> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Rękaw długi czy krótki? Drukuj
Maciej Nowak   
22.08.2011

Polskie media z rzadka wyściubiają nos z rodzimego bajora, ale takiego skandalu, jak ten w Republice Środkowej Afryki na przełomie lipca i sierpnia nie mogły jednak puścić płazem. Aresztowano tam polskiego podróżnika Macieja Pastwę z Fundacji im. Kazimierza Nowaka, gdyż - jak twierdził - nie zgodził się na zapłacenie łapówki tamtejszym policjantom. Pastwa przebywał z dala od ojczyzny w związku z realizacją misji, polegającej na pomocy w budowie studni dla lokalnych mieszkańców. Zatrzymanie rodaka wstrząsnęło opinią publiczną, a europoseł Konrad Szymański złożył interpelację do Służby Działań Zewnętrznych UE z żądaniem natychmiastowej interwencji. Szymański nie omieszkał wypomnieć, że: „Republika Środkowej Afryki otrzymuje w ramach europejskiej polityki rozwojowej 142,8 mln euro na infrastrukturę i poprawę jakości rządzenia”. Wobec tych niemałych kwot zatrzymanie polskiego globtrotera i humanitarysty odczytywać należy, jako czarną (nomen omen) niewdzięczność. Zapłakały mazowieckie wierzby, zadrżały wielkopolskie łany, zaszlochały wilki na bieszczadzkich połoninach. A Catherine Ashton nareszcie dostała szansę, by udowodnić sens swego urzędu. I udało się! Maciej Pastwa po niecałym tygodniu spędzonym w więzieniu powrócił na ojczyzny łono. Zaraz też złożył oświadczenie: „…ja Afrykę kocham i do Afryki wrócę. Stosunku do Afrykańczyków nie zmieniłem, liczę też, że jeszcze więcej osób będzie chciało włączyć się w pomoc tamtejszym ludziom”. W tym momencie zmiękło również granitowe serce polskich Tatr i, jak donoszą, niebezpiecznie podniósł się poziom wody w Morskim Oku. Oto budująca historia, w sam raz do zbioru opowieści ku pokrzepieniu ofiarnych polskich serc, niewahających się wbrew wszelkim przeciwnościom nieść ulgę nieszczęśliwym ludom. 

Myślałem o przygodzie Macieja Pastwy, czytając wydaną właśnie przez Czarne książkę holenderskiej dziennikarki Lindy Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej. Praca ukazała się po raz pierwszy w roku 2008 i nie można jej oczywiście traktować jako repliki na wydarzenia sprzed miesiąca. A jednak tworzy kontekst dla tych i innych doniesień z Afryki i innych części świata, gdzie cywilizacja zachodnia prowadzi humanitarne misje. I tłumaczy, dlaczego zachodnie porywy dobrych intencji nie zawsze są dobrze odbierane przez mieszkańców antypodów.

Diagnozy Polman są bezwzględne niczym opisywani przez nią rebelianci z Sierra Leone, którzy swoim ofiarom zadawali pytanie: - Rękaw długi czy krótki? - co oznaczało wybór między odrąbaniem maczetą ręki w nadgarstku lub łokciu. Autorka pisze wprost, że za szlachetną fasadą cywilizacyjnego i humanitarnego wsparcia kryje się ogromny biznes, którego globalne obroty czynią zeń piątą gospodarkę świata. Proces technologiczny zaczyna się od organizowanego przez media masowego wzruszenia losem Trzeciego Świata, przerabianego następnie na monstrualne kwoty, płynące z budżetów państw i zbiórek publicznych. Pieniądze te zasilają z kolei konta tysięcy organizacji, które zagospodarowują je mniej lub bardziej sensownie. Często mniej - gdyż realna pomoc jest tylko marginesem tej działalności, co Polman ukazuje z przerażającą precyzją na przykładzie Rwandy, Sierra Leone, Biafry, Darfuru, Etiopii, Południowego Sudanu i Afganistanu, najmodniejszych destynacji pomocowej turystyki ostatnich dziesięcioleci. Casus Rwandy jest szczególnie przerażający. Nie dość, że wspólnota międzynarodowa nie podjęła nawet próby wstrzymania ludobójstwa środkami militarnymi, to następnie z monstrualnych funduszy pomocowych wspierała wyłącznie bojówkarzy Hutu, sprawców masakry. Miliony ofiar Tutsi pozostawiono swojemu losowi. Bo dużo ważniejsze od sensowności misji dobroczynnych jest zaspokajanie apetytu zachodniej publiczności na łzawe wizje humanitaryzmu, który jest współczesnym wcieleniem dawnego kolonializmu. Tak jak przed stuleciem daje to Zachodowi miłe poczucie cywilizacyjnej wyższości nad cierpiącymi mieszkańcami tropików.

Jest może nawet jeszcze gorzej, bo jak zwraca uwagę Polman, od początku XXI wieku działalność charytatywna została włączona do współczesnej doktryny wojennej. Przypomina słowa Colina Powella: „Podobnie jak nasi żołnierze i dyplomaci, organizacje pozarządowe również służą na frontach wolności (…) Wzmacniają nasze wojsko i są ważnym elementem naszego combat team”. Wnioski autorki Karawany kryzysu brzmią złowieszczo: „Skoro pomocy humanitarnej udziela się w takim militarno-politycznym kontekście, to nie powinno być zaskoczeniem, że w takim właśnie militarno-politycznym kontekście owa pomoc jest także odbierana”.

Nie mam najmniejszych podstaw, by wątpić w sensowność programów Fundacji im. Kazimierza Nowaka. Ale dzięki książce Polman nie zamierzam już łatwo ulegać egzaltacjom nad niewdzięcznym losem zachodnich kulturtagerów w Afryce czy Azji. Ich działalność nie zawsze wzbudza u miejscowych dobre skojarzenia. Obok kontekstu politycznego nie podoba się także ich styl życia, zamykanie się w ekspackich klubach i barach, ostentacyjnie drogie samochody i urządzenia, wysokie wynagrodzenia. Pisze Polman: „Znałam pracowników organizacji humanitarnych, którzy w ciągu dnia opiekowali się nieletnimi żołnierzami i sierotami wojennymi, a wieczorami rzucali się w drobne ramiona prostytuujących się dzieci”. Szokujące? A i tak nie są to najmocniejsze kawałki tej opowieści, w której znajdziecie m.in. opisy samozwańczych misjonarzy, wykonujących operacje chirurgiczne bez jakichkolwiek uprawnień medycznych. Aż trudno przytaczać te świadectwa.

Mocną częścią książki jest umieszczony na końcu słowniczek pojęć biznesu pomocowego. Cóż to za fascynująca galeria zachodniego cynizmu i nowomowy, ubranych w szatki współczucia! Zawstydzicie się tu głupotą kolorowych bransoletek, których producenci ścigają się o pierwszeństwo w zaklepaniu dla siebie konkretnego koloru. Znajdziecie klucze do pisania skutecznych wniosków o granty (ważne wyrażenia: trwały rozwój, demokratyzacja, globalizacja, prawa kobiet, tworzenie możliwości samodzielnego rozwoju i społeczeństwo obywatelskie) oraz wskazówki, jak stopniować emocjonalność argumentacji (zamiast zwykłego „ludobójstwa” - „śmiertelne ludobójstwo”). Wygrzebiecie  informację, że stale powtarzana opinia o powszechnej korupcji w krajach Afryki nie znajduje potwierdzenia w badaniach naukowych berlińskiego instytutu Transparency International. „Włochy są bardziej skorumpowane niż Botswana, Grecja bardziej niż Afryka Południowa, a w Polsce jest pod tym względem gorzej niż w Ghanie”. Z bólem czyta się także hasło o Matce Teresie, po której śmierci na jej prywatnym koncie w Nowym Jorku odkryto 50 mln dolarów. Mimo to „jej szpital był nadal równie słabo wyposażony i zacofany pod względem medycznym, jak w czasach zanim stała się bogata i sławna. Sama mateczka, gdy coś jej dolegało, również chętniej udawała się do nowoczesnych szpitali w Kalifornii”.

Wstęp do polskiego tłumaczenia Karawany kryzysu napisała Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. Ponieważ mam awersję do czytania (jak i pisania) wstępów zajrzałem do tego tekstu dopiero po zakończeniu całej książki.   I to był błąd. Gdybym zapoznał się ze stanowiskiem Ochojskiej przed lekturą całości, być może nie odczułbym tego aż tak boleśnie, ale znając już wszystkie refleksje Lindy Polman, polska próba obrony działalności pomocowej brzmi  bezradnie i blado. Swoimi siedmioma stroniczkami wynurzeń założycielka PAH mimowolnie potwierdza wiele konstatacji Polman. Bo jakże inaczej odczytywać ognisty apel o zrozumienie dla konieczności dysponowania przez humanitarystów dobrymi samochodami i zapewnienia im odpowiednich warunków odpoczynku? Albo powtarzanie, że tylko małe organizacje zapewniają lepszą gospodarkę środkami, skoro jak wynika z precyzyjnej argumentacji Polman, podstawowym problemem akcji pomocowych są dziesiątki tysięcy tzw. MONGO, czyli My Own Non Govermental Organization, które konkurują między sobą o pieniądze ofiarodawców i najczęściej dublują działalność.

Nie chcę zamieniać tej rubryki w cykl recenzji. Ale Karawana kryzysu to kolejne wstrząsające świadectwo degradacji i korupcji reżimu, w którym żyjemy. Nic nie znaczy tu, co znaczyć powinno, a przynajmniej – tego, co dotąd wydawało nam się, że znaczy. Czy kiedykolwiek uda nam się w ogóle przywrócić sens prostych słów? Humanitaryzm, czyli działania wynikające ze współczucia dla człowieka cierpiącego, to już nie jest termin zdefiniowany dokładnie przed laty przez Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża. Za tym parawanem skrywa się dziś ogromny przemysł pomocowy, działający na zasadach wolnorynkowych i zapewniający w pierwszej kolejności luksus poczucia wyższości widzom zachodnich stacji telewizyjnych. 

W przypadku Republiki Środkowej Afryki, dzięki bystrości naszego europosła, nawet znamy dokładnie cenę tego luksusu: 142,8 mln euro. Za tę kwotę ich policjanci mają obowiązek szanować naszych obywateli. Europejskie gliny żadnych takich zobowiązań wobec czarnoskórych nie mają. Maxwell Itoya w Warszawie i Mark Duggan w Londynie wiedzą to najlepiej.

  

Felietony Macieja Nowaka publikujemy w poniedziałki.  
Komentarze
Dodaj nowy
Abażur   |22.08.2011 21:30:37
Cieszę się, ze ktoś w Polsce wydał tę książkę. To bardzo ważny i uczciwy głos w
sprawie, o której milczy się zdecydownie zbyt często.

Jednak stawianie Duggana
(szefa drobnej organizacji przestępczej, noszącego przy sobie na codzień broń,
fotografującego się na potrzeby fejsa w bluzie z nazwą swojego gangu) i biednego
Itoya’i w jednym szeregu to daleko idące uproszczenie, zdecydownie krzywdzące
dla "naszego" Maxwell’a.

Ciekawostka: wujkiem Duggana był znany
kryminalista z Manchesteru Desmond "Dessie" Noonan. Pochodził z
Irlandii, był powiązywany z 25 morderstwami, sam zginął z rąk dealera, którego
zmuszał do dostarczania narkotyków za darmo. Dealer jest czarnoskóry. Dostał
dożywocie.
gorgol   |22.08.2011 21:50:26
Znam osoby pracujące w PAHu, zarówno jako pełnoetatowi pracownicy jak i
wolontariusze. Z ich relacji wynika, że jest to korporacja nastawiona na
zdobywanie pieniędzy z grantów, misja nie jest tam priorytetem. Mój kolega do
niedawna tam pracujący musi leczyć się u psychiatry z powodu mobbingu. Pieniądze
wydane na "humanitaryzm" często wyrzucane są w błoto, koleżanka
uczestniczyła w budowaniu szkoły w Afganistanie, kiedy jeszcze w większej części
tego kraju trwał w najlepsze otwarty konflikt zbrojny. Efekt był taki, ze szkoła
zaraz po zbudowaniu została zniszczona.
El Diablo   |22.08.2011 21:55:27
Co do niewinności Itoyi i Duggana oraz niewłaściwego postępowania policji
miałbym wątpliwości. Ale KP musi oczywiście być w stu procentach poprawna
politycznie (czytaj przypisać automatycznie niewinność członkowi mniejszości
rasowej, narodowej, seksualnej, itd). Szkoda, że przy wpadkach nie starcza wam
odwagi żeby się przyznać do błędu.
nowak   |23.08.2011 10:17:34
zaraz, zaraz, prosze mnie nie rozliczac z poprawnosci politycznej. nie
wypowiadalem sie o winie lub niewinie Itoyi czy Duggana. zwracam tylko uwage, ze
policja nie jest od wymierzania kary i wykonywania egzekucji, do czego w
przypadku ciemnoskorych ma lekka reke
amis   |23.08.2011 11:13:40
Jeżeli chodzi o Maxwella Itoya to brat mojego bliskiego przyjaciela był oficerem
Komendy Głównej Policji (niestety zmarł niespełna rok temu w młodym wieku) i
znam jego relację na ten temat (a twierdzę, że uczciwą, to był mój kolega, nie
musiał niczego udawać). Podczas nalotu policji na nielegalnych handlarzy ze
stadionu (szukano podróbek, towaru kradzionego i z przemytu) grupa sprzedawców z
Afryki bardzo agresywnie stawiała opór kontroli (później mówiono, że mieszkańcy
Afryki tak się normalnie zachowują, a w Europie jest to odbierane jako agresja,
ale nie bądźmy dziećmi). Policjanci poczuli się zagrożeni, jeden z nich
wyciągnął broń i kazał się odsunąć handlarzom, na co m.in. Maxwell Itoya rzucił
się na policjanta próbując mu odebrać broń. Policjant strzelił (lub broń
wypaliła) z bardzo bliskiej odległości w nogę (nie w głowę, brzuch czy klatkę
piersiową), niestety tak nieszczęśliwie, że kula przecięła tętnicę udową. Tłum
zamiast pozwolić uratować życie biednemu Itoyii rzucił się na policjantów,
zostawiając chłopaka wykrwawiającego się bez żadnej pomocy. To był nieszczęśliwy
wypadek, niestety zawiniony w dużej mierze przez samego Itoyę. Gdyby to był
polski, biały handlarz podróbkami, który podczas kontroli rzuciłby się na
policjanta próbując mu zabrać broń nie byłoby żadnej sprawy. Niestety przypomina
to sprawę kobiety, która zamordowała 5 swoich nowonarodzonych dzieci i schowała
je w beczce na kapustę. Pomimo opinii dwóch niezależnych psychiatrów (kobiet),
że kobieta jest psychopatką i że z pełną świadomością i premedytacją zabiła te
dzieci, środowiska lewicowe koniecznie chciały widzieć w tej zbrodni jako
głównego sprawcę jej męża, na zasadzie, jak to kolega El Diablo napisał
"…przypisać automatycznie niewinność członkowi mniejszości
rasowej,
narodowej, seksualnej, itd". Czyli że wszystkiemu winni są mężczyźni i to
wyłącznie biali.
JP0   |23.08.2011 11:35:59
Jeżeli Maciej Pastwa twierdzi, że policja środkkowoafrykańska wymuszała
łapówkę - to twierdzi. Powinniśmy pozwolić mu zgnić.
Jeżeli Mark
Duggan handlował narkotykami i woził w skarpecie broń do wykonania
egzekucji to policja działa w sposób bestialski. Powinniśmy
pozwolić młodym ludziom się wyszumieć.
Wracając do meritum: moim
zdaniem p. Maciej Nowak radzi nam wybierać "rękaw krótki", bo kikut
jest mniejszy, ubiór bardziej transparentny, nie ma gdzie
upchnąć łapówki albo złodziejskiego łupu.
Ja zachęcam do wyboru
"rękawa długiego": w tej chwili we wschodniej Afryce waży się czy z głodu umrą miliony czy tylko setki
tysięcy. Jeżeli 50% pomocy zostanie rozkradzione przez humanitarystów, a
25% przez lokalesów, to 25% jedzenia dotrze do celu.
W latach 90 TVP
pokazywała reportaż ze zrzucania przez RAF worków ze zbożem z samolotów w
Afryce. Dziennikarka wytknęła pilotowi samolotu, że zboże za $1
pakowano w odporny na uderzenie w ziemię worek za $15. Pilot podumał i tak
jej odpowiedział: no tak, worek jest bardzo drogi, ale… nie można go
zjeść.
K   |24.08.2011 17:07:03
To ja jednak proszę o cykl recenzji.
Dobry tekst, w odróżnieniu od wielu
wcześniejszych infantylno-pseudoluzackich.
nick  - kilka slow do dyskusji   |30.08.2011 16:15:52
mam kilka przemyslen na ten temat - pracowalem w organizacjach pomocowych za
granica i troche sie naogladalem…

…generalnie zgadzam sie z niektorymi
tylko tezami pani Polman (a raczej recenzji bo ksiazki nie czytalem jeszcze) -
ale chyba to te najglowniejsze…

otoz:
- wysokie zarobki - srednia pensja w
projektach ONZ to ok. 5-7000 USD miesiecznie (dla pracownikow wykonujacych prace
terenowe, nie mowie o wierchuszce w Genewie czy NY, ktora ma pewnie to samo x10)
- czy to duzo? Moze dla nas Polakow wydaje sie duzo - uwzgledniajac polskie
pensje - ale wyobrazmy sobie, ze to ok. 4000 EUR - to duzo dla kogos po
studiach, czesto z dobrym zawodem (inzynierowie, lekarze, informatycy, itd.) -
to nie jest duzo, czesto dostaja mniej niz w swoich krajach, ja rozumiem, ze to
sa czesto pensje poza podatkami, wydatki sa swiadczone przez pracodawce i jest
duzo urlopow - ale ja sie pytam - jak inaczej przyciagnac wykwalifikowanych
pracownikow do takich projektow skoro kazda prywatna firma i tak zaproponuje
lepsze warunki? samym zapalem i wiara nic sie nie zbuduje, czasem trzeba
specjalistow - moglbym podac naprawde wiele przykladow osob, ktore tam wcale nie
zgarniaja jakichs ‘kokosow’ a po prostu pracuja bo kiedys dokonaly takich
zyciowych wyborow, chcialy tak zyc, mieszkac, podrozowac, poznawac inne kultury
- zgadzam sie, ze czesto watek humanitarny jest obok - ale czy to wazne? nie
trzeba byc misjonarzem by dobrze robic swoja robote i komus przy okazji
pomoc…

- standard zycia itd. - tutaj p. Polman troche jedzie po bandzie - co
to znaczy drogi samochod? czy Toyota Land Cruiser za 200 000 zl to drogi
samochod? Moze nam sie wydawac, ze tak - OK, to kupmy taki za 50 000 zl - czyli
na przyklad tez LR tylko 8 letni, uzywany. To juz tanio, tyle kosztuje Kia
Picanto - autko miejskie taniego producenta. A teraz wyobrazmy sobie: kto kupi
taki uzywany samochod w np. Botswanie? Gdzie - na lokalnym bazarze? Bedzie
bezwypadkowy, serwisowany? Nie bedzie. Bedzie niebezpieczny, psujacy sie,
kopcacy duzo wiecej paliwa niz nowy? Bedzie. Nie widze sensu takiego gadania,
skoro p. Polman ma tzw. ‘serce’ zamiast czystej kalkulacji - to tak widzi
sytuacje - z perspektywy bezdomnego umierajacego z glodu na ulicy jednej z
zatloczonych metropolii 3go swiata - tak - te samochody to jakis kosmos i
niepotrzebny wydatek - ale wyobrazmy sobie, ze oni je kupuja jako narzedzia
pracy, w kokretnym celu. Czy pracownicy ONZ czy innych organizacji maja chodzic
w najtanszych (najlepiej uzywanych) butach, latac wysluzonymi lokalnymi
samolotami, pracowac za darmo i jesc jedzenie z ulicy, ah no i oczywiscie
jezdzic lokalnymi dobitymi gratami? A czemu nie wogole mieszkac na ulicy -
przeciez dla przecietnego biedaka takie nawet hotele jak tam sa to jakis kosmos
i drozyzna - to moze niech ONZtowcy mieszkaja z tymi, ktorym pomagaja? Tak sie
nie da nic zrobic, musza byc odpowiednio dobre narzedzia by moc odpowiednio
dobrze wykonac prace…

- ekscesy seksualne i pijanstwo itd.
OK, zgadzam sie,
sam widzialem wiele roznych akcji - ale czy nie zdarza sie to wszedzie? dlaczego
wymagac od np. lekarza z MSF jakiegos innego zachowania niz od jego kolegi ze
szpitala w Europie? Jest piatek, idzie na impreze, upije sie i…no wlasnie - i
co? Cos w tym zlego? Jeszcze raz powtarzam - nie uwazam, ze wszystkie projekty
da sie wykonywac z misja, poczuciem spelniania jakiegos poslannictwa kulturowego
i bycia wzorcem - ba uwazam nawet, ze zdrowa dawka zabawy, odpoczynku i
dzialanie nie z poczuciem misji tylko profesjonalne - moze gwarantowac wiekszy
sukces niz jakis fanatyzm i samoumartwienie - to naprawde trudne miejsca, trudne
prace i trudne emocjonalnie ludzkie wybory, czemu im jeszcze
dokladac…

Jeszcze odnosnie oskarzen o pedofilskie orgie itp. - na pewno czesc
osob pozwala sobie na wiecej, gdy ‘nikt nie patrzy’ i gdy czuja sie bezkarni -
ale to raczej nie jakas norma chyba…

Moze zadac sobie pytanie o sensownosc
pomocy humanitarnej wogole, o sensownosc programow na poziomie ustalen rzadow,
wysokich komisarzy ONZ itd. - czyli tej calej wierchuszki siedzacej w Europie
czy USA w pieknych biurach i medrkujacej gdzie by tu jeszcze komus pomoc - nie
majac kompletnie kontaktu z rzeczywistoscia na miejscu - to ci ludzie sa
przyczyna wielu niepowodzen, to oni sa autorami czesto wadliwie skonstruowanych
projektow (w skali makro oczywiscie) i to oni czesto robia polityke zamiast
rzetelnej pracy w terenie - tylko ja tu chyba pytam o sens istnienia tzw. klasy
politycznej, wogole…
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 22.08.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.00206 Seconds