|
Pamiętacie film W sieci? Ten z
1994 roku, z drapieżną, ambitną i pozbawioną skrupułów
szefową (graną przez Demi Moore) i jej ofiarą - molestowanym
pracownikiem firmy komputerowej (w tej roli niezawodny Michael
Douglas). Bezwzględna i pożądliwa Moore nie tylko napastuje
Douglasa, podobnie jak w Fatalnym zauroczeniu molestuje go
Glenn Close, nie tylko używa seksu, by umocnić swoją pozycję w
firmie, ale także mści się na swej ofierze za pomocą zarzutu o…
molestowanie. Morał tej bajki jest prosty: feministki
zafałszowały rzeczywistość, wprowadziły politycznie poprawną
cenzurę, a tymczasem władza i pożądanie nie mają płci -
obdarzona władzą ambitna kobieta zachowa się tak samo, jak
mężczyzna w tej samej roli, albo jeszcze gorzej. W trosce, by widz
przyswoił sobie te proste prawdy, twórcy filmu wyposażyli
nawet swoje dzieło w motto: „Władza nie jest ani męska, ani
kobieca.”
Film oraz powieść Michaela Crichtona, której
był ekranizacją, to pierwsza i do dziś najbardziej znana
popkulturowa reakcja na problem molestowania seksualnego. A właściwie
nie na sam problem molestowania, lecz na fakt, że został nazwany -
i to przez kobiety! - jako problem właśnie. Ruch kobiecy
zdefiniował powszechnie akceptowany agresywny „flirt biurowy”
w kategoriach męskiej władzy oraz dyskryminacji kobiet, po czym
doprowadził do stworzenia sankcji prawnych. Odpowiedź głównego
nurtu kultury jest mieszaniną pogróżki i szyderstwa: władza
i płeć? Ależ tak, drogie panie, świetnie rozumiemy ten problem, i
pięknie go wam zilustrujemy. Wniosek będzie dla wszystkich
oczywisty: kobieta u władzy to seksualny potwór.
Można
by na to machnąć ręką, gdyby nie rozpoznawalność backlashowego
scenariusza z odwróceniem ról, a zarazem jego nośność
i popularność. Opowieść o niebezpiecznych i władczych
kobietach pojawia się zwykle jako przewrotny żart, odpowiedź na
jakiś wyrazisty i poruszający przejaw myślenia feministycznego w
przestrzeni publicznej. Klasyka gatunku to nasza rodzima
Seksmisja - już sam tytuł, ironicznie rzucony przez
mężczyznę, od ręki potrafi zdyscyplinować kobietę, która
stawia się męskiej władzy. Mam też przykład backlashowej
odwracanki sprzed kilku lat. Po pamiętnych plakatach o przemocy
wobec kobiet „bo zupa była za słona” jakiś dowcipniś
wydrukował serię pocztówek ze zdjęciem „pobitego”
mężczyzny. Hasło, o ile dobrze pamiętam, brzmiało: „bo futro
było za tanie”. Arcyzabawne, prawda?
Przekaz filmu W
sieci - podobnie Seksmisji, Fatalnego zauroczenia
oraz wszechobecnych w kulturze opowieści o
kobietach-morderczyniach, niesłychanie okrutnych dziewczyńskich
gangach, kobietach-terrorystkach itp. - jest podobny. Być może
jednak w kategorii molestowania seksualnego jest coś szczególnie
niepokojącego - coś, co narusza tradycyjny kontrakt płci,
trafiając w jego czuły punkt? Zapisy prawne o molestowaniu to
przerwanie milczenia, znak, że kobiety przestają się godzić
na coś, na co przez dziesiątki, setki lat godziły się bez słowa.
Film jest lękową, a zarazem agresywną reakcją na przemiany
kulturowe, które odebrały mężczyźnie (w kontekście
amerykańskim wypada dodać: białemu mężczyźnie) oczywiste dotąd
prawo sygnalizowania atrakcyjnej kobiecie, że ma ochotę na seks. Tu
i teraz.
Tradycyjny kontrakt płci mówi tak: twoje
prawo nie chcieć, jego prawo nie słuchać twojej odmowy. On
nastaje, ty, chichocząc, odwracasz jego uwagę, mizdrzysz się,
robisz uniki. Nie stawiasz jasnych granic, nie odrzucasz go i nie
upokarzasz. Oczywiście, istnieje bariera, za którą zaczyna
się przemoc i gwałt, i wtedy dajesz w pysk oraz wołasz na ratunek
innych mężczyzn. Słowo „gwałt” istniało przed pojawianiem
się feminizmu, choć miało nieco inne znaczenie - było raczej
zamachem na własność innego mężczyzny niż krzywdą wyrządzoną
kobiecie. Powiedzmy jednak, że kategoria gwałtu jest stara i
powszechnie zrozumiała. Z molestowaniem jest inaczej, bo
molestowania przed feminizmem nie było. To znaczy było zjawisko,
ale nie było nazwy, interpretacji. Męskocentryczna kultura nie
tworzy języka, który nadałby sens powszechnemu doświadczeniu
kobiet - wstrętu, wstydu i bezradności wobec inwazyjnych,
roszczeniowych i nieznoszących sprzeciwu przejawów męskiej
seksualności i władzy.
Twierdzenie, że „władza nie ma
płci” i filmowe odwrócenie ról, to zmyłka, unik,
pic na wodę. Jasne, że władza ma płeć: męską. Rzecz w tym, że
nie wolno mówić o tym w tonie oskarżycielskim. Kobiety,
które wiedzą, co i jak, potrafią męską władzę przyjąć
do wiadomości jako fakt oczywisty, a następnie rozgrywać ją dla
własnej korzyści. Poczytajcie pisma kobiece, a dowiecie się,
jak należy mówić o płci i władzy, by nie wypaść z
obiegu: równość równością, ale każda kobieta tak
naprawdę pragnie twardziela. Władza nas kręci. Władza w
męskim wydaniu, rzecz jasna. Nazywając rzecz molestowaniem,
definiując ją w kategoriach niesprawiedliwości, warunków
pracy, naruszenia ludzkiej godności, feministka popełnia gafę.
Okazuje się źle zsocjalizowaną, nieatrakcyjną dziewczynką.
Kwestionuje zasady gry.
Moim zdaniem, tylko z pozoru chodzi tu
o seks. Napięcie erotyczne w pracy jest zjawiskiem częstym - ale
molestowanie seksualne można od niego dość łatwo odróżnić.
To seksualna agresja, której rzeczywistym celem jest
dyscyplinowanie kobiet, uświadomienie nam, że w świecie pieniędzy,
odpowiedzialności i władzy jesteśmy na cenzurowanym. Rytuał zwany
popularnie nachalnym i obleśnym podrywem biurowym na linii
szef-podwładna to forma znaczenia terytorium. Przekaz jest prosty:
Zatrudniając się tu, weszłaś, laleczko, na mój teren. Ja
wiem i ty wiesz, że nie masz ruchu, tutaj gramy na moich zasadach.
Jeśli ostro stawiasz granice, a „flirt” nazywasz molestowaniem,
to znaczy, że rościsz sobie pretensje do władzy. Upierasz się, że
to także twoje terytorium. I najczęściej tracisz pracę.
Feministyczna analiza molestowania seksualnego polega na
usytuowaniu tego zjawiska w szerszym kontekście męskiej dominacji,
seksualizacji (męskiej) władzy oraz sieci zależności, kulturowych
oczekiwań, przekonań dotyczących sfery seksualnej, ludzkiej
godności itd. Tak rozumiane molestowanie to nie jest wyłom, błąd
w systemie, nietaktowne zachowanie pana X wobec pani Y, ale pewien
dość powszechny mechanizm, w którym krzyżują
się władza, płeć i seksualność. Realna władza, którą
konkretny mężczyzna sprawuje nad konkretną kobietą jako jej
przełożony, jest wzmocniona przez wszechobecne w kulturze
założenie, że mężczyznom się władza należy i że nieuchronnie
ma ona wymiar seksualny. Pan X mieści się w kulturowej normie.
Sprzeciw pani Y - nie bardzo.
Czy scenariusz odwrotny -
molestowanie podwładnego przez szefową - jest niemożliwy? Albo
kobiety przez kobietę? Czy mężczyzny przez mężczyznę?
Oczywiście, że tak. Czy te zachowania są naganne? Jasne, że tak.
Nie są to jednak scenariusze typowe ani symetryczne wobec klasyki
gatunku, bo tylko heteroseksualna męskość jest w naszej kulturze
nośnikiem useksualnionej władzy traktowanej jako oczywistość. Jak
pisze Jane Gallop w świetnej książce „Feminist Accused of Sexual
Harassment”: W społeczeństwie, które z góry
zakłada, że męska seksualność jest agresywna, a kobieca -
uległa, szef może molestować seksualnie swoją podwładną,
posługując się zabójczą mieszanką różnego rodzaju
form przymusu - ekonomicznego, psychologicznego, społecznego.
Presja, jaką wywiera na podwładną, wzmocniona jest nie tylko przez
jego realną władzę ekonomiczną czy umiejętność zastraszenia,
ale także przez umowę społeczną, powszechne przekonanie, że tak
właśnie powinny wyglądać relacje między kobietą a mężczyzną.
(25)
Wprowadzając swoją seksualność do sfery
publicznej - powiedzmy, do biura - mężczyzna swoją władzę
umacnia. Kobieta, zachowując się analogicznie, stawia swój
autorytet pod znakiem zapytania. Nie przypadkiem, wkraczając do
biur i do krainy władzy politycznej, założyłyśmy masowo w
spodnie. Żegnając się w podczas konwencji Demokratów w
Denver z marzeniem o prezydenturze, Hillary Clinton złożyła
spodniom hołd, żartobliwie wspominając o popierających ją
kobietach jako o „Sisterhood of the Traveling Pantsuits.” Kiedy
kilka miesięcy wcześniej próbowano jej kandydaturę
zdyskredytować, pojawiły się wzmianki o jej rzekomo zbyt dużym
dekolcie. Funkcją tych uwag - choć niekoniecznie świadomym celem
- było zawstydzenie Hillary i popierających jej kobiet. Tu nie ma
symetrii. Męski garnitur podkreśla męskość. Kobieca wersja
garnituru jest próbą zneutralizowania kobiecości. Wzmianka o
dekolcie to skierowanie uwagi na kobiecość jako coś w sferze
władzy niestosownego, wstydliwego.
Zawstydzenie wydaje mi
się w logice molestowania kategorią kluczową. Rzecz w tym, że
kobietę niezmiernie łatwo zmieszać, zawstydzić wzmianką o
seksie. Pojawia się rumieniec, zażenowanie. Stąd dwa kroki do
upokorzenia, upodlenia, utraty poczucia własnej wartości. Do dziś
pamiętam psychiczne cierpienie, jakie sprawił mi - jako 16-latce
- kolega, zauważając, że spod bluzki wystaje mi ramiączko od
stanika. Wstyd, potworny, piekący wstyd. I koniec znajomości.
Psychologia mówi o zawstydzaniu jako o formie
przemocy psychicznej i wykluczenia i odróżnia wstyd od
poczucia winy. Wina to poczucie, że zrobiło się coś złego. Wstyd
to poczucie, że ty sama jesteś bez wartości. Wstyd to chęć
zapadnięcia się pod ziemię. Chęć bycia nieobecną. Niewidzialną.
Chęć nie bycia w ogóle. W opowieściach ofiar molestowania
wstyd zajmuje miejsce szczególne. I to on powoduje, że
najczęściej milczą, wycofują się, ustępują miejsca. Wycofują
zarzuty.
Męska dominacja opiera się na przekonaniu, że
męskość, władza i inicjatywa seksualna są zrośnięte, że jest
to zestaw naturalny, dany od Boga lub natury (niepotrzebne skreślić,
zależnie od światopoglądu). Oczywistość ta jest rytualnie
przyklepywana w heteroseksualnej obyczajowości. Wiadomo, że to on
dzwoni pierwszy, że to on się oświadcza, że jego rolą jest
napierać - a jej, nawet, jeśli de facto ma ochotę na seks
- stawiać opór. Kobieta nie musi godzić się na seks
(na taki przymus kultura patriarchalna ma nazwę: to gwałt), ale nie
zgodzić się na nachalny podryw, to tyle, co wypowiedzieć wojnę
„naturze”. Za kwestionowanie oczywistości męskiej władzy
grozi, jak wiadomo, kara: jesteś jędzą, sekutnicą, babochłopem,
a do tego cnotką i pruderyjną pańcią.
I tu zaczyna się
kłopot. Kiedy feminizm odmawia uczestnictwa w grze w oczywistość
męskiej władzy w sferze seksualnej, gdy na agresywną męską
seksualność zamiast wstydem reaguje gniewem, natychmiast zostaje
oskarżony o nienawiść do seksu. Feministki nie mają poczucia
humoru; feministki chcą zabronić ludziom flirtu - znamy te
zarzuty doskonale. „Seks tak, seksizm nie” to chyba najsłabiej
zrozumiałe z naszych haseł, a zarazem jedno z najważniejszych.
Agresja, przemoc, władza i seks występują w naszej kulturze w
pakiecie, który trudno rozpakować - ale rozpakować go
trzeba.
Z kategorią molestowania seksualnego wiąże się dla
feminizmu - i szerzej dla sprawy równości - wielka
nadzieja, bo jest to kategoria uderzająca w samo serce męskiej
kultury. Ale jest tu też pewne istotne niebezpieczeństwo: takie
mianowicie, że radykalne żądanie równości i szacunku,
wyzwanie rzucone z pozycji godności i słusznego gniewu,
niepostrzeżenie przeobrazi się w prośbę o opiekę wniesioną z
pozycji ofiary. W połowie lat 70. ruch kobiecy zdefiniował
molestowanie w odniesieniu to etyki kobiecej godności i siły.
Jednak wchodząc z nim stopniowo do sfery prawa i obyczaju, do
głównego nurtu kultury, często bywał rozumiany zgoła
inaczej. Bywało, że same aktywistki o tych źródłach
zapominały, wchodząc w sojusze z prawicowymi obrońcami moralności.
Ciążenie kulturowego wzorca p.t. „zagrożona cnota” jest
ogromne. Istnieje zatem ryzyko, że zamiast walczyć z seksizmem -
z wykluczeniem kobiet i męską władzą, która przybiera
czasem formy seksualne - skupimy się na piętnowaniu seksu,
zachowań „nieprzystojnych”.
Catharine MacKinnonn,
feministyczna prawniczka, której teorie miały dla strategii
feminizmu w tej sferze ogromne znacznie, pisze o tym tak:
Działając
na styku obyczaju i prawa, musimy pamiętać, że prawomocność,
którą dają naszym żądaniom sądy, te same sądy mogą im
odebrać. (…) Molestowanie seksualne jako zarzut postawiony prawnie
stanowi w istocie żądanie, by autorytet władzy państwowej stanął
za kobietą, gdy ta odmawia dostępności seksualnej w pewnych
sytuacjach, które dawniej stanowiły męską prerogatywę.
Wszechobecny seksizm niesie jednak ryzyko, że nasze żądanie prawa
do samostanowienia zostanie odczytane jako prośba o paternalistyczną
ochronę, co zaowocuje wzmocnieniem, a nie osłabieniem męskiej
władzy. („Feminism Unmodified”, 103)
Pamiętacie
historię Ani z Gdańska? Na pewno pamiętacie, takich rzeczy się
nie zapomina. To wtedy uświadomiłam sobie centralną - i
przerażającą - rolę wstydu. Ania nie zabiła się dlatego,
że kilku chłopców wykonało wobec niej, jak to określono w
prasie, „ruchy kopulacyjne”. Zabiła się dlatego, że te „ruchy”
- jeśli odbywają się przy świadkach - mają moc zawstydzenia,
a rzecz działa się na oczach klasy. Co więcej, jeden z
oprawców wydarzenie sfilmował - dziewczynce groziło zatem
dalsze upokorzenie. Utrata twarzy. Wstyd. Kiedy przez polskie media
przetoczyła się historia Ani, politycy i dziennikarze zgodnym
chórem weszli w rolę autorytarnego, patriarchalnego ojca -
uczynili z upokorzenia i samobójstwa dziewczynki pretekst do
przedwyborczych deklaracji na temat obniżenia wieku
odpowiedzialności karnej, konieczności skoszarowania „nieletnich
bandytów” w szkołach pod specjalnym nadzorem, itp. Nikt nie
mówił o potrzebie edukacji seksualnej, warsztatów
równościowych czy szkoleń asertywności i samoobrony
dla dziewcząt. Mówiono o hańbie i niewinności. Tak jakby w
tej historii groźny był seks, a nie towarzysząca mu przemoc i
pogarda.
Kluczem do sprawy wydaje się zatem nieoddzielanie
molestowania seksualnego od kategorii władzy i dyskryminacji. Z
perspektywy feministycznej problem z molestowaniem seksualnym nie
polega na tym, że jest ono seksualne - nieprzyzwoite, niemoralne,
urągające kobiecej niewinności. Jeśli skusimy się na myślenie w
kategoriach zagrożonej cnoty - a pokusa jest znaczna, zwłaszcza w
katolickim społeczeństwie, w którym seksualność obciążona
jest piętnem - to przegrałyśmy bitwę. Nie będziemy już
obywatelkami, które od państwa domagają się równości,
ale skrzywdzonymi i zawstydzonymi kobietami, które traktują
państwo jak opiekuna - ojca lub męża. Na taki sposób
myślenia o molestowaniu z przyjemnością przystają zresztą
tradycjonaliści - prawicowi politycy. Patriarchalny mężczyzna
od tysiącleci wszak broni swoje córki i siostry przed
„molestowaniem”. On wie, że najlepszą ochroną kobiecej
niewinności przed męską agresją seksualną jest zamknięcie
kobiet w domowym zaciszu. W tym ujęciu „molestowanie” to zawsze
obecna groźba, która ma nas trzymać w roli ofiary,
powstrzymać przed poszukiwaniem wolności, realizacją życiowych
planów.
Kobiety nie są mniej seksualne od
mężczyzn. Ani mniej ambitne. Jednak istnieje cały szereg zachęt
dla mężczyzn, by wykorzystywali seks jako narzędzie władzy, jako
sposób znaczenia przestrzeni publicznej jako męskiego
terytorium. A to terytorium powinno być także nasze. Dziewczynek
takich jak Ania z Gdańska. Pracownic ratusza w Olsztynie i innych
urzędów. Anety Krawczyk. Każdej z nas. Ufam, że kiedyś
istotnie władza nie będzie ani męska, ani kobieca. I pewnie
powstanie na ten temat jakiś ciekawy, mądry film.
Tekst powstał
w ramach projektu Gendermeria
- równościowy monitoring. Projekt współfinansowany
jest ze środków Unii Europejskiej (Program „Środki
Przejściowe”).
Tekst ukazał się na witrynie Feminoteki .
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...