Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Graff: Święte życie, święty lęk |
|
|
Agnieszka Graff
|
|
12.01.2008 |
Polaków nie obchodzi in vitro, aborcja, religia w szkole - zapewnia w
„Dzienniku” Konrad Kołodziejski. I świetnie się składa, bo poruszanie
tych tematów może doprowadzić do „krucjaty, która zniszczyłaby polskie
marzenie o zbudowaniu normalnego, nowoczesnego państwa”. Wywołując zaś
te niebezpieczne tematy, „Gazeta Wyborcza” stara się „przekonać
czytelnika o wadze problemu”, której jeszcze niedawno „jakoś nikt nie
dostrzegał”, oraz „przetestować rząd z liberalizmu”; lewica zaś
„ujadaniem przeciw Kościołowi chce wywołać rewolucję kulturalną” (9
stycznia).
Oto podręcznikowy przykład podszytego lękiem myślenia życzeniowego: coś
wydaje się groźne, więc uznajemy to za nieważne lub nieistniejące.
Milczenie to normalność, a niebezpieczeństwo ściągają ci, którzy o nim
mówią.
Znieważyli ludzi
Spory na temat relacji państwo - Kościół toczą się w Polsce od lat, od
lat są też lękliwie wyciszane. A przecież dotyczą samego serca naszego
ładu ustrojowego. Ten spór z pewnością wywołał Episkopat -
zdumiewającym listem na temat rzekomej niegodziwości in vitro.
Trzeba sporego wysiłku, by twierdzić, że „krucjatę” prowadzi w tej
kwestii lewica. Już łatwiej byłoby oskarżać Ewę Kopacz, która ośmieliła
się wspomnieć o planach refundacji. Bo czyż w katolickim kraju,
normalnym i nowoczesnym, minister zdrowia nie powinna siedzieć cicho w
kwestiach związanych z płodnością i seksualnością? Wiedzieć, że o „tych
rzeczach” decydują biskupi?
Fakt pozostawienia bezpłodnych par samym sobie przez polskie państwo
jest ewidentnym skandalem, złamaniem zasady równości obywateli.
Przyczyną tej dyskryminacji nie jest brak funduszy, lecz presja
Kościoła katolickiego. Ale czy państwo przekazało u nas moc decydowania
w kwestiach związanych ze zdrowiem reprodukcyjnym obywateli hierarchom
Kościoła? A jeśli tak, to dlaczego tylko w tej dziedzinie? Może
wprowadzić ustawowy zakaz jedzenia mięsa w piątki albo obowiązek
modlitwy przed każdym posiłkiem?
Rzecznik praw obywatelskich rozpatruje możliwość zaskarżenia do
Trybunału Konstytucyjnego przepisu, który zezwala na aborcję w
przypadku zagrożenia zdrowia kobiety. Może Ministerstwo Zdrowia powinno
się zastanowić nad rozwiązaniem systemowym: kobiety w ciąży oraz
niepłodne z zasady pozbawić prawa do opieki zdrowotnej. Hanna Samson
proponowała swego czasu taki zapis w konstytucji: RP chroni człowieka
od momentu poczęcia aż do jego narodzin.
Tym razem biskupi uderzyli w czuły punkt - znieważyli publicznie wielką
rzeszę ludzi. Szacuje się, że problem niepłodności dotyczy w Polsce co
piątej pary, pozostaje jednak tabu, bo wiąże się z nim poczucie
napiętnowania i wstydu, szczególnie u kobiet. Na forach i w poradnikach
dla niepłodnych raz po raz pojawiają się sugestie, jak reagować na
wścibstwo innych. Na presję rodziny: „Kiedy wreszcie dacie nam wnuka?”.
I na pytania sąsiadów i znajomych: „Nie chcecie mieć dzieci?
Rodzicielstwo to cudowne doświadczenie!”.
Ale jak odpowiedzieć biskupom - żyjącym w celibacie mężczyznom w
podeszłym wieku - gdy mówią, że starania o dziecko to „wyrafinowana
aborcja” i „niegodziwość”? Jak rozmawiać z metropolitą lubelskim, gdy
grzmi z ambony: „My też byliśmy zarodkami. Nas też można było
zamrozić”? „Każde dziecko ma prawo zrodzić się z miłosnego aktu
małżeńskiego jego rodziców” - powiadają hierarchowie.
A przecież zgodnie z ich poglądem do urodzenia dziecka prawo powinno
zmuszać zgwałconą nastolatkę. I co mają bezpłodne pary
powiedzieć rządowi, który razem z biskupami zamierza w specjalnej
komisji rozpatrywać etyczny wymiar in vitro?
Nawrócić lub spacyfikować
Piotr Pacewicz pisze w „Gazecie”: „Polska nie jest krajem wyznaniowym.
Byłoby źle, gdyby parlamentarzyści posłuchali biskupów i stanęli po
stronie zimnej doktryny przeciw prawu obywatela do podejmowania wyboru
w tak delikatnych, nieoczywistych kwestiach” (19 grudnia 2007). Nie
podzielam jego optymizmu.
Jak zauważa Wojciech Sadurski, państwo zaangażowało się we wspieranie
religii w wielu sferach. „Religijne uzasadnienia regulacji prawnych
(…) traktowane są jako dopuszczalne, normalne przesłanki ograniczania
wolności ludzi, także niewierzących” („Gazeta Świąteczna” z 5-6
stycznia). Nie chodzi więc o to, czy Polska jest krajem zamieszkanym w
większości przez katolików, lecz o to, że kościelny system wartości
przejęło polskie państwo. Traktuje ono światopogląd katolicki - i to w
głęboko upolitycznionej, fundamentalistycznej wersji - jako wyznacznik
naszej tożsamości w zjednoczonej Europie.
Kościół ma w Polsce monopol w sferze aksjologii i definiowania
zbiorowej świadomości - diagnozowała w 2002 r. Kinga Dunin. Pisała, że
wniesienie języka kościelnego do sfery publicznej „tworzy wrażenie
pewnej nieprzystawalności”; powstaje „rodzaj świętego lęku, który
towarzyszy ludziom chcącym uchodzić za przyzwoitych i rozsądnych, kiedy
mają jasno wypowiedzieć się w sprawach, które na mocy niepisanej umowy
leżą w gestii Kościoła”. Język fundamentalistów jest nieprzetłumaczalny
na inne kategorie; nie są oni w stanie potraktować innych wartości jako
równoprawnych w sferze publicznej. Przeciwnika można nawrócić lub
spacyfikować, o szacunku i prawdziwym spotkaniu nie ma mowy. Można
mówić językiem Kościoła lub milczeć.
Obywatele operujący odmiennym systemem wartości czują się bezradni;
wycofali się więc ze światopoglądowych sporów. W gestii świeckiej
władzy pozostało jedynie zarządzanie gospodarką; nad wartościami
niepodzielną pieczę objął Kościół, który naciskając na władze, wpływa
na ustawodawstwo.
Co ciekawe, ten stan rzeczy dostrzegają i krytykują dziś nawet
konserwatywni komentatorzy, skądinąd głęboko przywiązani do
kulturotwórczej roli Kościoła. Cezary Michalski w wywiadzie z
dominikaninem Janem Andrzejem Kłoczowskim martwi się, że wobec słabości
władzy w Polsce pojawiła się „grupa mocno upolitycznionych katolików,
którym ich własne życiowe czy polityczne frustracje pomyliły się z
Ewangelią”; pod ich naciskiem atrofii uległ rozdział Kościoła od
państwa. Przypomina, jak Ryszard Legutko po chwili wahania ugiął się
pod presją Kościoła w kwestii wprowadzenia ocen z religii do średniej,
i podsumowuje, bynajmniej nie z pozycji antyklerykalnych: „I tu pojawia
się cień »Boga, który jest Carem «, może akurat w Polsce nie do końca
potrzebny”. Dominikanin chętnie się zgadza: „Zupełnie niepotrzebny”. I
dodaje: „i szkodliwy dla tego, co naprawdę jest ważne z punktu widzenia
odnowy życia” („Europa” z 22 grudnia 2007).
Cicha, wstydliwa umowa
Granice między państwem a Kościołem zacierano w Polsce latami, w
oderwaniu od reguł demokracji. Obecna burza wokół in vitro to kolejny
odcinek trwającego od kilkunastu lat serialu. Gdyby ktoś chciał to
sfilmować, proponuję tytuł „W jak władza”, bo tytuł „Ekipa”, niestety,
już jest zajęty.
W latach 90. nie doszło do referendum w kwestii prawa do przerywania
ciąży, mimo że domagało się go ponad 1,2 mln obywateli. Nie było
publicznej debaty na temat konkordatu - rząd Hanny Suchockiej podpisał
go w 1993 r. w pośpiechu, pomijając krytyczne opinie. W efekcie państwo
wzięło na siebie m.in. obowiązek organizowania nauki religii w szkołach
publicznych.
Bez debaty obeszło się też w 2003 r., gdy w aneksie traktatu
akcesyjnego zamieszczano specjalną deklarację o nadrzędności
ustawodawstwa polskiego nad unijnym w dziedzinie ochrony życia i w
kwestiach moralnych - mimo że Unia z zasady w tych dziedzinach nie
ingeruje w ustawodawstwo swych członków. Nie chodziło jednak o miejsce
Polski w Unii, lecz o zaznaczenie roli Kościoła w Polsce.
Deklaracja stanowiła zwieńczenie obowiązującej od lat między kolejnymi
rządami a Episkopatem cichej umowy, która w krajobrazie polskiej
historii ostatniej dekady stanowiła element oczywisty, a zarazem
wstydliwy. Dlatego adresowany do Parlamentu UE List Stu Kobiet z lutego
2002 r., który mówił o tej umowie wprost, przyjęto z mieszaniną
niedowierzania, pogardy i agresji.
List stwierdzał: „doszło do swoistego porozumienia między Kościołem
katolickim a rządem w kwestii przystąpienia Polski do Unii” - Kościół
„będzie popierał integrację z Europą w zamian za rezygnację rządu z
dyskusji nad nowelizacją ustawy antyaborcyjnej. (…) W kuluarach
integracji Polski z Unią Europejską odbywa się zatem swoisty handel
prawami kobiet”.
Oprócz feministek, które o „tych rzeczach” mówiły od lat, list
podpisały m.in. Wisława Szymborska, Agnieszka Holland, Maria Janion i
Ewa Łętowska, nie dało się go więc całkiem zignorować. Można było
jednak uznać protest kobiet za rodzaj zdrady narodowej (tak go widziała
prawica) lub za groźny błąd strategiczny (to głosy „umiarkowane”).
Reakcje te brzmiały tak jak komentarz z „Dziennika” i można je
streścić tak: „cicho tam, nie psuć nam normalności i nowoczesności”.
Parlament UE odpowiedział chłodno i wymijająco: prawa reprodukcyjne
pozostają poza zakresem zainteresowań legislatorów z UE.
W kolejnych latach polscy politycy raz po raz odcinali się od
europejskich standardów w zakresie praw kobiet i mniejszości
seksualnych. Nieważne, czy Unia chce i może Polsce cokolwiek narzucić;
ważne, by zaprotestować, dać wyraz oburzeniu, obawie, niezłomności.
Gesty te powtarzano rytualnie, stanowiły demonstrację prawicowego
patriotyzmu. A że innego w sferze publicznej nie było, Polska specyfika
w Europie została utożsamiona ze sposobem myślenia o płci, który
cechuje chrześcijańskich fundamentalistów.
Niepłodność to nie dopust boży
Językiem „świętego strachu” bezbłędnie mówią dziś liberałowie. Początki
władzy PO - partii, która szacunek do obywatelstwa, a zatem wartości
liberalnych, ma w nazwie - to odrzucenie przez Polskę Karty Praw
Podstawowych. Nie powiedziano tego otwarcie, ale jasne było, w czym
rzecz: w obawie (bezpodstawnej), że na podstawie Karty może dojść do
poszerzenia praw mniejszości seksualnych. Ta obawa - obok stosunku do
ludzkiej płodności - wyznacza polską odmienność w Europie.
Manii uświęcania często poddają się ludzie, którzy usiłują dziś
publicznie bronić procedury in vitro przed atakiem Kościoła. Unikają
neutralnych słów „zapłodnienie” czy „zarodek”. Mówią o „cudzie
poczęcia” i powstających w probówkach „dzieciach”, jakby licząc na to,
że biskupi wycofają się dzięki temu z kuriozalnej tezy, że in vitro
jest „wyrafinowaną aborcją”.
„Święty lęk” nie zda się tu jednak na wiele. In vitro to proces, w
którym nauka i ludzka determinacja zmagają się ze ślepym losem, by
mogło się urodzić upragnione przez rodziców dziecko. Tymczasem biskupi
są przekonani, że płodność należy zostawić w rękach Boga; ludzkie
pragnienia mało się liczą. W języku kościelnym zamiast intymności jest
świętość. Wara od niej ludzkiej potrzebie decydowania o własnym życiu.
Niepłodność to dopust boży; człowiek - zwłaszcza kobieta - musi się z
tym pogodzić. Przedmiotem etycznej troski są zamrożone zarodki. Można
tak myśleć i tak odczuwać. Nie można jednak tego sposobu myślenia i
odczuwania narzucać nam wszystkim.
Nie wygra się tego sporu, przechodząc na dialekt kościelny - trzeba
odzyskać inny, zapomniany w Polsce język. W tym języku ciążę nazywa się
ciążą, zarodek - zarodkiem, o chorych mówi się z empatią. Porównanie in
vitro do aborcji w uszach wielu zabrzmiało obelżywie i niedorzecznie. A
jednak coś istotnie łączy obowiązującą w większości krajów zachodnich
refundację in vitro z prawem do legalnej i bezpiecznej aborcji:
szacunek państwa do prywatności i podmiotowości kobiet, wsparcie
ludzkich decyzji w sferze płodności i rodzicielstwa. W Polsce tego
brakuje.
Oswoimy się z niedorzecznością
W przypadku in vitro zimna bezkompromisowość Kościoła spowodowała żywą
reakcję ludzi, którzy na wypowiedzi biskupów zwykli machać ręką. Może
dlatego, że tym razem chodzi o ich dzieci? Czytelnik „Gazety”
potraktował list biskupów jako przejaw szaleństwa: „mówią, że moja
córka, którą kocham ponad życie, ponad wszystko, zrodziła się w
niegodziwości, a ja zabiłem jej braci i siostry. Jest to pogląd
obłąkany” (22 grudnia 2007).
Tak, pogląd Kościoła na temat in vitro dziś jeszcze wydaje się
obłąkany. Jednak Kościół ma czas. Kropla drąży skałę. Oswoimy się i z
tą niedorzecznością. Gdy pisałam książkę „Świat bez kobiet” (rok 2001),
było już jasne, kto dyktuje warunki i język w sporze o prawa
reprodukcyjne. Nie uwierzyłabym jednak wówczas, gdyby ktoś
przepowiedział, że w 2006 r. będzie się toczyć zmasowana kampania
prawicy na rzecz całkowitego, konstytucyjnego zakazu aborcji.
Dziś sama pokuszę się o przepowiednię. Za dwa lata zapomnimy o
refundacji, za trzy - ulicami Warszawy przejdzie Marsz Życia domagający
się prawnego zakazu in vitro. Zakaz zostanie wprowadzony. Na badania i
zabiegi będzie się jeździć za granicę i będzie na to stać tylko ludzi
bardzo zamożnych. A za lat dziesięć? Na lekcjach religii zacznie się
piętnować pochodzące z in vitro dzieci jako poczęte w sprzeczności z
prawem naturalnym. Nie dotknie to jednak wielu - wszak probówkowe
pochodzenie będzie się przed dziećmi skrzętnie ukrywać.
Będzie się to działo w imię szczególnej roli katolickiej Polski w
zlaicyzowanej Europie. Redaktorzy poważnych gazet będą zapewniać, że
temat jest nieważny, bo żyjemy w normalnym i nowoczesnym kraju, a
państwo zawarło z Kościołem „rozumny kompromis”. Tak to mniej więcej
będzie, jeśli teraz damy się uciszyć i zastraszyć.
—
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 12-13 stycznia 2008.
*dr Agnieszka Graff - adiunkt w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW.
Członkini zespołu „Krytyki Politycznej”, autorka książki „Świat bez
kobiet” (2002); wiosną nakładem wydawnictwa W.A.B. ukaże się jej
książka „Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie”
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 16.01.2008 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...