodzi o rozmowę.

Wynosił się nad innych? Był szefem?

Nie, co to to nie, wszyscy mieliśmy głos i wszyscy mogliśmy się postawić, Wałęsie również. Dlaczego Wałęsa został okrzyknięty liderem? Miał dwie cechy: cechę przywódcy i cechę faceta, który umie się wysłowić. Mówiąc do ludzi, mówił chłopskim językiem i wszyscy rozumieli, o co chodzi. Jak wyszedłby Mazowiecki, Geremek czy ten Waldek Kuczyński, czy ktokolwiek, to ludzie by ich nie słuchali. A Wałęsa wychodził, mówił prostym słowem, podnosił ręce do góry i to ludzi pociągało.

Był charyzmatyczny.

Był, bez wątpienia. Mam do niego pretensje tylko o to, że zapomniał o innych ludziach. Nie może mówić, że zrobił wszystko sam! Ja zawsze pamiętam o ludziach, którzy tam byli, o moich kolegach z WPK. Gdyby oni tam, w bazie na Karola Marksa, nie stali, kiedy jechałam w ich imieniu do Stoczni, to by gówno z tego było, za przeproszeniem. Pamiętam w Stoczni taką sytuację, ktoś krzyczy nazwiska ludzi, do których przychodzą żony, matki i kochanki, dzieci i przynoszą wałówki jakieś, bo nie było jedzenia. „Kudła Robert!” – krzyczy nazwisko – nie ma nikogo i pani mnie woła i wkłada mi kanapki w rękę: „Proszę pani, ja panią poznałam po głosie, niech pani to weźmie ode mnie. – A komu pani to przyniosła? – Synowi, ale cały czas go wołają, a on nie przychodzi”. Mówię: „On przyjdzie”. A ona: „Ale niech pani i tak weźmie ten chleb. Ja bardzo panią proszę”. Naprawdę się spłakałam, to było niesamowite. Dla mnie ci ludzie byli jedną, wielką rodziną. Nie było ważne, komu matka przyniosła, jak on nie przyszedł, to znaczy, że komuś innemu da.

Nigdy później taka atmosfera się nie powtórzyła?

Nigdy. Ze Stoczni wyszłam ostatnia. Czekałam na telewizję niemiecką, bo taka była umowa. Chodziło o ten pierwszy tramwaj.

Oni chcieli to sfilmować.

Chcieli sfilmować i sfilmowali.

Jak się pani czuła?

Jak tramwajarz w ostatnie kółko jedzie, to do pętli jedzie z pasażerami, a z powrotem jedzie i patrzy, aha, nikt nie wysiada, więc pedałuje szybciej do zajezdni. Nawet się na przystankach nie stawało. Jadąc z nimi, jechałam tak, żeby każdą zwrotnicę przełożyć. Ale nie myślałam wtedy o sobie, tylko żeby WPK wstydu nie przynieść.
Ten tramwaj nagrali. A potem oczywiście, gdzie ja jadę? Na Marchlewskiego, muszę zobaczyć naszą siedzibę [„Solidarności”]. To była pierwsza nasza siedziba, taka kanciapa wielkości toalety, po jakimś małym ZOO, po ptaszkach. Pełno ziarna było. Jest późno w nocy, pierwsza czy druga. Przyjeżdżam, kilka osób się kręci, posiedzieliśmy, wypiliśmy kawę. Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby pojechać do domu. Siedzieliśmy do rana, ustaliliśmy, że teraz jesteśmy Międzyzakładowym Komitetem Założycielskim. Rano żeśmy się pomyli, jest godzina chyba druga czy trzecia, wpada facet, ja stoję przy oknie: „Cześć Ania, która to jest ta Krzywonos, chcę jej podziękować”. Tak poznałam Jacka Kuronia.

Aaaaaaaa! I co?

Od niego się dowiedziałam, że oni w więzieniu słuchali naszych rozmów [negocjacji w Stoczni] i słyszeli to wszystko. Polubiłam go od razu, nie dlatego, że mnie pochwalił, tylko dlatego, że taki był Jacek. W końcu dostaliśmy inną siedzibę, na Grunwaldzkiej, gdzie dostałam swój pokój, to już była zupełnie inna sytuacja. Każdy miał swój pokój i w tym pokoju rządził.

Została pani pracownikiem związkowym?

Zostałam wydelegowana do związków. Mieliśmy znowu masę roboty. Jako komitet założycielski, wyjeżdżaliśmy do różnych zakładów pracy. Tłumaczyliśmy, jak mają związki zakładać. Tłumaczyliśmy, co i jak, czym to się je, mówiliśmy, co było na Stoczni. Nie wszyscy wiedzieli, a to przecież było coś niesamowitego. Nigdy tego nie zapomnę, przyjeżdżam do zakładu pracy, siadam, wszyscy chcieli mnie chociaż dotknąć, taka była euforia. Witam się z ludźmi, nachylam się do przewodniczącego związku i pytam: „Wasz dyrektor też tu będzie?”. On mówi: „Chyba tak”. Ja na to: „To jakiś w porządku facet, czy kawał…”. No nie będę używać brzydkich słów. No i cała impreza się zaczyna, ludzie zadają pytania, ja odpowiadam. Wprowadzam ich w cały ten system. W pewnym momencie któryś tam podnosi rękę i mówi do tego przewodniczącego: „Dyrektorze, ale jak to teraz będzie?”. Boże kochany, facet, którego pytałam, to był dyrektor… I to mnie nauczyło, żeby powstrzymywać język. Zanim zadasz pytanie, zastanów się, do kogo mówisz, co mówisz, jak mówisz. Przeszłam tam lekcję ogłady.

Stała się pani osoba znaną?

To Wałęsa był cały czas pod obstrzałem, do niego prasa waliła drzwiami i oknami. My byliśmy trochę z boku. Wałęsa był symbolem tego związku i choć miał dwóch zastępców – Andrzeja Kołodzieja i Bogdana Lisa – to oni też byli na uboczu. My byliśmy ludźmi do pracy, a Wałęsa był osobą, którą się pokazywało. Z tym, że o godzinie 10 rano wszyscy siadaliśmy przy stole prezydialnym i ustalaliśmy…

Z Wałęsą też?

Tak, wszyscy. Wszyscy rozmawialiśmy i kłóciliśmy się. Wałęsa też się gniewał i wychodził. Jak się pogniewał i wyszedł, to często ktoś wołał: „Heńka!”. To Heńka szła i przywoływała Wałęsę do porządku. Kiedyś wpadam do niego i puszczam mu wiązankę, a tam stoi cała masa dziennikarzy zagranicznych i pytają tłumaczek. Jedna mi potem powiedziała: „Ty wiesz, że oni pytali, co ty tak na niego mordę drzesz? A ja im powiedziałam, że oni tak normalnie ze sobą rozmawiają”. A to chodziło akurat o wyjazd do papieża.

Na czym polegał ten spór?

Na tym, że nie wszyscy chcieliśmy jechać, ale też nie chcieliśmy, żeby pojechała Danka [żona Wałęsy] i, przypuśćmy, kupa księży, bo byli związkowcy, którzy też mieli prawo pojechać. Powiem szczerze, że ja to chyba ze strachu nie pojechałam i nie opowiadam, że było inaczej.

Ze strachu? Przed czym?

Przyszło to zaproszenie do papieża. I w domu usłyszałam coś takiego: „Ty, słuchaj, jak wy pojedziecie wszyscy, całą szesnastką, to was na Sybir wywiozą”. Już Ewka Milewicz mi wytłumaczyła, co znaczą sankcje prokuratorskie. Na drugi dzień przyszłam i powiedziałam: „Jestem na tyle młoda, że jeszcze tego papieża zobaczę, nie muszę się nigdzie rwać”.

Jak dalej wyglądała ta praca w związku. O 10 rano ustalacie…

Uzgadniamy, co robimy. Kto jedzie gdzie, do jakiego zakładu, kto będzie to robił, kto tamto, czasem wyskakują różne rzeczy. Przypuśćmy, przyjeżdżają chłopaki z Poznania i mówią: „Heńka, przyjeżdżaj, jest strajk, nie ma kto tego totalnie poprowadzić, jedź z nami”. I nie było czasu się zastanawiać. Dzwonię do Lecha, czy Bogdana Lisa i mówię: „Słuchajcie, mnie nie ma, ja jadę do Poznania, na strajk. – Dobra, cześć, nie ma sprawy”. Wsiadam w samochód, jadę do Poznania. W Poznaniu pięć dni nie śpię, siedzę na zakładzie pracy, ustalam postulaty. Wojewoda nie chce ze mną rozmawiać. Ja mówię: „Nie ma sprawy, ja mogę wyjść”. Za oknem krzyczą ludzie: „Jeśli ona wyjedzie, my tu, kurwa, szubienicę postawimy i powiesimy cię chuju!”. Czasem trzeba było powstrzymać ludzi, bo się rozochocili. Trzeba było myśleć za nich, żeby nie było tragedii. Nie były to lekkie sprawy, a nie usłyszałam od Poznania nawet słowa „dziękuję”, co mnie trochę boli.

Dlaczego?

Dlatego, że pierwszą siedzibę związku w Poznaniu załatwiłam ja i mój kolega, który dzisiaj mieszka w baraku. Wali mu się podłoga.

Jak się nazywa?

Bonifacy Wysocki. Pojechałam do niego w tym roku latem. Mieszka w tej samej ruderze co wtedy. Wszyscy do jednego kibelka chodzą, gdzie się zapada podłoga. A wszyscy inni się dorwali do czegoś. Nikt nie ma pojęcia o tym, że on cokolwiek zrobił. Chłopak, którego w czasie stanu wojennego ubecy w samochodzie załatwili.

I rozumiem, że dzisiaj nikt o niego nie dba?


Nikt nie zwraca na niego uwagi.

Kim on był w tym Poznaniu?


W WPK pracował i do dzisiaj pracuje w WPK.

I to on pomógł tę pierwszą siedzibę załatwić?

To myśmy załatwili. Wojewoda dzwonił do Wałęsy i krzyczał: „Zabierz mi tę babę z Poznania. Panie Wałęsa, niech pan ją zabierze!”. A Wałęsa mówi: „To ja chcę z nią rozmawiać”. A ja mu mówię: „Jesteś tutaj?! Nie! Nie znasz sprawy, to się nie wpierdalaj”. I już wojewoda wiedział, że nie może mnie lekceważyć.

A teraz ma pani żal do Poznania?

Mam, bo tego Wysockiego odłożyli na bok. Nie słyszałam, żeby był w jakiś sposób uhonorowany, robią różne spotkania i nawet go nie zapraszają. Zapomnieli, że Wysocki istnieje. Tak się nie robi. Teraz w związkach jest cała masa panów, którzy nie mają zielonego pojęcia, co się w Poznaniu działo.

I tak wyglądała wasza robota przez te miesiące po strajku?


Naprawdę byliśmy zapracowanymi ludźmi. Do Wałęsy przychodziła cała masa ludzi, a jeszcze nie było zorganizowanego biura. On sobie nie dawał rady, bo to i dziennikarze, i jeszcze inni. Mówi: „Weź ode mnie tych ludzi”. No i miałam taką jakby komórkę interwencyjną. Przychodzili ludzie z poważnymi rzeczami, ale przychodzili też tacy, co ich kolanko bolało, lekarz nie chciał zrozumieć, a oni twierdzili, że mają wodę w kolanie. Za swojej kadencji czterdzieści sześć mieszkań ludziom potrzebującym załatwiłam. Nie mówię, że to tylko moja zasługa. Mieliśmy porządnego prezydenta miasta, który miał serce i był słowny. Jak powiedział, że da mieszkanie, to dał. Także mojej koleżance załatwiłam. Należało jej się, jak nie wiem. Po pierwsze, miała troje dzieci w tym jedno kalekie. Po drugie była w skrajnej nędzy, mimo że pracowała. Mieszkała za zasłonką u mojego wujka, który był upośledzony psychicznie. Kiedy przyszła do mnie, to powiedziałam: „Stanę na wysokości zadania, postaram się”. I rzeczywiście to mieszkanie dostała. I tak akurat pięknie się trafiło, że ludzie wyjeżdżali do Niemiec, zobaczyli, w jakiej sytuacji ona jest, zobaczyli to dziecko i zostawili jej połowę swoich mebli. Więc ona z wdzięczności przyszła do mnie do biura i przyniosła dwie paczki kawy, ja myślałam, że nią drzwi wybije. Mówię: „Weź tę kawę, sprzedaj, dzieciom cukierków kup albo coś do jedzenia. Koniec na ten temat”. Nawet by mi nie przyszło do głowy, żeby cokolwiek przyjąć. Ale to były takie czasy.
A potem było tak w domu, że już nie mogłam się dogadać z moim mężem. W Gdańsku mnie wszyscy znali, wiedzieli, co się dzieje. I przed rozwodem na chwilę odeszłam od związku, żeby nikt nie powiedział, że ona jest w związkach i zostawia go, bo taka ważna. Uważałam, że trzeba odejść, więc odeszłam. Wróciłam na krótko przed stanem wojennym, kiedy już się wszystkie sprawy wyjaśniły. Z tym, że rozwód był przygotowany wcześniej, w 1980. Tylko to trwało. Kiedy się toczył, w moim mieszkaniu były różne spotkania, często siedzieliśmy długo, a mój mąż leżał w małym pokoju, bo mieliśmy już pierwszą sprawę i nas sąd tak podzielił. Ania Walentynowicz była zmęczona, to jej mówię: „Aniu, nie siedź tu, idź, połóż mu się za plecy”. Nie przypuszczałam, że to później będzie wykorzystane przeciwko mnie. Ania, tak jak stała, w sukience w taką krateczkę, zdjęła tylko buty i położyła się koło niego. I potem to było zarzutem. Adwokat mu to podrzucił, a on to wykorzystał. Oczywiście, w sądzie niczego nie chciałam, tylko rozwodu. Niech to będzie moja wina, obojętnie, chcę rozwodu i chcę zakończyć to małżeństwo. Dla mnie to wszystko, co się działo, było makabryczne. I co tu dużo mówić, do związków mnie ciągnęło z powrotem.
No i wróciłam. Byłam w ciąży, zamieszkałam gdzie indziej i żeśmy rozmawiali z Krzywonosem już normalnie. Nawet mi pomagał w przeprowadzce, dzieliliśmy się tak: „Co chcesz telewizor czy radio?” Nie wiem, czy pan pamięta takie jamniki były, to ja radio, to on telewizor. Bez sądu się podzieliliśmy. Może on mi trochę współczuł?
Kiedyś późno wróciłam do domu, ledwo położyłam się spać, a tu ktoś wali do drzwi, więc jeszcze ogłupiała podnoszę się, otwieram drzwi, a moja sąsiadka krzyczy: „Heńka, wojna!”. Do końca życia tego nie zapomnę. Usiadłam na łóżku, w koszuli, i myślę: „Boże kochany, wojna”. Włączam telewizor, nie chodzi. Radio nie chodzi. Co jest grane? Wojna. Nie wyłączam tego wszystkiego, czekam, jakiś komunikat będzie czy coś. Patrzę, Jaruzelski przedstawia to wszystko. Stan wojenny.
Gdzie iść? Na PKS pójdę, to mnie zwiną. Miałam koleżankę na wsi, która też była związkowcem ze mną na Stoczni, może do niej? Nie, tam też mnie zwiną. Czekam. Nie przyszli tego dnia, przyszli następnego. Nie ruszyli mnie, nikt mnie nie uderzył nawet jednym palcem. Nic się nie stało tego dnia. Przeszli, popatrzyli po szafkach, zabrali się i poszli. Tak jakby przyszła do mnie znajoma i chciała obejrzeć u mnie kąty. Później były rewizje, przeszukania, wysypywali mi cukier, kaszę, co tam miałam. Zostałam bez grosza, jak wybuchł ten stan wojenny. Ojciec mojej koleżanki Małgosi z WPK rzeźni pracował – przynosiła mi a to kawałek jakiejś kaszanki, czasem pasztetowej. Jak pierwszy raz przyszła, mówi: „Przyniosłam coś, daj kawałek chleba”. To ja, że jeszcze nie kupiłam. To ona: „Daj mi na chleb, pójdę i ci przyniosę”. W końcu musiałam się przyznać, że nie mam. To poszła i kupiła pół chleba.

I kontaktu z nikim nie było?

Nie było, dopiero później zostałam wprowadzona w cały ten wir. Wykorzystaliśmy to, że jestem w ciąży, więc mogłam się umawiać, przenosić ryzy papieru, denaturat, tusz i tak dalej. Wiedziałam, gdzie są drukarnie. Działaliśmy ze Stefkiem.

Ze Stefkiem?


Lewandowskim. Też sygnatariusz porozumień sierpniowych. I była ta historia z wałkiem do powielacza. Ktoś go u mnie zostawił, więc ja włożyłam go do wersalki. Wygląda jak wałek do ciasta, tylko oczywiście na łożyskach. Leży sobie tam ładnie. Wpadają do mnie, znowu jest rewizja – przeszukanie to przeszli i poszli, a jak rewizja, to wszystko wypieprzają, wszystkie ciuchy z segmentu. W kuchni wszystko leci, torba z cukrem leci na pokój. To jest mieszkanie jednopokojowe, malutki pokoik, malusieńka kuchnia. Biegają, szaleją. Jeden z nich podnosi wersalkę. Zagląda i mówi: „Co to? – Wałek. – Co to za wałek? – Do ciasta”. On go bierze w rękę: „Na łożyskach? – Tak, bo mąż mi taki zrobił”. Skórka zmarszczyła mi się na tyłku ze strachu. A on ten wałek kładzie, zamyka wersalkę i wychodzą. A mieszkałam w klatce, gdzie przez dół piwnicy można było przejść z klatki do klatki. No i przychodzi do mnie kolega i mówi: „Henia, wiesz, że suka na dole stoi?”. A ja mówię: „Wiem, a ty wiesz, co ja tutaj mam, wałek od powielacza”. I on wyszedł ode mnie z tym wałkiem. Nie mija 15 minut, wpadają. Pierwsze, co robią, podnoszą wersalkę do góry: „A gdzie ten wałek? – Jaki wałek? – Do ciasta”. Idę do kuchni, wyciągam wałek do ciasta: „Proszę”. No i wtedy dostałam wpierdol, ale taki wpierdol, że to się nie da opisać. A potem zostawili mnie.

Pobili panią w domu i zostawili?


Zostawili i poszli. Poroniłam.
Za tydzień czy dwa przyjechali do mnie, położyli na stole pismo i każą mi podpisać. Ja mówię, że absolutnie nie, bo miałam dwóch świetnych nauczycieli. Jednym był Jacek Kuroń. On zawsze mówił: „Jak ci napiszą, że masz coś wziąć, nie podpisuj. Jak ci powiedzą, że masz dać, to też nie podpisuj. Nigdy. Nie masz prawa nigdy niczego podpisywać”. Drugi nauczyciel to był Andrzej Kołodziej. On też mówił: „Heńka nigdy niczego nie podpisuj. A jak będziesz siedziała na dołku, myśl o tym, w czym, kurwa, jesteś najmądrzejsza – to są Andrzeja słowa – to wtedy nie będziesz pieprzyła, jeżeli dostaniesz jakiś zastrzyk prawdomówności, czy coś”. Więc ja za każdym razem, czy mi coś dawali, czy nie, zupę czy cokolwiek, nie jadłam. Nie byłam internowana, ale byłam zatrzymywana na czterdzieści osiem [godzin], puszczana do rogu i zatrzymywana następny raz na czterdzieści osiem. Nigdy nic nie podpisałam. Więc dzisiaj mogą u mnie grzebać. Chociaż i tak dużo tych papierów spalili. Już w latach dziewięćdziesiątych był u mnie człowiek, który pracował przy paleniu papierów w Urzędzie Wojewódzkim, wśród nich była moja teczka. Spalili tego tyle, że w WPK nie było nawet śladu, że tam pracowałam. Kazali mi później przedstawić świadków, że w ogóle byłam tam zatrudniona… No, ale w każdym razie w czasie tej wizyty dostałam do podpisania nakaz opuszczenia Gdańska i zakaz podejmowania pracy w PRL, to było jakoś na przełomie 1983 i 1984 roku.

I co, opuściła pani Gdańsk?

Co miałam robić? Pojechałam do Jankowskiego po pomoc i dostałam tysiąc złotych. Wtedy tysiąc złotych to był ogrom pieniędzy.

I co dalej?

Pojechałam do takiej miejscowości Rucewo, gdzie mieszkał aktor Zenon Nocoń, dzisiaj już nie żyje.

Dlaczego akurat tam?

Dostałam cynk od znajomych ze Stoczni, że tam mogę pojechać, przytulić się. Więc umówiłam się z facetem, że przyjadę. Tam był taki stary dom. Połowa miała okna, a połowa nie, tylko powybijane szyby. To było w lutym mniej więcej, przyjechali chłopaki, studenci gdańscy. W te futryny, które jeszcze były, powstawialiśmy szyby, poprzybijali to listewkami, okna powstały. Zrobiłam bardzo ładne mieszkanie. Nocoń jako artysta miał same drewniane meble, podobne jak u Andrzeja Gwiazdy, a ja przywiozłam swoje. Nocoń był fantastycznym aktorem, byłam zdziwiona, że nie gra w żadnym teatrze, że go nie biorą. Ale on był też alkoholikiem, o czym długo nie wiedziałam.
Przyjechałam tam i musiałam się w gminie zarejestrować. Okazało się, że już wszystko wiedzieli. A odkryłam to przez przypadek. Tam mieszkał w Jerzwałdzie pan Nienacki, który napisał Pana Samochodzika. Oczywiście czytałam to, zawsze bardzo lubiłam czytać. Jadę się rejestrować. Czekam na autobus, a autobus jeździł dwa razy dziennie, więc zatrzymuję samochody. Staje facet polonezem, wsiadam, rozmawiamy. I on mówi: „A pani skąd?”. Ja mówię: „Tutaj, z Rucewa”. „A u kogo pani jest?”. Mówię, że u wujka, bo tak byliśmy umówieni. „Tam przyjechała jedna taka Krzywonos, trzeba na nią uważać, niech pani zwróci uwagę. I niech wujek się z nią nie zadaje, bo to jest antykomunistka”. A potem mi się przedstawił, że jest tym Nienackim. Pytam go: „A zna pan tę Krzywonos? – Tak, oczywiście”. Przed gminą wysiadam, kładę mu dwa złote, bo tyle kosztował autobus, i mówię: „Dziękuję”. On mówi: „Nie, nie. Nie trzeba. – Trzeba”. Kładę mu. „Ta Krzywonos to jestem ja”. Myślałam, że on się zabije w tym samochodzie.

Ze wstydu?

Chyba tak. To był stary ORMO-wiec. W tym czasie napisał tę książkę Raz w roku w Skiroławkach. Wykorzystał tam prawdziwe nazwiska. Napisał różne pierdoły o tych ludziach. O zmarłych źle się nie mówi, ale to był cham w pełnym słowa tego znaczenia. Wchodzę raz do sklepu, ludzie się z nim tam kłócą o te wszystkie rzeczy, a on mówi: „Co mnie w babach interesuje, to tylko ich dupa”. Ale do mnie zaraz: „Przepraszam, pani Heniu, do pani nic nie mam”. Czyli był takim facetem, że jak go opieprzyć, to robi się grzeczny. A tam porządni ludzie, fajni ludzie mieszkali w tym Jerzwałdzie.
Przyjęli mnie bardzo dobrze. Fura przejeżdżała przez moje podwórko, powinna pojechać dookoła, a przejechała przez podwórko i wypadał worek kartofli – na dobry początek. Latem przyjeżdżali do mnie studenci i chyba nie zgrzeszę, jak powiem, że na nich trochę bazowałam. Wiadomo, jechał taki od matki, to puszek parę dała, to, tamto. Ja z tego żyłam. I latem chłopaki rozłożyli swoje namioty. Fajnie było, mieli gitarę, grali. Aż przyjechał sołtys. I mówi do mnie, że mam spisać tych, co tu są, numery dowodów itd. W pierwszej chwili usiadłam przy maszynie Noconia i co zrobiłam? Spisałam te numery. Ale spisując, myślę: „Boże kochany, co ja robię?”. Więc od razu zapałki, spaliliśmy to i mówię: „Chłopaki, jedźcie do domu”. Potem zrobili mi rewizję, nie miałam żadnych ulotek, więc nie mogli się do niczego przyczepić. Wcześniej wszystko, co miałam, oddałam. Nocoń miał takiego przyjaciela lekarza, który we Fromborku pracował. Jak Nocoń przesadził, nie mógł wyjść z ciągu, to on przyjeżdżał, zabierał go do siebie do szpitala, doprowadzał do porządku.
No i ja mówię: „Wojtek, zabierz te papiery”. I on przez wiele lat je przechowywał. Nigdy nie miałam tych rzeczy ze sobą, dlatego tyle się uchowało. W końcu jakoś przed Wielkanocą okazało się, że wszędzie jest światło, tylko u mnie nie ma. To było 500 metrów od pierwszego zabudowania, nad samym jeziorem, gdzie psy dupami szczekają. W nocy spałam z siekierą pod głową, naprawdę strach. Więc stwierdziłam, że koniec, nie ma na co czekać. Wyjechałam do Szczecina. W Szczecinie byłam krótko, przyjęłam się do pracy, bo w czasie stanu wojennego wyszłam za mąż po to, żeby zmienić nazwisko. Tak jak gastarbeiterzy robią…

Wyszła pani za mąż w tym Rucewie?


Przed Rucewem. Byliśmy kolegami, a w Rucewie mieszkaliśmy jakiś czas razem. Z tym że nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego, on nawet narzeczoną miał.

Zatem jesteśmy w Szczecinie…


Tam przyjęłam się do zakładów włókienniczych, na galanterię. Galanteria to taka przędza, która idzie prawie gotowa na szpulki. Poszłam na kurs do tego.

Nie wiedzieli, kim pani jest?

Skąd. I wtedy pierwszy raz się źle poczułam, coś się stało. Dostałam od lekarza trzy dni lżejszej pracy. To było w grudniu, przychodzę potem do pracy, a to była rocznica wybuchu stanu wojennego…

Który to był rok?

Chyba 1984. Wchodzi brygadzistka i mówi: „Pani się nie nazywa Iksińska, pani się nazywa Krzywonos, wczoraj panią widziałam”. A tego dnia w telewizji pokazali, ponoć, bo ja tego nie oglądałam, ten moment podpisania [postulatów sierpniowych], jak wchodzimy na salę BHP. „To, co zrobimy? Sama się pani zwolni, czy ja mam to zrobić? Proszę iść i się zastanowić”. Poszłam i powiem szczerze, płakałam, bo byłam wtedy w trudnej sytuacji. Za mną wychodzi chłopak i mówi: „Na przędzalni jest facet czerwony jak pomidor, ale w porządku. Idź mu, kurwa, wszystko powiedz”. No dobra, idę. Wchodzę: „Dzień dobry. – Dzień dobry!”. On siedzi, patrzy na mnie. Mówię: „Naprawdę nazywam się Krzywonos, jestem sygnatariuszem porozumień sierpniowych”. A on: „I co?”. „No i dzisiaj stała się tragedia, pracowałam na galanterii, przyszła brygadzistka i kazała mi odejść, bo ponoć wczoraj pokazywali podpisywanie. A ja nie mam gdzie pójść, nie będę miała z czego żyć. Kraść nie pójdę”. On wysłuchał i mówi do mnie: „Była pani dzisiaj w pracy? – Tylko godzinę. To proszę przyjść na noc”. A potem może trzy-cztery tygodnie pracowałam. Aż kiedyś pchnęłam wózek i musiałam usiąść przy nim. Dziewczyny myślały, że sobie jakieś jajca robię, ale to nie było z żartów. Poszłam do lekarza i dostałam zwolnienie. Jak byłam na tym zwolnieniu, patrzę, facet na ulicy kobietę bije. Klamką. Krew się leje, ludzie stoją, patrzą, nikt się nie wtrąca. No i wyszłam do tego faceta, wyrwałam mu tę klamkę z ręki. A ta baba – proszę sobie wyobrazić – mordę na mnie drze. W każdym razie okazało się, że kadrowa akurat przejeżdżała i widziała, jak stoję przed domem. I na drugi dzień przysłali do domu kontrolę. Pojechałam sobie coś załatwić, przyjeżdżam, a tu kartka z kadr, żebym się zgłosiła. Ja pierdzielę, co mam zrobić, główkuję, jaki lekarz przyjmuje. Okazało się, że ginekolog. To wsiadłam w autobus i pojechałam do lekarza. On mnie przywitał, zbadał i stwierdził, że mam guz.

Czyli przez przypadek pani tam pojechała?

Zupełnie przez przypadek. I facet mi mówi: „Nie będę pani oszukiwał, niech pani jedzie do szpitala, bo to jest poważna sprawa”. Na drugi dzień pojechałam. Jakie było moje zdziwienie, kiedy porobiłam wszystkie badania i okazało się, że mam raka. A w szpitalu trafiłam na pana ordynatora, który był ordynarny, w pełni tego słowa znaczenia. I jeszcze trafiłam na ten moment, kiedy zaczęto pacjentom mówić prawdę. I on mnie na drugi dzień wezwał do siebie i powiedział: „Ma pani przed sobą rok, dwa, a może trzy życia. Nic nie zrobimy, pani tu u nas też nie ma co robić”. Jadąc z tego szpitala, jak mnie wypisali, żegnałam się z całym światem. Pojechałam do hotelu robotniczego, chociaż już wtedy mieszkałam na kwaterze, bo tam był telefon. Mówię to, bo w tych czasach to był luksus. Stamtąd zadzwoniłam do Gdańska, gdzie miałam lekarza, znajomego profesora. Zadzwoniłam do niego, wypłakałam mu się do słuchawki, on mnie opieprzył: „Mów do mnie, bo ja nie słyszę kobieto. Ja słyszę tylko twój pisk, płacz, a tym masz mówić, a nie płakać”. Więc powiedziałam mu, na czym stoję, a on mi na to: „Poczekaj, zadzwonię na Unii Lubelskiej” – tam był inny szpital – „Pogadam, co da radę zrobić, i jutro ci odpowiem”. No i załatwił mi tam miejsce i tam przeszłam operację. Lekarz potwierdził pierwsza diagnozę. Uciekał, a później potwierdził: „Nie chcę pani mydlić oczu, bo ma pani rok, dwa a może trzy, może pięć. Jak będzie pani o siebie dbała, to może dziesięć, to od pani zależy. Czego nie wolno? Nie wolno dźwigać przede wszystkim”.
Po tym wszystkim stwierdziłam, że jak mam umierać, to muszę umierać w Gdańsku. Wracam do Gdańska, choćby mieli mnie wsadzić do więzienia, to będę w Gdańsku. Mam ich wszystkich w dupie. Przyjechałam do Gdańska, do domu, gdzie nie miałam mebli, nie miałam niczego…

A mieszkanie zostało?

Tak, wynajęłam je. Zadzwoniłam do tej Ulki i powiedziałam, że sprowadzam się z powrotem.

Który to był rok?

1987. Koniec kwietnia albo początek maja. Dowiedziałam się, że potrzebują do pracy pokojowej, kobiety, która wszystko będzie robić, czyli przynieś, wynieś, pozamiataj. Przywozili wtedy do Gdańska Wietnamczyków i powstał hotel dla cudzoziemców. Ja w tym hotelu byłam wszystkim. Jak trzeba było, to stróżem nocnym, jak trzeba było przyjść do recepcji, to byłam recepcjonistką, jak trzeba było sprzątać – sprzątałam.
Pierwsze kroki skierowałam do Gwiazdów. Oni wydawali wtedy taką gazetę „Poza układem” i przywozili do mnie te gazety, a ja je rozsyłałam. Dostałam całą masę adresów od ludzi. Spotykaliśmy się, ale już bardziej towarzysko. Postanowiłam też meble jakieś sobie kupić. Nie byłam taka biedna, bo jak leżałam w szpitalu, chorobowe dostawałam, w szpitalu dostawałam jeść, więc chorobowe składałam na książeczkę. Kolega mi obiecał, że je przywiezie. Kupiłam, czekam na niego, czekam, a on nie przyjeżdża. Wyszłam na ulicę i patrzę, że przed warzywniakiem stoi żuk. Podchodzę i mówię: „Mam tu meble odebrać, chciałabym, żeby pan mi przewiózł”. „Nie ma mowy, ja jestem po giełdzie, daj pani spokój”. A babka z kiosku z warzywami mówi: „Krzysiek, na Gdańską to jest rzut kamieniem, przewieź kobicie”. On mówi: „Jak towar rozpakuję, to wtedy pojadę”. Ja te skrzynki – a kilogram wolno mi dźwigać – jebut, poznosiłam z nim, żeby było szybciej. No i pojechaliśmy, chłopy załadowali na samochód szafę i tapczan. Tapczan razem z nim wniosłam na górę, ale tej szafy nie daliśmy rady, bo to była szafa dębowa. Za Chrystusa tego ruszyć nie można było, została na dole, czekała, aż ktoś pomoże. Usiedliśmy u mnie w kuchni i zaczęliśmy rozmawiać. Powiedział mi, że był w milicji, w wojsku, że mnie skądś zna, bo kiedyś tam widział zdjęcia ludzi, co mają być inwigilowani. Tam było moje zdjęcie.

I rozpoznał panią przy tym warzywniaku?

Nie, dopiero w domu, jak mu powiedziałam, że byłam w Solidarności.

Wtedy skojarzył?

Tak i smutno mu się zrobiło. Spojrzał na ten pokój, a tam tylko stolik i stary telewizor i nic więcej, tylko materac dmuchany. Nie przyjął ode mnie pieniędzy za to wożenie, nic. A jeszcze jak rozmawialiśmy, to nie wiem, jak to się złożyło, że mu powiedziałam, że mam imieniny. Byłam pewna, że ta kobieta z kiosku to jest jego żona. No i przyszedł do mnie z nią na imieniny. Dostałam od niego 25 deka kawy i to był pierwszy prawdziwy prezent w moim życiu. Od dziecka nie dostałam żadnego prezentu od nikogo. No i przedstawił mi ją, że to jego siostra. Ona posiedziała chwilę i poszła, a my żeśmy zostali ze sobą i rozmawiali jak starzy znajomi, jak byśmy się znali od wielu, wielu lat. Przegadaliśmy ze sobą naprawdę całe popołudnie. I jeszcze na koniec powiedział, że jak bym chciała, to mogłabym w tym kiosku pomagać. To zwolniłam się i u niego zaczęłam pracować. Jego siostra szła na rano, to ja na popołudnie, ona na popołudnie, to ja na rano. Jak gotowałam obiad, to mu zanosiłam albo on przychodził do mnie. Nigdy z żadną osobą nie czułam się tak jak z nim. Jak druga połówka jabłka. 15 lipca przyszedł do mnie z siostrą, a 15 października wzięliśmy ślub.

To piękna historia.

Krzysiek jest ode mnie młodszy. Dwanaście lat. Z racji tej swojej choroby nie chciałam za niego wychodzić. Powiedziałam, że jestem chora, i o tym, że nie będę miała dzieci. Powiedziałam, że nie mogę za niego wyjść ze względu na różnicę wieku, bo on później sobie znajdzie kogoś, a ja będę rozgoryczona. Ale nie powiedziałam mu o swoim życiu, o rodzinie patologicznej, nawet o sprawach związkowych nie mówiłam. Tylko tyle, żeby wytłumaczyć, że jeden fikcyjny ślub już brałam, więc drugiego mi nie potrzeba. Natomiast jeśli chodzi o sprawy związkowe, to długo nie miałam do niego zaufania, mimo że tak nam dobrze się rozmawiało i zawsze mówiłam: „Czym mniej wiesz Krzysiu, tym lepiej”.

Nie miała pani zaufania, bo…?


Nie chciałam go w to wciągać. Jednak na hasło „milicja” żaróweczka się zapala. Nienawidziłam wszystkiego, co się wiązało z milicją. A on jeszcze mi powiedział, że był przy poszukiwaniach Popiełuszki. W każdym razie ja nie chciałam, ale on dał mi słowo, że będzie zawsze szczery, nie będzie kręcił, mącił i w razie czego się rozejdziemy. Przemyślałam to sobie, a pieprzyć, i podjęłam decyzję. 15 października wzięliśmy ślub, było śmiesznie, bo jego była dziewczyna brała ślub 45 minut przed nami. Oni schodzili, jego przyjaciel i jego dziewczyna, a my żeśmy wchodzili. Na schodach żeśmy się wyminęli.
I zaraz potem moja mama przyjechała ze wsi i powiedziała mi, że zmarła tam jedna moja koleżanka. Zmarła i została po niej kupa dzieci. „Ty wiesz, tam jest taka malutka dziewczynka, nawet chciałam ją wziąć ze sobą, ale ona nie chciała jechać”. Ja tak posłuchałam i mówię: „Kurde, jedziemy tam”. Pojechaliśmy, poszłam do ojca tej małej, pogadałam i przywiozłam Agnieszkę do siebie. Sama załatwiłam adopcję, chyba w ciągu dwóch miesięcy. Nie wiem do dzisiaj, dlaczego te ośrodki adopcyjne robią to przez wiele lat. I w ten sposób miałam jedno dziecko. Później zmarła moja sąsiadka, którą się opiekowałam na koniec jej życia, a Jasiu był więcej u mnie niż u niej. Ciotka, która miała go wziąć, na sprawie powiedziała, że go nie chce, a ja byłam świadkiem. Co mam zrobić? A sędzia mówi: „Posłuchaj dziecko, przykro mi, ale będziesz musiał pójść do domu dziecka”. No to mówię, że ja go biorę.
Przyszłam do domu, Krzysiek był w pracy, i sobie myślę: „Boże, on mnie zabije”. No i przygotowałam mu takie żarcie, które on najbardziej lubi, popołudnie całe chodziłam i się martwiłam. Krzysiek przyszedł, postawiłam mu to żarcie: „Krzysiek, my mamy dwoje dzieci. – Jak to? – Janka wzięłam. – O, to dobrze”. No i w ten sposób mieliśmy już drugie dziecko, a później wzięłam moją Olę, która teraz też otworzy rodzinny dom dziecka. Na  nasze pytanie: „Olusia, czemu ty to chcesz zrobić?” Ona mówi: „Tato, ja chcę oddać innym dzieciom to, co ja od was dostałam”.

A Olę skąd wzięliście?

Z domu dziecka.

Skąd wam to przyszło do głowy?


Agnieszka była mała, a ja wiedziałam, że już nie urodzę dziecka. Ona bardzo chciała mieć siostrę. No i przyjęliśmy Olusię do siebie. Ola miała 10 lat, jak ją wzięliśmy, Agnieszka już siedem, było troje dzieci. Jeszcze zanim wzięliśmy Olę, pojechałam w Bieszczady na takie wczasy z pedagogiem. Tam przyjechały kobiety, które adoptowały dzieci. I na tych wczasach okazało się, że mamusie przyjechały, ale myślą tylko o tym, żeby z inna panią pogadać, kawę wypić. Z dzieckiem też, owszem, wyjść na spacer, ale na 15 minut. Nie miały, o czym rozmawiać z tymi dziećmi. A ja: „Dzieciaki, idziemy w góry? – Idziemy”. To mamusie doszły kawałek, wróciły, a ja z dziećmi poszłam nawet i 16 kilometrów, kiedyś tak je wyprowadziłam. Byłam potem wściekła na siebie, bo te dzieciaki ostatnimi siłami wracały. Basen był przeciwpożarowy, wyszorowaliśmy z dzieciakami. Kąpały się. Znalazłam wreszcie to, co powinnam robić. Przyjechała tam taka pani z ramienia rządu, która zajmowała się rodzinnymi domami dziecka i słyszała, jak dzieci na koniec wiersze i piosenki o mnie ułożyły. Przyszła do mnie i powiedziała: „Pani Heniu, pani powinna rodzinny dom dziecka założyć. My pani damy domek wymeblowany, wyposażony”. Jak przyjechałam z tych wczasów, to zaczęłam mojemu Krzyśkowi truć głowę. „Wiesz Krzysiu, założymy, weźmiemy więcej tych dzieci, będziemy mieli i będzie fajnie. – Henia, to nie są piłeczki pingpongowe, musisz się zastanowić. Piłeczki możesz odbić, ale dziecka nie odbijesz. Dziecko, które weźmiesz, musi być z tobą. Jak będzie złe, to będziesz musiała wychowywać złe, nie ma wyjścia”. Mojej teściowej zaczęłam opowiadać: „Wie mama, chciałabym taki dom rodzinny założyć”. Moja teściowa mówi: „Jak trzeba pomagać dzieciom, to czemu nie. Będziesz potrzebowała pomocy, to ja ci pomogę”. I to był argument, Krzysiek się zgodził.
A później zaczęły się różne problemy. Okazało się, że za każdym razem trafiały do nas trudne dzieci. My nigdy żeśmy ich nie wybierali. Ale rozkwitały, ja widziałam jak te dzieci, co jak je brałam, były zakrościałe, moczyły się, później rozkwitały. Myślałam, że nie wiadomo, ile trzeba będzie nad nimi pracować, a tu się okazywało, że wystarczy trochę serca, a dziecko oddaje to jeszcze dwa razy więcej, albo i trzy.
I zauważyłam u siebie zmiany, zauważyłam, że dzieci nauczyły mnie ogłady, zastanawiania się nad wszystkim, co robię. Wszystko było pod ich kątem. Wszystko, co robiłam, robiłam pięć razy spokojniej niż dotychczas. Wszystko było wyważone. To nie ja je wychowywałam z Krzysztofem, to one nas uczyły różnych rzeczy. Znalazłam się w miejscu, gdzie powinnam chyba być zawsze, bo to mi dawało satysfakcję. Kiedy dzieci przychodziły, nie głaskałam ich tylko po głowie. Uważałam, że dzieci, które trafiają do domu, mają już matkę i ojca, tym bardziej, że Krzysiu dał im swoje nazwisko. I jeszcze ważna rzecz, o której nigdy Krzyśkowi nie mówię, bo uważam, że męża to chwali się po śmierci, ale Krzysztof był bardzo młodym człowiekiem, jak zakładaliśmy ten dom. Ja miałam trzydzieści parę, a on był ode mnie młodszy o 12 lat. To był facet dopiero po wojsku. A on brał je za rączkę, szedł na spacer, zimą brał je na saneczki, miło było na niego patrzeć. To było niesamowite. Do dzisiaj jest taki.

Gość.

Tak więc najpierw mamy pierwsza trójkę: Jasia, Olę i Agnieszkę. Później przyjęłam jeszcze piątkę dzieci.

Który to był rok?

1994, grudzień. Założyłam ten dom i dostałam od razu pięcioro dzieci – koszmar. Dziś jak wspomnę, Boże! Co to było! Gotowałam w taaakich garnkach! Łukasz miał dwa lata. Całą noc wył: „Pani Emilka!”. Bo on był do pani Emilki przyzwyczajony. Całą noc przesiedziałam, przebujałam dziecko, rano byłam nieprzytomna, a przecież trzeba było wszystko zrobić. To było pięcioro malusieńkich dzieci – dwa, trzy, cztery, pięć i sześć lat.
Naprawdę to było tragiczne, aż wpadłam na pomysł. Miałam stara spacerówkę. Kąpałam dzieci, wkładałam wpierw Łukasza do wózka i śpiewałam: „Zabrałaś serce moje”.  Wybujałam jednego, wkładałam do łóżeczka, następne brałam. Na początku to nie spałam w ogóle nocą, tylko w dzień godzinę. Każde miało chorobę sierocą. Łukasz się bujał, Patrycja klękała na kolankach, trzepała głową o poduszki, tak że była łysa. Trzeba było wymyślić, co zrobić, żeby dziecko włosy miało. To uszyłam czerwony kapturek, czapeczkę i ona w tej czapeczce spała, czapeczka była wytarta, ale włosy rosły. Różne rzeczy musiałam wymyślać. Dzisiaj mogę się z tego śmiać, bo mam dzieci odchowane i mam wszystko gdzieś, a to był naprawdę kawałek bardzo ciężkiego chleba.

Potem przyszło szóste?

Dostałam papiery tych dzieci i w tych papierach było, że tam jest ich więcej. Zaczęłam szukać rodzeństwa. Dzwoniłam po domach dziecka, itd., ale szukałam Moniki Radkowskiej, a okazało się, że ona ma inne nazwisko. Aż nagle zadzwoniła do mnie pani dyrektor domu dziecka w Tczewie i mówi: „Proszę pani, ja mam tutaj siostrę z rodzeństwa Radkowskich i ona bardzo by się chciała z tymi dziećmi zobaczyć”.

Ile miała lat?


Czternaście, piętnaście. I przyjechała do nas do domu. Sobota zleciała, niedziela też. W poniedziałek rano trzeba odjechać, a ona siada przy stole i mówi: „Chciałabym tu zostać”. „No dobrze – mówię – ale musisz wiedzieć, księżniczką tu nie będziesz. Musisz pamiętać o tym, że nie wolno ci zrobić żadnemu dziecku krzywdy, tak? – No. – No i musisz wybrać formę, w jakiej będziesz się do mnie zwracała, możesz mówić «proszę pani», możesz mówić «ciociu», natomiast nie pozwalam sobie mówić na ty”. Ona mówi: „Ale ja będę mówiła, tak jak dzieci”. A dzieci już mówiły „mamo”. No i poczekaliśmy, wrócił Krzysztof, ona usiadła z nim i mówi: „Tato, ja bym chciała w domu zostać”. Rano pojechaliśmy do ośrodka i ona w tym ośrodku: „Ja chcę być u rodziców”. Teraz jest sama mamą, ma dwoje dzieci i nie mogę powiedzieć na nią złego słowa. Miałam z nią takie kłopoty, jak inni mają z dorastającymi dziewczynami, buntowała się, jak nie puściłam jej na dyskotekę. Ja też nigdy nie usłyszałam od niej złego słowa, była najstarsza, którą wzięłam, bo reszta to były maluchy. No i tyle.

Policzmy. Najpierw była pierwsza trójka…

Tak, jeszcze w ramach rodziny zastępczej. Później jeszcze dziewięcioro, w tym szóstka Radkowskich, czyli razem dwanaścioro…

Jak to?!

Jak mieliśmy dziewięcioro, mogliśmy już więcej nie brać. Ale wzięliśmy jeszcze Gienka. A później znowu dzwonią z ośrodka i mówią: „Jest takich dwóch małych chłopców. Dzieci zaniedbane strasznie. Tygodniami były same w domu, głodzone i w ogóle, trzeba coś zrobić”. Mówię do dzieciaków: „Jest dwóch chłopców, których trzeba wziąć”. A moja Monika: „Mamo, mama da spokój. Może później”. To ja: „Dobrze, pojadę ich tylko zobaczyć”. Pojechaliśmy z mężem i pan dyrektor przyprowadził chłopców. A mój Tomek, teraz ma osiemnaście lat, wszedł i mówi: „O, mamo, jak to dobrze, że po mnie przyszłaś!”. I co miałam robić? Przywieźliśmy ich do domu. Monika: „Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam”. I obiecałam wtedy moim dzieciom, że nigdy żadnego bachorka już nie wezmę. Ale potem znowu się dowiedziałam, że trzeba wziąć, a część dzieci poodchodziła… 

Jeeezu…

No i wzięłam, miałam wziąć jedno, a wzięłam dwoje.

I co dalej?

Moja Ola teraz robi rodzinny dom dziecka, te dzieci, które mówią do moich dziewczyn ciociu, zamierzam z nią zostawić. Są z nią bardzo zżyte. Ola ma swoje dziecko, męża,  tłumaczę dzieciom: „Słuchajcie, ale ja was będę brała na sobotę i niedzielę do domu. Ze względu na szkołę tu zostaniesz, bo tutaj masz blisko do szkoły”. Szczerze mówiąc, jestem już bardzo, bardzo zmęczona. Potrzebuję odpocząć. Ciężko było. Mało kto chciał pomóc.

Próbowaliście kiedyś namówić na pomoc biskupa.

Tak. Z tym związana jest fajna heca. Jak moi chłopcy przybiegali z podwórka i do jedzenie chcieli siąść w czapkach, to im mówiłam: „Zdejmij czapkę, coś ty Żyd”. To takie przezwisko, przecież nic nie mam przeciwko Żydom. Ale tak się w domu mówiło. No i moi chłopacy byli nauczeni tego. Łukasz miał może cztery lata i ten biskup przyszedł. Po kolędzie, z naszym proboszczem. Zrobiłam jakieś ciastka, postawiłam kawę, a on w tej swojej… Tiara, tak to się nazywa? Nie, nie, jarmułka.

Jarmułka to jest żydowska.

To jak to się nazywa?

U biskupa? Nie wiem.


Ja też nie wiem. No, ale w tej swojej mycce siedzi no i gada, gada, gada, w końcu za ciasteczko się bierze, a Łukasz mówi: „Halo, proszę pana, a czemu pan czapki do jedzenia nie zdejmuje, coś pan Żyd?” (śmiech). Opowiadamy biskupowi, jak to nam jest, delikatnie sugerujemy, że potrzebujemy pomocy. Podchodzimy go ze wszystkich stron, mamy nadzieję, że może poprosi kogoś, żeby nam pomógł. Biskup powiedział, że będzie się za nas modlił.

A inni?

Długo walczyliśmy o mieszkanie. Poszłam do prezydenta, usiadłam i mówię do niego: „Panie prezydencie, przyszłam do pana, bo otworzyłam rodzinny dom dziecka i chciałam, prosić, żeby pan mi pomógł zdobyć lokal”. A on mi na to mówi: „Zbożny cel za pięć milionów. Bo przecież nie tylko o serce chodzi”. Tak mnie zdenerwował, że wyszłam, nie trzepałam drzwiami, nie wygłupiałam się, ale wyszłam stamtąd. Potem przyleciał do mnie jakiś radny z listą mieszkań, z których mogłabym sobie coś wybrać. Bo pan prezydent zrobił jakiś wywiad i dowiedział się, kim jestem. Zobaczyłam takie mieszkanie na Dworskiej blisko mnie, tam był gabinet odnowy biologicznej, 156 metrów, więc uważałam, że to musi być porządne mieszkanie. Na parterze, kawałeczek ogródeczka, wymarzone dla dzieci. I przyjęłam to w ciemno. Zakreśliłam mu od razu, że to ten lokal. I co się okazało, jak się wprowadziliśmy? Kafelki rozbite młotkiem, krany powyrywane, zlewy porozbijane, rozwalone wszystko, a na podłodze nic nie było, zamiast tego cementu czy jakiejś podmurówki zwykła ziemia, i tylko wykładzina na tym była położona.
Musieliśmy zacząć od remontu. Trzeba było wziąć fachowca, ale on chciał pieniądze z góry. Jak nie będzie miał tych pieniędzy, to nie będzie w stanie rozpocząć pracy. To był szwagier proboszcza, więc proboszcz dokładnie znał sytuację, wiedział, że my jesteśmy bez pieniędzy, bez niczego i chciał nam pomóc. Dlatego właśnie przyprowadził nam tego biskupa Pawłowicza. A biskup powiedział, że będzie się za nas modlił.

Ale polityką nie przestała się pani zupełnie interesować po 1989 roku.

Na początku próbowaliśmy razem z Gwiazdami. Robimy z powrotem wolne związki zawodowe, reaktywujemy. Różne hece się dzieją, przepychanki, nie przepychanki. Joaśka Gwiazdowa doszła do tego, że zwołujemy ludzi do związków. Wchodzi w to Ania Walentynowicz, Gwiazdowie, jacyś ludzie, profesorowie, nie profesorowie. Jakieś pięćdziesiąt osób. Jedziemy na Stocznię. Na małej sali BHP odbywa się zebranie solidarnościowe, a my wchodzimy na dużą salę. Stoimy pod okienkiem, z piętnaście osób, i czekamy. Czekamy, nikt nie przychodzi, wchodzi pan dyrektor, podchodzi do mnie i mówi: „Pani Krzywonos, starczy wam tej wody na stołach?”. Każdy stół z wodą i szklaneczkami. Mówię im: „Słuchajcie, nikt nie przyjdzie. – A co tam pieprzysz, poczekaj jeszcze trochę. – Słuchajcie, to nie ten czas, nie ten czas. Nie ma, o czym mówić”. No, ale Joanna stwierdziła, że jednak to ten czas, i ja już z nimi nie byłam.
Chociaż kiedy są wybory, pierwsze, demokratyczne, i w tych wyborach bierze też udział Andrzej Gwiazda, Ania Walentynowicz, mówię: „Mogę wam pomóc, ale ja w nic nie wchodzę”. Podpisy im zbieram. A dlaczego nie wchodzę? A dlatego, że nie czuję takiego powołania, mam inne obowiązki, dzieci, dom. Ale nie o to chodzi. Od czasu tej sytuacji w Stoczni mnie się zaczyna nie podobać wiele rzeczy w tym, co oni robią. Próbuję im coś wytłumaczyć, a oni nie rozumieją. Na pierwszym zebraniu, kiedy omawiamy ich start, mówię: „Trzeba prasę powiadomić”. A Joanna wyskakuje: „Ty masz jakieś, kurwa, ubeckie odloty. Żadnej prasy, żadnych wywiadów!” Na co ja: „Przecież bez tego nic nie zrobicie”. Gdzieś ich zapraszają, a oni nie, absolutnie. A przecież pośród tych innych, co startowali, to połowa bab sobie zęby porobiła, inni chociaż ciuchy kupili – zainwestowali, żeby się jakoś zaprezentować. Jeździliśmy jeszcze do Wrocławia, do Łodzi, na różne spotkania, ale widać, że nic tego nie będzie. Myślę, dam sobie spokój. No i dałam. Któregoś dnia zbieraliśmy podpisy, podchodzi stoczniowiec i mówi do Ani: „Ty stara dewotko”. Na co ona, jak automat: „A bo Wałęsa nas okradł”. Przestało mi się to podobać. I powiedziałam im: „Słuchajcie,  myślicie, że wy cokolwiek zrobicie takim sposobem? Nic nie zrobicie, przykro mi. Ja dziękuję bardzo”. Odeszłam, bo nie widziałam siebie w tamtym miejscu. Przykro mi, ja Andrzeja nadal szanuję i Anię Walentynowicz, ale nie widzę się z nimi w jednym obozie. Oni zostali w osiemdziesiątym roku, oni nadal wojują.

A jak po osiemdziesiątym roku spotykała się pani z Wałęsą, to była przyjaźń, koleżeństwo?

Ja taka już jestem, że zawsze mówię ludziom, co myślę. Dzięki temu zresztą, wszelkie zatargi zawsze wyjaśnialiśmy prosto w oczy. Natomiast Lechu bał się, wiedział, jaki ja mam charakter, obawiał się, że ja mogę z czymś wyskoczyć, więc unikał zbliżenia ze mną. Zobaczyliśmy się, jak Jankowski miał trzydziestolecie kapłaństwa. Lechu przyjeżdża jako prezydent. To są te czasy, kiedy jak przyjeżdżają różni ludzie na świecznikach do Jankowskiego, to on ich sadza w krzesłach przy ołtarzu. I dla mnie też tam jest miejsce, koło Fiszbacha , a ja nie chcę koło Fiszbacha siedzieć i przy ołtarzu. Byliśmy po dwóch różnych stronach barykady i wcale nie mam na to ochoty. We mnie to nadal siedzi.
A na dole siedzą moi koledzy. Mówię więc: „Nie, ja tam usiądę z nimi, bo tam jest moje miejsce”. Nawet żeśmy się z Wałęsą nie przywitali, jakoś tak wyszło. Potem w dwudziestą rocznicę sierpnia się widzieliśmy. Wałęsa wchodzi, z wszystkimi się wita, ze mną również, ale to jest takie przywitanie… On mnie chyba macał, jak to będzie wyglądać, czy ja z czymś wyskoczę. Mnie tam było obojętnie. Później spotykaliśmy się przy różnych imprezach, wszystko było normalnie. Nie ma możliwości, żeby któreś się od któregoś odwróciło. Rozmawiamy ze sobą, nie będziemy niszczyć między sobą mostu.

Ma pani o coś żal do Wałęsy?


Może by się coś tam znalazło. Mam żal, że mówił: „To ja zrobiłem, to ja byłem. To ja dokonałem”. Największy żal mam chyba za Stocznię, za to, że nie pomógł jej się podnieść. Dwie osoby są za to odpowiedzialne: Wałęsa i Płażyński. Był okres, kiedy stoczniowcy strajkowali przeciw upadłości stoczni, a Płażyński to nawet szedł razem z ludźmi, jajkami rzucał. Ale to było tylko takie czarowanie, on tylko robił sobie kampanię wyborczą. I jeszcze mam pretensję, jeśli mam być szczera, o to, że w dwudziestą piątą rocznicę przy pomniku nie było stoczniowców, w ogóle nie dostali zaproszenia. Tam była msza, którą odprawiał abp Dziwisz, ale ze sztandarami stoczni stali jacyś przebierańcy. Stoczniowcy nie wyszli, zostali za płotem. Rozczarowanie. Dla mnie to jest ważne.

A jak się pani podobały te przemiany lat 90.? Pani była krytyczna wobec Okrągłego Stołu, zbojkotowała te wybory, prawda?


Tak jest.

Nadal pani uważa, że Okrągły Stół był formułą przygotowaną przez komunistów?

Nie usiadłabym i nie piła wódki z nimi. Na pewno nie robiłabym tego. A jeśli chodzi o same przemiany, to wiele rzeczy mi się nie podoba. Pomoc społeczna to jest tragedia. Nie wiem, czy nie będę startowała w następnych wyborach, naprawdę tego nie wiem, bo mnie pomoc społeczna kołkiem stoi w gardle. Na przykład pogotowia rodzinne, gdzie zabiera się dzieci z domów. A ja uważam, że tej rodzinie należy pomóc. Umówmy się, że nie wszystkie dzieci są piękne i takie cukierkowe. Są dzieci, które się nie dają lubić, bo mają żal od urodzenia. I te dzieci przechodzą tylko z rodziny zastępczej do rodziny, i co z nich zostanie? Żadnej przynależności, niczego. Tymczasem, gdybyśmy rodzinom pomagali… Znam przypadki, gdzie matce zabrano dzieci tylko dlatego, że żyła w skrajnej nędzy.

Uważa pani, że to bieda jest podstawą patologii?

Oczywiście. W tym roku odejdę na emeryturę, której nie wiem, czy z 600 złotych dostanę, za całą swoją pracę. Młody człowiek, który kończy szkołę, idzie do pracy, dostaje 650 złotych. „Solidarnością” też jestem rozczarowana, bo „Solidarność” niewystarczająco staje za ludźmi. Tu jest klęska na całej linii i to mnie rusza.

Czy Wałęsa w ogóle powinien zostać prezydentem?


Tak jak ja baletnicą.

A jeśli chodzi o sprawę Bolka?


Powiem krótko: Wałęsę należy zostawić w spokoju.

Nawet jak był agentem w latach siedemdziesiątych?

Tak, nawet jak był agentem. Nawet jeśli w tamtych latach donosił na ludzi. Jeśli. Bo też nie ma na to ostatecznych dowodów. Wałęsa jest moim kolegą. Co on robił w latach siedemdziesiątych, to mnie w tej chwili nie interesuje, wiem, co on zrobił w osiemdziesiątym roku razem ze mną i z innymi, i dla mnie to jest ważne. Wtedy nie zrobił z siebie idioty ani nie donosił. To jest tak jak z narzeczeństwem. Chodzimy w narzeczeństwie i to, co było przedtem, mnie nie interesuje.

Czy poznała pani Lecha Kaczyńskiego, Jarosława?

Oczywiście. Lecha poznałam, a z Jarkiem miałam ze trzy razy do czynienia. Nie będę o nim mówiła, nie mam prawa, musiałabym go dobrze znać. Natomiast z Lechem Kaczyńskim spotykałam się, znam Marię Kaczyńską.

A co z Lechem Kaczyńskim?

Lecha bardzo szanuję, to bardzo w porządku człowiek, natomiast uważam, że on sam za siebie nie odpowiada. Jest jak kukiełka, jakby go ktoś na palec włożył i przewracał nim. Trochę go nie poznaję.

No tak.

I dziwię się Lechowi, bo on jest kolegą Wałęsy. A jak są kolegami, to jeden drugiemu piasku, przepraszam, w dupę nie powinien sypać.

A skąd pani zdaniem bierze się ta obsesja dotycząca agentów u Gwiazdów, u Krzysztofa Wyszkowskiego?

Mam powiedzieć szczerze? Ich wszystkich popieprzyło. A to są przecież wspaniali ludzie, nie wiem, o co chodzi. Powiem tak: jak zobaczyłam Jaruzelskiego na ostatniej sprawie, to stwierdziłam, że ich wszystkich pojebało, żeby tego człowieka prowadzić jeszcze przed Trybunał. Widzę starego człowieka, który powłóczy nogami. Pamiętam też jedną rzecz u Jaruzelskiego, kiedy byliśmy na Stoczni, poprosili go, żeby wszedł z wojskiem, a on odmówił. Chociaż za to mu podziękujmy, a nie ciągajmy go teraz przed sądy. Jeśli ktoś umiera, dajmy mu godnie odejść. Nie można nikim tak szarpać. Tak samo Wałęsa, co by nie zrobił, ale wybieraliśmy go na prezydenta – ja go nie wybierałam, od razu mówię, bojkotowałam wtedy te wybory – ale naród wybrał Wałęsę. Uważam, że bicie w tej chwili w Lecha Wałęsę, to bicie w „Solidarność”. Czasem dochodzę do wniosku, że tylko ja nie byłam w SB, bo wszyscy inni byli, może jeszcze kilku stoczniowców nie było. Kiedy usłyszałam, że Jurczyk  podpisał lojalkę, to myślałam, że z krzesła spadnę, że naprawdę orła wywinę. To jest niesamowite, nigdy bym nie uwierzyła. Ale pamiętałam też, co się Jurczykowi stało z rodziną. Kiedyś Jacek u mnie w domu opowiadał różne rzeczy, a ja mu powiedziałam, jak Boga kocham, cytuję swoje słowa: „Jacek, ja nic nie chcę wiedzieć, bo jak dojdzie do czegokolwiek, to dostanę raz w pysk i wszystko powiem, wyśpiewam jak na spowiedzi”. Ja tak się boję bicia.

Ale nigdy pani nic nie powiedziała?

Nie. I nie podpisałam. Ale przyłóżmy do tego inną rzecz. Z moim Krzysiem prowadzimy kiosk Ruchu, ja jestem chora, mam zapalenie płuc, Agnieszka moja ma grypę, a Krzysiu siedzi cały dzień w kiosku. Po czym zamyka o dziewiętnastej, przyjeżdża do domu i o godzinie czwartej musi wstać, żeby o piątej otworzyć kiosk. Ponieważ tak było przez tydzień, bo ja chorowałam, to nie zauważył i podłożyli mu fakturki na bilety z towarem, który przywieźli. I Krzysiu wziął, bo kolejka stała. I fakturki podpisał na siedem tysięcy złotych. A potem manko.

Ktoś was wrobił?

Nie tylko nas, wrąbali wtedy chyba cztery czy pięć kiosków, magazynier się powiesił. I  wracając do tej sprawy, to mogła być identyczna sytuacja.

Mogli mu coś podłożyć?


Wcisnąć można wszystko, nawet, że Wałęsa miał pięć razy chorobę weneryczną. Wszystko można wcisnąć człowiekowi, dziecko w brzuch kobiecie można wcisnąć. To były czasy, kiedy w ten sposób załatwiano ludzi. Gdyby tylko ten Wałęsa nie bronił się tak kurczowo. Myślałam nawet, żeby wziąć za telefon, zadzwonić do niego i powiedzieć: „Olej, kurwa, to wszystko”.

W sensie przyznaj się, czy w ogóle nie zwracaj na to uwagi?


„W ogóle nie zwracaj na to uwagi, olej to”. Możemy latami gdybać, był czy nie był? Tylko dla mnie najważniejsze jest to, że jeśli był, a inni od dawna wiedzieli, to dlaczego wtedy nie mówili? Jeśli teraz mówią, to chyba chcą go ukarać za to jego: „ja byłem, ja zrobiłem”. Ale nie tą metodą, nie tą metodą!
Pojechałam z moimi dziećmi w zeszłym roku do Brukseli, zaprosił mnie Janusz Lewandowski, i naprawdę serce mnie bolało. Tam w Brukseli na rynku różni ludzie, z różnych stron świata siadają wieczorem, jest tak fajnie, bo tam się zapala ten cały zamek i oni siedzą, i śpiewają, każdy w swoim języku. A Polacy, kurwa, stoją, żaden się nie odezwie. Jak Boga kocham. To ja mówię do moich dzieci, tu musi być polski język, śpiewamy czy chcecie tego, czy nie. I moje dzieciaki śpiewały. U nas zawsze musi być ktoś taki, kto każe zaśpiewać – i takim kimś był Wałęsa.

 — 
*Henryka Krzywonos - tramwajarka, członkini Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, sygnatariuszka porozumień sierpniowych, prowadzi rodzinny dom dziecka.

kp15_s.jpg Wywiad ukazał się w 15. numerze „Krytyki Politycznej”.

Na podobny temat

Aktualizacja    ( 14.08.2010 )
 
« poprzedni artykuł
Generated in 1.50483 Seconds