Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze. Marshall Berman, Przygody z marksizmem
22 maja ulicami Lublina, mimo licznych protestów przeszła manifestacja ONR. Środowiska lewicowe i anarchistyczne, zorganizowały kontrdemonstrację.
Na plac Litewski przybyłem około 10 minut przed rozpoczęciem
wymarszu ONR-owców. Nic się nie działo. Dwa znudzone patrole
policji, po drugiej stronie ulicy nieliczne grupki, które wyraźnie
na coś czekały. Przeszedłem około sto metrów w stronę galerii
Centrum, czyli dawnego PeDeTu. Tu impreza trwała już w najlepsze.
Grupa bębniarek, sprawnie dowodzona przez dziewczynę z gwizdkiem,
przez cały czas wybijała rytm, który się ciągle zmieniał i nie
pozwalał nudzić. Dookoła ponad sto osób, wiele z kwiatową
amunicją, która miała zostać w stosownym momencie odpalona w
wiadomym kierunku. Pomiędzy dorosłymi dzieci jedzące lody, albo
biegające pomiędzy bębniarkami. Atmosfera pikniku.
Nagle, od strony placu Litewskiego, nadjechał sznur radiowozów z
których wyskoczyla ubrana szturmowo prewencja ze strzelbami
gładkolufowymi w dłoniach. Wyglądający jak Terminatorzy
szturmowcy błyskawicznie uformowali szpaler, którym miało
przemaszerować ONR. Ich mocne, męskie głosy było słychać już z
daleka. Odezwała się również kontrmanifestacja, głosy przeważnie
dziewczęce, kobiece. Wystrzelono amunicję: w powietrze i w stronę
ONR-owców, ale głównie na stojące najbliżej radiowodzy,
poleciały przygotowane zawczasu kwiaty. Znajomy anarchista,
(którego, wleczonego potem przez policję po chodniku, miałem
jeszcze okazję sfotografować) powiedział, że przy najbliższej
bocznej ulicy ONR napotka blokadę. Jakoż rzeczywiście, udawszy się
w tamtą stronę, zobaczyłem anarchistyczną blokadę z
transparentem: „Faszyzm nie przejdzie”. Mocny przekaz,
podbity w dodatku mocnymi głosami anarchistów, potrafiących
skandować nie gorzej, niż panowie z ONR. Policja również
zobaczyła blokadę, bo ze dwa plutony cyborgow natychmiast pobiegły
w jej stronę. Nastąpiła krótka przepychanka, policjanci próbowali
zepchnąć blokujących, ale szybko dali spokój. Chwila przerwy -
podczas której banda fotografów (w tym ja), mogła się
nafotografować do woli - i kolejna próba zepchnięcia anarchistów,
tym razem liczniejszymi siłami. Wtedy anarchiści zrobili coś
nieoczekiwanego: usiedli na trotuarze i obejmując wzajemnie,
utworzyli jednolitą masę. Nie do zepchnięcia przy pomocy tarcz
szturmowych. Znowu spokój, policja przegrupowała się i zmieniła
taktykę. Przyjechały dwa radiowozy i ze zbitej masy ludzkiej
zaczęto wyjmować po jednym człowieku i wlec do suki. Niektórzy
pozwalali się wlec spokojnie, inni wierzgali straszliwe, a jeszcze
inni wykrzykiwali hasła, które brzmiały wprawdzie poważnie, ale
biorąc pod uwagę, że chłopaki nie ginęli za ojczyznę, lecz
„tylko” byli aresztowani, u gapiów powodowały raczej
wesołość, niż oburzenie lub współczucie.
ONR? Zobaczywszy blokadę, zatrzymał się w odległości ok. stu
metrów od niej i zachował spokój. Żeby jakoś zabić czas,
panowie skandowali patriotyczne hasła. Czekali cierpliwie na
przejście. A kiedy już ostatni anarchista zniknął we wnętrzu
suki, dowódca prewencji wziął krótkofalówkę i powiedział: „sto
dwa do sto trzy, przejście oczyszczone”. ONR ruszył. Ruszył otoczony ze wszystkich stron policją, która pilnowała,
żeby ONR-owcy i kontrmanifestacja się nie pomieszały. Kordon
zresztą nie był zbyt szczelny, kto chciał, mógł przechodzić w
tę i we wtę, z czego bez skrupułów korzystali zwłaszcza
fotografowie, w tym ja. Policja też już jakby była bardziej
rozluźniona, bo i cóż jeszcze się mogło wydarzyć? Anarchiści
zostali wyłączeni z gry, ONR-owcy zachowywali się spokojnie, a i
kontrmanifestanci też już nie mieli przygotowanych niespodzianek.
Przy Bramie Krakowskiej, po przejściu nią ONR, policja urządziła
własną blokadę, prawdopodobnie chcąc rozdzielić manifestujących
od protestujących przeciwko manifestującym. Potem jeszcze urządzała
taki numer ze trzy razy. Policja blokowała, ludzie czekali, zero
napięcia, bez mała nuda. Przy Trybunale (w nim mają miejsce śluby
cywilne w mieście) nieoczekiwanymi zakładnikami kolejnej blokady
stali się nowożeńcy. Oficer o wyglądzie Terminatora, schylony nad
stojącą w bocznej uliczce limuzyną, tłumaczył eleganckim, młodym
ludziom z auta, dlaczego nie mogą przejechać. Wyborna, pełna
absurdu scenka rodzajowa, którą trudno zapomnieć.
Mając dosyć blokad, ruszyłem okrężną drogą w stronę placu
Zamkowego, gdzie ONR miał w planie złożenie kwiatów pod pomnikiem
ofiar reżimu komunistycznego. Policja oczywiście blokowała dostęp
do ONR-owców, ale już bez przekonania i chyba tylko gwoli
zaznaczenia swojej obecności, bo i tak każdy robił, co chciał.
Czyli nic, bo już nikomu się nic nie chciało. Po złożeniu
kwiatów i stosownym odczycie, ONR zaczęło zwijać swoje flagi i
transparenty, tym samym obwieszczając koniec tej małej awanturki.
Oto, „w telegraficznym skrócie” i bez próby
interpretacji, sprawozdanie z marszu ONR, które w siedemdziesiątą
szóstą rocznicę własnego powstania przemaszerowało z placu
Litewskiego na plac Zamkowy. Marszu urozmaiconego kolorową (we
wszystkich kolorach tęczy) kontrmanifestacją zorganizowaną przez
„środowiska lewackie, wrogie wolności i feminazistowskie”.
Określenia te zaczerpnąłem z wypowiedzi Grzegorza Wysoka, który
na You Tube zapraszając na marsz, słusznie podejrzewał, że może
on zostać zakłócony i te właśnie „środowiska”
wymienił jako potencjalnych sprawców zakłóceń.
Gdyby nie aresztowani koledzy anarchiści, którzy dzisiejszą noc
spędzą w mało komfortowych warunkach, marsz można uznać za
barwną i urozmaicającą nudę Lublina imprezę, właściwie
kameralną. A ONR, zachowując spokój i powstrzymując się od
skandowania kontrowersyjnych haseł, prawo do publicznego uczczenia
siedemdziesiątej siódmej rocznicy powstania, wydają się mieć w kieszeni.
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...