|
Kto to jest frajer? Na przykład ktoś, kto uwierzył, że zakaz reklamy wyborczej – płatnych spotów telewizyjnych i plakatów na bilboardach – cokolwiek zmieni. Czyli na przykład niżej podpisany. Argumenty były sensowne: że model francuski, że debata merytoryczna, że kontakt z wyborcami, że trzeba jeździć i rozmawiać, zamiast się uśmiechać przy drodze w wielkim formacie, do tego z Photoshopa. Opozycja nie bez racji twierdziła, że to wszystko spisek, bo Platforma i tak sobie zrobi spoty z prezydencji i rządowych wizyt gospodarskich – ale od czego w końcu jest „drugi obieg”, sale parafialne, internet, reżyserzy i publicyści zaangażowani?
Wszystko to nie ma już żadnego znaczenia, gdyż zakaz reklamy wyborczej na billboardach zmobilizował partie do publicznego okazania „suwerenności” – solidarnie wysłały PKW na drzewo (żeby nie wyrażać się bardziej dosadnie). Trzy najważniejsze partie uraczyły nas „kampaniami informacyjnymi”: od jednej dowiedzieliśmy się, gdzie posłanka udziela porad, od drugiej – że partia ma program, od trzeciej – że prezes partii będzie premierem. Tyle informacji. Jedna z partii udała, że się orzeczeniem PKW przejęła i że łamanie forsowanego przez siebie prawa nieco szkodzi wizerunkowi. Reszta nie udała, że się przejęła. Przejęli się publicyści – Janina Paradowska się dziwi, redaktor Łukasz Lipiński jest wściekły, a do tego wszystkiego minister Pitera się martwi.
Przypływowi tej „suwerenności” nie towarzyszy niestety kreatywność – jedynym pocieszeniem dla prezesa Kaczyńskiego, otwierającego w swym ostatnim spocie wyprzedaż (sprzętu AGD? kolekcji mody późnowiosennej?) jest fakt, że platformerski film promujący prezydencję był jeszcze gorszy. Ale od nędzy tutejszego PR mamy problem poważniejszy. Debata polityczna w Polsce dotyczy już niemal wyłącznie sposobu prowadzenia kampanii, wiarygodności sondaży, wiarygodności i bezstronności PKW, względnie możliwości sfałszowania wyborów – rozrywki w tych obszarach regularnie dostarczają nam Stefan Niesiołowski, Joanna Senyszyn, ewentualnie europoseł Ryszard Czarnecki. Autotematyzm polskiej polityki sięga już nie wyżyn, a wprost Himalajów absurdu.
Przypominanie o jakichś „wyzwaniach dla Polski”, strategiach rozwoju, o – za przeproszeniem – wizjach długofalowych budzi już tylko politowanie, w wariancie życzliwym – smutny, acz pobłażliwy uśmiech. „Solidarność” może sobie składać choćby i 3 miliony podpisów pod ustawą o płacy minimalnej, doktor Staniłko pisać choćby i dziesięć esejów o polskim dryfie rozwojowym, a minister rozwoju regionalnego Bieńkowska godzinami rozwodzić o tym, że bez inwestycji publicznych (czyt. funduszy unijnych) nasze firmy pójdą na zieloną trawkę. G… to obchodzi tzw. główny nurt. Rząd się przekonał, że „poważne debaty” (OFE) mogą co najwyżej zaszkodzić, z kolei opozycja – że liczy się tylko mobilizacja „twardogłowych”, a spory o centrum, peryferie, Euro i aquaparki ekscytują już tylko zaprzedanych PJN „muzealników”.
Można oczywiście położyć się przed telewizorem, względnie serwisem YouTube, i dobrze się bawić kolejnymi kretyństwami znanego entomologa, ewentualnie współczuć zazdrosnego męża posłance Kempie (ponoć nawet na kolację z wyborcą żony nie puszcza…) – na polityce serio życie się nie kończy. Problem w tym, że powoli zbliżamy się w Polsce do sytuacji, jaką bodaj Artur Domosławski dostrzegł kiedyś w Ameryce Łacińskiej: jeśli nie interesujesz się polityką, ona i tak wkrótce zainteresuje się tobą. Jeśli faktycznie, jak twierdzi minister Bieńkowska, „publiczne środki to będzie coś, co nasze firmy trzyma przy życiu”, środki są głównie z Unii, a Unia właśnie reformuje swój budżet – to od polityki zależeć będzie całkiem sporo. Podobnie – by odwołać się do przypadku sprzed kilku dni – to od polityki, a nie tylko od mitycznego wzrostu PKB zależeć będzie, czy polscy pracownicy będą mieli szanse na coś więcej niż śmieciowe umowy i status „pracujących ubogich”.
Partie polityczne nie znikną, choćby zajmowały się wyłącznie sobą i zdrowiem psychicznym swych liderów. Zarazem zmiany prawa wyborczego pomogą niewiele albo wcale – skoro partie utraciły jakąkolwiek zdolność do artykulacji jakkolwiek istotnych problemów. Za to, czy w tym kraju będziemy rozmawiać o czymkolwiek dla wszystkich ważnym, odpowiada więc „społeczeństwo polityczne”. Nacisk z dołu, ruchy społeczne, NGO, kongresy wsparte przez mniej lub bardziej „niezależne” media – stanowią wyłączną szansę na wprowadzenie istotnych tematów na publiczną agendę. A także na zmuszenie tego – albo innego rządu – do pokazania jak to jest otwarty na społeczny głos.
Felieton ukazał się na portalu Wirtualna Polska.
Na podobny temat
|
Myślę, że kulturalna. Ludzie którzy z...
Kulturalna czy kulturowa? ;-)