Najnowszy numer KP
30 tom w serii idee
Komentarze
CYTAT DNIA
Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Krzyżowcy: od Putina czy Palikota? |
|
|
Michał Sutowski
|
|
04.08.2010 |
Gdyby wczorajsze wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu analizować w kategoriach czysto racjonalnych, teoria spisku byłaby nieunikniona. Pytanie brzmiałoby: czy „obrońcy krzyża” to agenci Władimira Putina czy tylko Janusza Palikota? Czy chodzi tu o totalną blokadę normalnej polityki w Polsce, podsycenie polsko-polskiej wojenki pod flagą smoleńską? Czy tylko o odwrócenie uwagi mediów od posiedzenia rządu Platformy w sprawie podwyżek podatków?
Jako przekonanemu agnostykowi trudno mi zaakceptować interpretację redaktora Hołowni („tu się wkradło działanie szatańskie”). Wolałbym też uniknąć skrytobójczej śmierci z rąk bojowników za ukrzyżowaną w Smoleńsku Polskę, dlatego zmuszony jestem wycofać również oskarżenie o ich agenturalne powiązania. Co pozostaje? Co się właściwie wydarzyło pod Pałacem Prezydenckim i kto na tym skorzystał? Czego dowiedzieliśmy się o Polsce?
Po pierwsze, prezes Prawa i Sprawiedliwości zapisał kolejne punkty na koncie. Za PiS-em stoją już nie tylko Katyń, masakra Powstania i katastrofa smoleńska. Doszedł jeszcze cud na Krakowskim Przedmieściu. Przy wsparciu z zaświatów mężni, niczym obrońcy Wizny, młodzi i starzy krzyża (duszy, Polski, „naszego bycia”) nie oddali. Jeszcze tydzień i przegonią Westerplatte. Elektorat się skonsoliduje, bo przecież teraz po drugiej stronie stoi już nie tylko ZOMO, Tusk i TVN, ale jeszcze Putin, NKWD, smoleńska mgła, straż miejska, BOR i paru sprzedajnych (opętanych?) księży. Jeszcze parę dni (tygodni, miesięcy??) i zamiast o podatkach, służbie zdrowia, modernizacji szkolnictwa i nierównościach społecznych, budżecie i Euro (tej imprezie i tej walucie) będziemy mówić wyłącznie o Smoleńsku, krzyżu, świętym prezydencie-męczenniku. Czyli o ostatnich rzeczach, jakie jeszcze interesują oszalałego z rozpaczy Jarosława Kaczyńskiego.
Po drugie, na dłuższą metę wygra na tym Kościół. To prawda, że kilku księży zwyzywano od ubeków i wygwizdano. Modły o nawrócenie polskich hierarchów to jednak nic nowego w naszych środowiskach katolicko-narodowych, podobnie jak o „odżydzenie” Watykanu czy śmierć „papieża-masona”. Po prostu proces upolityczniania wiary (Bóg, Papież i Tomasz z Akwinu na sztandarach przy sprawie in vitro, religii w szkołach, aborcji, badań prenatalnych, „wartości chrześcijańskie” w konstytucji itp., itd.) czasem na małą chwilkę wymyka się kurii spod kontroli. Mistyczny szał nadgorliwości nieraz w przeszłości ogarniał wiernych – zazwyczaj udawało się go okiełznać. A nie ma chyba dla Kościoła większego zwycięstwa niż uznanie, że to hierarchia stanowi ostoję rozsądku, trzeźwości i opanowania na tle szaleństwa „ludu”. Większego niż zgodny chór próśb – od prawa do lewa – by Kościół „coś wreszcie zrobił”, by nie milczał, by wziął odpowiedzialność. Niemal nikt nie pytał, czy taki krzyż ma prawo stać na terenie instytucji neutralnego ponoć światopoglądowo państwa. Wszyscy uznali (sam Kościół najpóźniej!), że kuria jest konieczną stroną w tym sporze. Przedmiotem debaty nie było usunięcie grupy łamiących prawo fanatyków, lecz rozwiązanie sporu tak, „by nie siać zgorszenia”. Zajścia na Krakowskim Przedmieściu – paradoksalnie – potwierdziły wszechobecność Kościoła w polskim dyskursie publicznym. Obecność Kościoła ma być konieczna, bo „cywilizuje” roznamiętniony katolicki lud.
Bronisław Komorowski – to po trzecie – pokazał, że nie ma żadnej podmiotowości. O ile zaangażowanie kurii do rozwiązania problemu można od biedy zrozumieć jako „dyplomację” uwarunkowaną potęgą Kościoła w Polsce, o tyle rezygnację z przeniesienia krzyża pod naciskiem nawet nie tłumu (barierki wytrzymały, pomógł też gaz), tylko grupki fanatyków, należy nazwać zwyczajnym tchórzostwem. Urzędnicy prezydenta-elekta poddali się temu „małemu antypaństwu”, jak mówi Magdalena Środa, przerzucając de facto odpowiedzialność na Kościół. Gdy księża spasowali przed wyzwiskami, ustąpiła również Kancelaria Prezydenta – „obrońcy krzyża” wygrali, a rząd PO nie ma pomysłu, co z nimi zrobić. Najchętniej wziąłby ich deszczem i głodem, ale obawiam się, że gdy Jan Pospieszalski z Leszkiem Bublem doniosą czuwającym kanapki, nawet błyskotliwość Donalda Tuska temu nie zaradzi.
A kim są ludzie spod krzyża? Kontynuacją „Solidarnych 2010”? Na poziomie idei to medialny wariant figury Polaka-katolika, męczennika, ale nie za wolność Naszą czy Waszą, ale cierpiętnika po prostu, by nie powiedzieć masochisty. Ich Polska jako ofiara – Imperium, zdrady, fatum – to wizja tyleż sugestywna, co niepolityczna. Bo krzyż umęczonych jako „symbol naszej tożsamości” nie wzywa do walki, lecz do egzaltowanych manifestacji cierpienia i upokorzenia. Obrońcy krzyża gotowi są chyba zginąć w jego obronie, ale to ostatnie, co mogą zrobić w obliczu zrozumiałej – także dla nich – hegemonii „wrogich sił”.
Problemem nie są emocje, choćby nawet skrajne. Gniew, frustracja, niezadowolenie czy lęk istnieją realnie w naszym życiu społecznym. Wciąż nie posiadamy języka, by je sensownie wyrazić. Po raz kolejny okazało się, że to – coraz bardziej przysłowiowy – Jarosław Kaczyński ma na nie monopol.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 04.08.2010 )
|
|
Felietony Michała Sutowskiego
|
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...