Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Graff: Święte życie, święty lęk Drukuj
Agnieszka Graff   
12.01.2008
Polaków nie obchodzi in vitro, aborcja, religia w szkole - zapewnia w „Dzienniku” Konrad Kołodziejski. I świetnie się składa, bo poruszanie tych tematów może doprowadzić do „krucjaty, która zniszczyłaby polskie marzenie o zbudowaniu normalnego, nowoczesnego państwa”. Wywołując zaś te niebezpieczne tematy, „Gazeta Wyborcza” stara się „przekonać czytelnika o wadze problemu”, której jeszcze niedawno „jakoś nikt nie dostrzegał”, oraz „przetestować rząd z liberalizmu”; lewica zaś „ujadaniem przeciw Kościołowi chce wywołać rewolucję kulturalną” (9 stycznia).

Oto podręcznikowy przykład podszytego lękiem myślenia życzeniowego: coś wydaje się groźne, więc uznajemy to za nieważne lub nieistniejące. Milczenie to normalność, a niebezpieczeństwo ściągają ci, którzy o nim mówią.

Znieważyli ludzi

Spory na temat relacji państwo - Kościół toczą się w Polsce od lat, od lat są też lękliwie wyciszane. A przecież dotyczą samego serca naszego ładu ustrojowego. Ten spór z pewnością wywołał Episkopat - zdumiewającym listem na temat rzekomej niegodziwości in vitro.

Trzeba sporego wysiłku, by twierdzić, że „krucjatę” prowadzi w tej kwestii lewica. Już łatwiej byłoby oskarżać Ewę Kopacz, która ośmieliła się wspomnieć o planach refundacji. Bo czyż w katolickim kraju, normalnym i nowoczesnym, minister zdrowia nie powinna siedzieć cicho w kwestiach związanych z płodnością i seksualnością? Wiedzieć, że o „tych rzeczach” decydują biskupi?

Fakt pozostawienia bezpłodnych par samym sobie przez polskie państwo jest ewidentnym skandalem, złamaniem zasady równości obywateli. Przyczyną tej dyskryminacji nie jest brak funduszy, lecz presja Kościoła katolickiego. Ale czy państwo przekazało u nas moc decydowania w kwestiach związanych ze zdrowiem reprodukcyjnym obywateli hierarchom Kościoła? A jeśli tak, to dlaczego tylko w tej dziedzinie? Może wprowadzić ustawowy zakaz jedzenia mięsa w piątki albo obowiązek modlitwy przed każdym posiłkiem?

Rzecznik praw obywatelskich rozpatruje możliwość zaskarżenia do Trybunału Konstytucyjnego przepisu, który zezwala na aborcję w przypadku zagrożenia zdrowia kobiety. Może Ministerstwo Zdrowia powinno się zastanowić nad rozwiązaniem systemowym: kobiety w ciąży oraz niepłodne z zasady pozbawić prawa do opieki zdrowotnej. Hanna Samson proponowała swego czasu taki zapis w konstytucji: RP chroni człowieka od momentu poczęcia aż do jego narodzin.

Tym razem biskupi uderzyli w czuły punkt - znieważyli publicznie wielką rzeszę ludzi. Szacuje się, że problem niepłodności dotyczy w Polsce co piątej pary, pozostaje jednak tabu, bo wiąże się z nim poczucie napiętnowania i wstydu, szczególnie u kobiet. Na forach i w poradnikach dla niepłodnych raz po raz pojawiają się sugestie, jak reagować na wścibstwo innych. Na presję rodziny: „Kiedy wreszcie dacie nam wnuka?”. I na pytania sąsiadów i znajomych: „Nie chcecie mieć dzieci? Rodzicielstwo to cudowne doświadczenie!”.

Ale jak odpowiedzieć biskupom - żyjącym w celibacie mężczyznom w podeszłym wieku - gdy mówią, że starania o dziecko to „wyrafinowana aborcja” i „niegodziwość”? Jak rozmawiać z metropolitą lubelskim, gdy grzmi z ambony: „My też byliśmy zarodkami. Nas też można było zamrozić”? „Każde dziecko ma prawo zrodzić się z miłosnego aktu małżeńskiego jego rodziców” - powiadają hierarchowie.

A przecież zgodnie z ich poglądem do urodzenia dziecka prawo powinno zmuszać zgwałconą nastolatkę. I co mają bezpłodne pary powiedzieć rządowi, który razem z biskupami zamierza w specjalnej komisji rozpatrywać etyczny wymiar in vitro?

Nawrócić lub spacyfikować

Piotr Pacewicz pisze w „Gazecie”: „Polska nie jest krajem wyznaniowym. Byłoby źle, gdyby parlamentarzyści posłuchali biskupów i stanęli po stronie zimnej doktryny przeciw prawu obywatela do podejmowania wyboru w tak delikatnych, nieoczywistych kwestiach” (19 grudnia 2007). Nie podzielam jego optymizmu.

Jak zauważa Wojciech Sadurski, państwo zaangażowało się we wspieranie religii w wielu sferach. „Religijne uzasadnienia regulacji prawnych (…) traktowane są jako dopuszczalne, normalne przesłanki ograniczania wolności ludzi, także niewierzących” („Gazeta Świąteczna” z 5-6 stycznia). Nie chodzi więc o to, czy Polska jest krajem zamieszkanym w większości przez katolików, lecz o to, że kościelny system wartości przejęło polskie państwo. Traktuje ono światopogląd katolicki - i to w głęboko upolitycznionej, fundamentalistycznej wersji - jako wyznacznik naszej tożsamości w zjednoczonej Europie.

Kościół ma w Polsce monopol w sferze aksjologii i definiowania zbiorowej świadomości - diagnozowała w 2002 r. Kinga Dunin. Pisała, że wniesienie języka kościelnego do sfery publicznej „tworzy wrażenie pewnej nieprzystawalności”; powstaje „rodzaj świętego lęku, który towarzyszy ludziom chcącym uchodzić za przyzwoitych i rozsądnych, kiedy mają jasno wypowiedzieć się w sprawach, które na mocy niepisanej umowy leżą w gestii Kościoła”. Język fundamentalistów jest nieprzetłumaczalny na inne kategorie; nie są oni w stanie potraktować innych wartości jako równoprawnych w sferze publicznej. Przeciwnika można nawrócić lub spacyfikować, o szacunku i prawdziwym spotkaniu nie ma mowy. Można mówić językiem Kościoła lub milczeć.

Obywatele operujący odmiennym systemem wartości czują się bezradni; wycofali się więc ze światopoglądowych sporów. W gestii świeckiej władzy pozostało jedynie zarządzanie gospodarką; nad wartościami niepodzielną pieczę objął Kościół, który naciskając na władze, wpływa na ustawodawstwo.

Co ciekawe, ten stan rzeczy dostrzegają i krytykują dziś nawet konserwatywni komentatorzy, skądinąd głęboko przywiązani do kulturotwórczej roli Kościoła. Cezary Michalski w wywiadzie z dominikaninem Janem Andrzejem Kłoczowskim martwi się, że wobec słabości władzy w Polsce pojawiła się „grupa mocno upolitycznionych katolików, którym ich własne życiowe czy polityczne frustracje pomyliły się z Ewangelią”; pod ich naciskiem atrofii uległ rozdział Kościoła od państwa. Przypomina, jak Ryszard Legutko po chwili wahania ugiął się pod presją Kościoła w kwestii wprowadzenia ocen z religii do średniej, i podsumowuje, bynajmniej nie z pozycji antyklerykalnych: „I tu pojawia się cień »Boga, który jest Carem «, może akurat w Polsce nie do końca potrzebny”. Dominikanin chętnie się zgadza: „Zupełnie niepotrzebny”. I dodaje: „i szkodliwy dla tego, co naprawdę jest ważne z punktu widzenia odnowy życia” („Europa” z 22 grudnia 2007).

Cicha, wstydliwa umowa

Granice między państwem a Kościołem zacierano w Polsce latami, w oderwaniu od reguł demokracji. Obecna burza wokół in vitro to kolejny odcinek trwającego od kilkunastu lat serialu. Gdyby ktoś chciał to sfilmować, proponuję tytuł „W jak władza”, bo tytuł „Ekipa”, niestety, już jest zajęty.

W latach 90. nie doszło do referendum w kwestii prawa do przerywania ciąży, mimo że domagało się go ponad 1,2 mln obywateli. Nie było publicznej debaty na temat konkordatu - rząd Hanny Suchockiej podpisał go w 1993 r. w pośpiechu, pomijając krytyczne opinie. W efekcie państwo wzięło na siebie m.in. obowiązek organizowania nauki religii w szkołach publicznych.

Bez debaty obeszło się też w 2003 r., gdy w aneksie traktatu akcesyjnego zamieszczano specjalną deklarację o nadrzędności ustawodawstwa polskiego nad unijnym w dziedzinie ochrony życia i w kwestiach moralnych - mimo że Unia z zasady w tych dziedzinach nie ingeruje w ustawodawstwo swych członków. Nie chodziło jednak o miejsce Polski w Unii, lecz o zaznaczenie roli Kościoła w Polsce.
Deklaracja stanowiła zwieńczenie obowiązującej od lat między kolejnymi rządami a Episkopatem cichej umowy, która w krajobrazie polskiej historii ostatniej dekady stanowiła element oczywisty, a zarazem wstydliwy. Dlatego adresowany do Parlamentu UE List Stu Kobiet z lutego 2002 r., który mówił o tej umowie wprost, przyjęto z mieszaniną niedowierzania, pogardy i agresji.

List stwierdzał: „doszło do swoistego porozumienia między Kościołem katolickim a rządem w kwestii przystąpienia Polski do Unii” - Kościół „będzie popierał integrację z Europą w zamian za rezygnację rządu z dyskusji nad nowelizacją ustawy antyaborcyjnej. (…) W kuluarach integracji Polski z Unią Europejską odbywa się zatem swoisty handel prawami kobiet”.

Oprócz feministek, które o „tych rzeczach” mówiły od lat, list podpisały m.in. Wisława Szymborska, Agnieszka Holland, Maria Janion i Ewa Łętowska, nie dało się go więc całkiem zignorować. Można było jednak uznać protest kobiet za rodzaj zdrady narodowej (tak go widziała prawica) lub za groźny błąd strategiczny (to głosy „umiarkowane”). Reakcje te brzmiały tak jak komentarz z „Dziennika” i można je streścić tak: „cicho tam, nie psuć nam normalności i nowoczesności”. Parlament UE odpowiedział chłodno i wymijająco: prawa reprodukcyjne pozostają poza zakresem zainteresowań legislatorów z UE.

W kolejnych latach polscy politycy raz po raz odcinali się od europejskich standardów w zakresie praw kobiet i mniejszości seksualnych. Nieważne, czy Unia chce i może Polsce cokolwiek narzucić; ważne, by zaprotestować, dać wyraz oburzeniu, obawie, niezłomności. Gesty te powtarzano rytualnie, stanowiły demonstrację prawicowego patriotyzmu. A że innego w sferze publicznej nie było, Polska specyfika w Europie została utożsamiona ze sposobem myślenia o płci, który cechuje chrześcijańskich fundamentalistów.

Niepłodność to nie dopust boży

Językiem „świętego strachu” bezbłędnie mówią dziś liberałowie. Początki władzy PO - partii, która szacunek do obywatelstwa, a zatem wartości liberalnych, ma w nazwie - to odrzucenie przez Polskę Karty Praw Podstawowych. Nie powiedziano tego otwarcie, ale jasne było, w czym rzecz: w obawie (bezpodstawnej), że na podstawie Karty może dojść do poszerzenia praw mniejszości seksualnych. Ta obawa - obok stosunku do ludzkiej płodności - wyznacza polską odmienność w Europie.

Manii uświęcania często poddają się ludzie, którzy usiłują dziś publicznie bronić procedury in vitro przed atakiem Kościoła. Unikają neutralnych słów „zapłodnienie” czy „zarodek”. Mówią o „cudzie poczęcia” i powstających w probówkach „dzieciach”, jakby licząc na to, że biskupi wycofają się dzięki temu z kuriozalnej tezy, że in vitro jest „wyrafinowaną aborcją”.

„Święty lęk” nie zda się tu jednak na wiele. In vitro to proces, w którym nauka i ludzka determinacja zmagają się ze ślepym losem, by mogło się urodzić upragnione przez rodziców dziecko. Tymczasem biskupi są przekonani, że płodność należy zostawić w rękach Boga; ludzkie pragnienia mało się liczą. W języku kościelnym zamiast intymności jest świętość. Wara od niej ludzkiej potrzebie decydowania o własnym życiu. Niepłodność to dopust boży; człowiek - zwłaszcza kobieta - musi się z tym pogodzić. Przedmiotem etycznej troski są zamrożone zarodki. Można tak myśleć i tak odczuwać. Nie można jednak tego sposobu myślenia i odczuwania narzucać nam wszystkim.

Nie wygra się tego sporu, przechodząc na dialekt kościelny - trzeba odzyskać inny, zapomniany w Polsce język. W tym języku ciążę nazywa się ciążą, zarodek - zarodkiem, o chorych mówi się z empatią. Porównanie in vitro do aborcji w uszach wielu zabrzmiało obelżywie i niedorzecznie. A jednak coś istotnie łączy obowiązującą w większości krajów zachodnich refundację in vitro z prawem do legalnej i bezpiecznej aborcji: szacunek państwa do prywatności i podmiotowości kobiet, wsparcie ludzkich decyzji w sferze płodności i rodzicielstwa. W Polsce tego brakuje.

Oswoimy się z niedorzecznością

W przypadku in vitro zimna bezkompromisowość Kościoła spowodowała żywą reakcję ludzi, którzy na wypowiedzi biskupów zwykli machać ręką. Może dlatego, że tym razem chodzi o ich dzieci? Czytelnik „Gazety” potraktował list biskupów jako przejaw szaleństwa: „mówią, że moja córka, którą kocham ponad życie, ponad wszystko, zrodziła się w niegodziwości, a ja zabiłem jej braci i siostry. Jest to pogląd obłąkany” (22 grudnia 2007).

Tak, pogląd Kościoła na temat in vitro dziś jeszcze wydaje się obłąkany. Jednak Kościół ma czas. Kropla drąży skałę. Oswoimy się i z tą niedorzecznością. Gdy pisałam książkę „Świat bez kobiet” (rok 2001), było już jasne, kto dyktuje warunki i język w sporze o prawa reprodukcyjne. Nie uwierzyłabym jednak wówczas, gdyby ktoś przepowiedział, że w 2006 r. będzie się toczyć zmasowana kampania prawicy na rzecz całkowitego, konstytucyjnego zakazu aborcji.

Dziś sama pokuszę się o przepowiednię. Za dwa lata zapomnimy o refundacji, za trzy - ulicami Warszawy przejdzie Marsz Życia domagający się prawnego zakazu in vitro. Zakaz zostanie wprowadzony. Na badania i zabiegi będzie się jeździć za granicę i będzie na to stać tylko ludzi bardzo zamożnych. A za lat dziesięć? Na lekcjach religii zacznie się piętnować pochodzące z in vitro dzieci jako poczęte w sprzeczności z prawem naturalnym. Nie dotknie to jednak wielu - wszak probówkowe pochodzenie będzie się przed dziećmi skrzętnie ukrywać.

Będzie się to działo w imię szczególnej roli katolickiej Polski w zlaicyzowanej Europie. Redaktorzy poważnych gazet będą zapewniać, że temat jest nieważny, bo żyjemy w normalnym i nowoczesnym kraju, a państwo zawarło z Kościołem „rozumny kompromis”. Tak to mniej więcej będzie, jeśli teraz damy się uciszyć i zastraszyć.

 — 
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 12-13 stycznia 2008.


*dr Agnieszka Graff - adiunkt w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW. Członkini zespołu „Krytyki Politycznej”, autorka książki „Świat bez kobiet” (2002); wiosną nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się jej książka „Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie”
Komentarze
Dodaj nowy
araya  - Macica w akcji   |25.01.2008 18:46:01
Skomentuję parafrazując nieodżałowanego Kurta Vonneguta: Autorka zdaje się nie
dostrzegać, że na Ziemi nie potrzebujemy już więcej dzieci. To kluczowe moim
zdaniem zagadnienie jest pomijane w sporze o in vitro zarówno przez katolicką
prawicę, pragnącą rozmnażania metodą naturalną, jak i feministyczną lewicę,
pragnącą rozmnażania metodą in vitro. Obydwie strony pomijają w tym wszystkim
dobro dzieci - jaką bedą miały przyszłość w przeludnionym, zniszczonym, chorym
świecie? Dzieci to też ludzie, a nie własność rodziców - ten oczywisty fakt,
zdaje się Autorce umykać, kiedy pochyla się nad nieszczęściem bezdzietnych par.
Przecież tyle jest nieszczęśliwych już dzieci na świecie - samotnych,
porzuconych, bitych i głodzonych. Nie lepiej to adoptować jedno z nich,
zmniejszając tym samym pulę ogólnego nieszczęścia, zamiast powiększać ją,
produkując nowego człowieka z probówki?
Dlatego właśnie feministyczna lewica
brzydzi mnie równie mocno, jak katolicka prawica - nie jest w stanie pozbyć się
myślenia macicznego w odniesieniu do szczęścia jednostki ludzkiej.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 16.01.2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.97267 Seconds