|
Tym razem kwiatów raczej nie będzie – ewentualnie żałobny wieniec dla polskich kolei, autostrad, a nawet dróg krajowych. Jeśli pogłoski o dymisji Cezarego Grabarczyka się potwierdzą, będziemy mieli do czynienia z wydarzeniem przełomowym. Nie tylko kibice, handlarze dopalaczami, nadgorliwi agenci ABW, względnie zła pogoda są czemuś winni w tym kraju. Odpowiedzialny może być nawet minister! Rządowi gratulujemy refleksu. Rzecz tylko w tym, że – być może – poza wynikami PO w sondażach posłanie Ministra Infrastruktury na zieloną trawkę niczego nie zmieni.
Katastrofa infrastruktury w Polsce dawno już przekroczyła granice politycznego kabaretu. Ostatni raport NIK na temat naszych przygotowań do Euro 2012 wskazuje na poważne braki niemal w każdym obszarze. Stadiony budowane z opóźnieniem bądź naruszeniem prawa budowlanego, dworce kolejowe w proszku, z drogami dojazdowymi jeszcze gorzej. Największe pocieszenie w tym, że na Ukrainie jest jeszcze gorzej – stan budowy stadionu we Lwowie zapowiada bardzo malowniczy obiekt gdzieś na rok 2014.
Ważne zastrzeżenie: wizerunkowa kompromitacja Polski w trakcie Euro 2012 nie spędza mi snu z powiek. Są poważniejsze powody do zmartwień niż szydercze komentarze niemieckich czy brytyjskich tabloidów – na przykład budowane za wieloletni kredyt stadiony, których w kilku co najmniej przypadkach nie będzie za co utrzymać. Nie tak dawno Lizbona i Seul swoje imprezy przeprowadziły wzorowo – świat patrzył oniemiały z zachwytu (oraz zdziwienia sędziowskimi decyzjami w przypadku Korei, ale to inna kwestia). Tylko że dziś nie bardzo wiedzą, co zrobić z pustymi, przerośniętymi obiektami. Słychać głosy o rozbiórkach, przeróbkach na bazary, ale też makabryczne dowcipy o „wzorcach latynoamerykańskich”. Gdyby komuś w Korei Południowej czy Portugalii przyszło do głowy wprowadzić autorytaryzm i represje polityczne – na obozy jak znalazł…
Stadiony jakoś pewnie wybudujemy, kibice jakimś cudem (pieszo, rowerami, drezyną?) na mecze dotrą – nie zmienia to faktu, że Polska nie jest w stanie przeprowadzić sprawnie choćby jednego „priorytetowego” i prestiżowego projektu. Kłopoty z przetargami, niejasnymi umowami, nierzetelnymi kontrahentami, wydatki ponad wszelkie standardy – „permanentny kryzys” przygotowań do Euro 2012 to swoiste laboratorium wielkich inwestycji publicznych w Polsce. Inwestycji, których będzie coraz więcej – w najbliższych latach czekają nas gigantyczne transfery publicznych pieniędzy do kieszeni prywatnych podmiotów. Konieczna modernizacja przesyłowej sieci energetycznej to wydatek kilkudziesięciu miliardów złotych; niewiele mniej w przypadku dużo bardziej wątpliwego „igreka”, czyli szybkich kolei łączących wielkie aglomeracje. Jeśli rząd i samorządy lokalne nie potrafią racjonalnie wydać kilku miliardów złotych na obiekty sportowe i drogi dojazdowe do nich – jak będzie wyglądał kolejny „ambitny” projekt PO, czyli energetyka atomowa?
Władze publiczne okazują się niezdolne do kontroli firm prywatnych budujących tak „zdroworozsądkowe” obiekty jak stadiony czy drogi. Co w sytuacji „asymetrii wiedzy” w przypadku wysokich technologii? W jaki sposób nasza administracja zamierza wyegzekwować jakość zabezpieczeń w reaktorze jądrowym od wielkiej korporacji energetycznej? Koncerny budujące drogi tłumaczą się, że śnieg w tym roku za długo padał albo że „ceny materiałów nieoczekiwanie wzrosły”, stąd opóźnienia. Rząd twardo zapowiada, że „nie da się szantażować” – nie wiadomo tylko, jak znajdzie wykonawcę nieszczęsnego odcinka A2 na rok przed terminem zakończenia budowy. Co się zatem stanie, jeśli w połowie budowy elektrowni atomowej szacowane koszty „nieoczekiwanie wzrosną”, np. o 100-150 procent?
Katastrofy atomowej – tej ekonomicznej – możemy jeszcze uniknąć, kompromitację na Euro jakoś przeżyjemy. Ale innych wielkich projektów uniknąć się nie da – sieć energetyczna niedługo się rozsypie. Podobnie jak wiele lokalnych linii kolejowych. W każdym z takich przypadków to państwo będzie podmiotem ich modernizacji. To państwo będzie na nie wydawać gigantyczne środki publiczne – bo prywatnych wydać na te cele nikt nie zechce. Podobnie jak na tzw. badania podstawowe, bez których polskich naukowców czeka los wklepywaczy danych.
W takiej sytuacji debata (i efektywne konkluzje!) o podmiotowości naszego państwa, jego zdolności do działania i kierowania rozwojem to warunek jakiejkolwiek przyszłości innej niż grecka. Bo alternatywą dla podmiotowości jest dziś prywatyzacja – Grecja pod naciskiem kredytodawców wyprzeda niedługo praktycznie cały swój sektor publiczny. Minister Grabarczyk powinien z rządu wylecieć z hukiem – ale jeśli na huku się skończy, to już niedługo kompromitacja na Euro będzie najlżejszym z naszych problemów.
Na podobny temat
|
Myślę, że kulturalna. Ludzie którzy z...
Kulturalna czy kulturowa? ;-)