|
Mimo tego, że w krajowej kampanii wyborczej żaden z polityków nie opowiedział się za cięciem środków na kulturę (może dzięki presji wytworzonej przez Obywateli Kultury?) to na poziomie samorządów wciąż słyszymy o zamykanych domach kultury, o zmniejszanych budżetach dla publicznych instytucji kultury i o przeznaczaniu pieniędzy z budżetów kulturalnych na festyny lub wiece nie mające nic wspólnego z kulturą przez jakiekolwiek k.
Dlaczego ci, co układają budżety, tak bardzo zawsze chcą zmniejszać budżety kultury? Przecież oszczędności są niewielkie: kultura w porównaniu z wojskiem, emeryturami czy stadionami jest niesłychanie tania. Za niecałe 0,4 procent budżetu można sfinansować wszystkie spektakle, teatry, koncerty muzyki poważnej, wszystkie muzea i nawet wszystkie festyny w całym kraju i to przez cały rok. Jak na sektor, który w
sposób oczywisty i zdecydowany wpływa na jakość życia wielkiej liczby obywateli, jest to bardzo mało. Dlaczego radni, posłowie i inni funkcjonariusze uważają, że kultura jest taka droga, i z taką przyjemnością tną na nią wydatki?
Odpowiedź w państwie totalitarnym byłaby oczywista: wolna kultura jest zagrożeniem dla każdego systemu, który próbuje całkowicie podporządkować człowieka jednej idei. Ale to nie odpowiada na pytanie, dlaczego także w państwach nietotalitarnych kultura jest spychana na margines. Reagan wprawdzie był złym człowiekiem i łamał prawo, ale jednak nie dążył do stworzenia państwa totalitarnego – dlaczego on także uważał kulturę za zagrożenie, likwidując cały system finansowania sztuki z budżetu państwowego, czyli NEA?
Odpowiedź jest chyba taka, że w utopii Reagana – która stała się w
latach 90. utopią powszechną, i obowiązuje do dziś na całym świecie – człowiek jest po to, by wytwarzać dobrobyt. I o ile prawdą jest, że kultura jest gałęzią gospodarki, to jednak produkuje ona pieniądze tylko przy okazji. Jej główną funkcją jest wytwarzanie sensu. Można by ją porównać z przedszkolami, na przykład, które też są gałęzią gospodarki, ale ich główna funkcja jest jednak inna niż wytwarzanie pieniędzy.
Produkcja sensu jest podejrzana dla każdego, kto widzi świat jako przedsiębiorstwo usługowe – ponieważ świat jako przedsiębiorstwo już ma swój sens – a jest nim wytwarzanie bogactwa. Każdy inny sens jest wobec tego drugorzędny, i każde kwestionowanie tego sensu jest groźne, ponieważ kwestionuje wytwarzanie bogactwa.
Ci, co wierzą w mądrość wolnego rynku w każdej dziedzinie, chcą z obywateli zrobić sprzedawców i klientów. A kontakt ze sztuką obiecuje coś całkiem innego, mianowicie wspólnotę, rozumianą na różne sposoby. Glenn Gould uważał, że sztuka jest głęboką rozmową między dwojgiem ludzi – wykonawcą i odbiorcą. Utopijne teatry z okresu zimnej wojny (Living Theatre, Open Theatre, Teatr Laboratorium) uważały, że teatr jest modelem nowego, lepszego społeczeństwa i wehikułem do wytwarzania wspólnoty. Oba te pojęcia brzmią dość utopijnie, ale prawda jest taka, że sztuka rzeczywiście buduje wspólnotę w każdych warunkach – kiedy oglądam obraz Matejki w Sukiennicach, i nawet jak słucham złego wykonania muzyki poważnej. Intensywność doświadczenia sztuki jest zależna tylko od wrażliwości wykonawcy i odbiorcy – milionerka ma wobec koncertu Zimmermanna czy obrazu Hockney’a dokładnie taką samą szansę na doświadczenie czegoś wyjątkowego, jak kierowca autobusu. W tym sensie sztuka jest radykalnie demokratyczna i egalitarna. Dlatego właśnie jest traktowana z taką nieufnością przez tych, co chcą ze świata zrobić supermarket, gdzie bogaty klient dostanie więcej od biednego klienta – co z kolei ma być motywacją dla tego biednego, by się dorobił.
Narodowa prawica – w naszym wypadku PiS – nie ma wprawdzie takiego zamiaru, ale jej propozycje dotyczące kultury są tak samo ograniczające. Zamiast z człowieka robić klienta, narodowa prawica chce zrobić z człowieka Polaka, i kultura staje się narzędziem w tej walce. Wolna kultura tak samo staje się zagrożeniem dla polityków, którzy dzielą obywateli (jak ostatnio Jarosław Kaczyński dzielił dziennikarzy) na Polaków i nie-Polaków. Ci politycy w przeszłości wprawdzie nie zmniejszali budżetów kultury, ale przeznaczali te sumy na remonty kościołów i cele ideologiczne słuszne, co sprowadza się w wymiarze kulturotwórczym do tego samego, co zmniejszanie budżetu.
Walka – nie tylko w tych wyborach, ale w całej kulturze – toczy się o obraz człowieka. Pytanie, czy człowiek jest konsumentem i producentem – i wtedy kultura jest mu potrzebna po tylko to, by lepiej produkował – czy Polakiem – i wtedy kultura jest mu potrzebna tylko do tego, by się stawał Polakiem coraz bardziej polskim – czy człowiekiem właśnie, którego nie da się sprowadzić do jednego wymiaru.
I tej walki żadne wybory nie rozstrzygną, tę walkę trzeba toczyć codziennie, póki jeszcze mamy więcej niż jeden wymiar.
Na podobny temat
|
Myślę, że kulturalna. Ludzie którzy z...
Kulturalna czy kulturowa? ;-)