> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Pisuk: W Łodzi można złapać doła Drukuj
Igor Pisuk   
02.01.2011

Mark: - Wysiadam z pociągu i pierwsza myśl - „Łódź, kur…!”. Przyjechałem z końcem lata, początkiem jesieni, więc nie było tak źle. Moja mama zorganizowała dla mnie wycieczkę po mieście i zaznaczyła, że jedyne, co jest ciekawe, to Piotrkowska. Od sześciu lat nic się nie zmieniło. Piotrkowska też straciła swój urok.

2 grudnia 2010 roku. Czwartek

Niewielki pokoik w kamienicy, ulica Piotrkowska, Łódź. Bezsenność, niepokój, gonitwa myśli i podekscytowanie. Pod oczami formują się fale zmęczenia. Skóra wysuszona i mikrodreszcze spacerują tuż pod jej powierzchnią. Na biurku przede mną „Gazeta” z informacją. Myślę: „Szlag by to trafił! 5 grudnia. Nie zdążę”.

Mieszkanie dzielę z trzema studentkami szkoły filmowej. Dwie są producentkami i łączy je przyjaźń, trzecia jest reżyserką i łączy mnie z nią niemal wszystko. Wszystkich nas najsilniej połączyło miasto, które potrafi rozniecić emocje i spalić człowieka albo zamrozić, szczególnie w taką noc jak ta. Patrzę przez okno. Śnieg walczy z kapitulującymi oknami, dozorca siedzi w swej klitce i pewnie śpi, ja nie potrafię.

Pierwsza z producentek - Zuzia - pojechała cztery dni temu na festiwal Camerimage, który po raz pierwszy w tym roku odbywa się w Bydgoszczy, i, jak napisała 30 listopada o 19.18: „Jest super! Tylko trochę zamarzamy;) Mamy wolne, więc wracam w niedzielę. Trzymajcie się ciepło!”. Druga wróciła do Gdyni, do swego azylu, rodzinnych obiadków, chłopaka, telewizji, i też wraca w niedzielę.

Ta, która jest reżyserką, ma na imię Lucia, i kręci ze mną w realu film, całkiem romantyczny, jako jedyna została i smacznie sobie śpi w drugim pokoju. Tylko czasem pokrzykuje coś, czego nie rozumiem, bo nie znam jej języka. Szwecja - Ikea, H&M, Volvo, serwer Wikileaks - to właśnie ojczyzna mojej wybranki w telegraficznym skrócie. Ja dla ścisłości studiuję fotografię, i tyle wystarczy.

Marzną mi ręce, zimno, pomimo kaptura na głowie, grubego polaru. Zazwyczaj wesołe, studenckie mieszkanie dziś epatuje pustką i chłodem. Termometr pokazuje -10 stopni. Wiatr wciąż gra swą melodię.

Rano wstaję i idę do pobliskiej kebabiarni - Ramzesa. Kiedy kończę jeść tortillę z wołowiną, dzwoni do mnie kumpel ze studiów, Maciek.

- Co robisz, gdzie jesteś? - słyszę w komórce.

- Siedzę w kebabiarni - odpowiadam.

- Chciałem z tobą gdzieś pójść, coś wszamać Będziesz tam jeszcze? To wpadnę! Jadę samochodem i jestem blisko Piotrkowskiej.

- Spoko - mówię. - Nigdzie się nie ruszam.

Po chwili w drzwiach staje jeden z moich najlepszych znajomych. Ma pomarańczowe buty i szary płaszcz, a w głosie i sposobie poruszania się ADHD. Chwilę rozmawiamy. Potem idziemy do Manekina, gdzie można zjeść tanie i dobre naleśniki. W środku panuje przyjazny klimat, przede wszystkim jest ciepło.

Żegnam się z Maćkiem na dworcu Łódź Fabryczna. Idę do Manufaktury. Wygrzebuję z portfela ostatnich pięć złotych. Sprawdzam w bankomacie stan konta. Okazuje się, że jestem spłukany. Za ostatnią piątkę kupuję kawę w kawiarni muzeum sztuki - ms2. Dzwonię do ojca - ostatniej deski ratunku. Odbiera. Jego głos jest płaski, przytłumiony, bezbarwny, jakby oddzielały nas całe lata świetlne. Najpierw mówię mu, że piszę reportaż o Łodzi, że nie mam pojęcia, jak się takie reportaże pisze. Ojciec jest scenarzystą i odnosi sukcesy, które, niestety, nie przekładają się na sytuację finansową.

- Ile masz czasu? - pyta.

- W niedzielę trzeba wysłać

- To kiepsko - mówi. - Przeczytaj coś Szczygła, wejdź na jego stronę, on tam daje sensowne wskazówki. Poczytaj Hugo-Badera. Masz strasznie mało czasu

W końcu przełamuję się i pytam: - Tata, a wysłałbyś mi 100 złotych? Jeszcze nie dostałem stypendium, jestem bez grosza.

- Wyślę, choć wiesz, jaką mam sytuację.

- Tak, wiem. Ale ósmego już powinno być to cholerne stypendium

Potem dzieje się dużo, a ja myślę tylko o tym, że to jest reportaż, że musi być bohater, dokumentalny charakter, akcja, rytm i tym podobne atrakcje. Zapadam się w sobie i długo jestem nieobecny. W końcu docieram do domu. Piotrkowska, podwórko, wbiegam po schodach, zadyszka, otwieram drzwi. Lucia coś robi w kuchni. Mówię jej, że już wiem!

- Co wiesz? - pyta.

- Wiem, o kim napisać!

- O kim?

- O sobie, o tym, jak nie mogę znaleźć tematu!

- Ale to przecież nie będzie reportaż.

Krzątam się po mieszkaniu. Nie mogę znaleźć dla siebie kąta. W końcu olśnienie! Już wiem! Że też nie wpadłem na to zaraz po przeczytaniu informacji w „Wyborczej” z pierwszego grudnia. Zaczynam działać

3 grudnia 2010 roku. Piątek

Skręcam skręta. Tytoń polski - czyli suchy i ohydny. Tylko tyle mam do palenia. Papierosy się skończyły i pieniądze też. Dziewczyna, z którą żyję, wciąż mi powtarza: rzuć to, ale odkąd nie można palić publicznie, to mi się chce więcej i publicznie właśnie. Palę na klatce, bo w domu postanowiliśmy wspólnie, że nie smrodzimy. Zimno na tej klatce, dym trochę rozgrzewa, patrzę na zegarek w komórce, jest 19.05.

Jeszcze stoję przed swoimi drzwiami, chwila zawahania, gaszę fajkę, odwracam się na pięcie i pukam do drzwi obok. Staje w nich chłopak, lekki zarost, przenikliwe spojrzenie. Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się z Leonem Zawodowcem. Przełykam ślinę i mówię: - Cześć, dostałeś moją wiadomość na Facebooku?

- Tak, tak, spodziewałem się, że wpadniesz.

Zalega cisza, po której proponuje mi herbatę, kawę. Proszę o herbatę. Wchodzimy do kuchni. Z pokoju dobiega muzyka. Dziękuję mu, że się zgodził. Tłumaczę jak dziecko, które nabroiło - po co chcę mu zająć czas i jaki mam w tym cel.

- A z kim jeszcze będziesz gadał? - pyta.

- Chyba z Jonasem, którego znam z widzenia i może z inną dziewczyną, której imienia nie potrafię wymówić i której w ogóle nie znam. Napisałem do nich na Facebooku, ale nie odpisali, więc to nie jest pewne.

- Tomek Ziółkowski też tu mieszka, z operatorki jest.

- Super!

- Tylko że on rano wyjeżdża, ale możesz do niego zadzwonić

Dostaję numer do Tomka. Po chwili słyszę męski głos i zaczynam mówić:

- Yyyy ., Tomek? Z tej strony Igor, twój sąsiad, też z Filmówki, bo wiesz, piszę taki reportaż - tłumaczę mu co i jak, po czym zgadza się ze mną spotkać za dwie godziny.

Dopalam papierosa i nagle włącza mi się dyktafon w kieszeni. W tym momencie czuję się jak sparaliżowany - zauważył czy nie zauważył? Powtarzam sobie: „Take it easy”, jak to mówi mój idol Big Lebowski. Pytam, czy mogę nagrać naszą rozmowę. Zgadza się.

Mieszkanie ma artystyczne - to znaczy rzeźby, zdjęcia, przedmioty bezużyteczne i takie jakby znaleziono je na ulicy.

Mark R. Wagner. 25 lat. Studiuje w szkole filmowej reżyserię. Jest na 5. roku. Do Polski przyjechał, kiedy miał 19 lat. Był 2005 rok. W Izraelu panował ogromny niepokój, wybuchały autobusy, samochody. Mark jest Żydem z polskimi korzeniami.

Opowiada: - Moja mama urodziła się w Łodzi. Wyjechała, jak miała 18 lat, w 1968 roku, a ojciec urodził się w Warszawie i wyjechał, jak miał 10 lat, w 1957 roku. O Filmówce dowiedziałem się po skończeniu liceum w Tel-Awiwie. Wtedy zdecydowałem, że chcę tutaj studiować. Trochę nie miałem nadziei, że w ogóle zdam egzamin. Myślałem, że chłopiec z jakiejś tam wioski w Izraelu nie ma szans tutaj się dostać, ale spróbowałem, i okazało się, że jednak zdałem.

Pytam o pierwsze wrażenie po zetknięciu z Łodzią. Mark zaczyna się śmiać.

- No takie oczywiste.

- To znaczy? Wysiadasz z pociągu i co widzisz, co myślisz?

- Wysiadam z pociągu i pierwsza myśl - „Łódź, kur…!” (słynny cytat z polskiej komedii „Ajlawju”.) Przyjechałem z końcem lata, początkiem jesieni, więc nie było tak źle. Moja mama zorganizowała dla mnie wycieczkę po mieście i zaznaczyła, że jedyne, co jest ciekawe, to Piotrkowska. Od sześciu lat nic się nie zmieniło. Piotrkowska też straciła swój urok.

Mark mówi, że ostatnio wrócił z Nowego Jorku. Zobaczył tam też rejony fabryczne, podobne do innych, które są rozsiane po świecie, tyle że tam, w przeciwieństwie do Łodzi, widać cel i wizję.

Pytam o rzeczy drażniące, o to, co go najbardziej dotyka w Łodzi:

- Wiesz, mam już mocno emocjonalny stosunek do tego miasta i chwilami boli mnie to, że moje mieszkanie jest nad klubem go-go i tam jest przejście, które w nocy jest ciemne i nieraz ludzie wykorzystują to, żeby chlać albo złapać kogoś i dać w łeb. Nieraz dzwoniłem o 5 rano na policję, nikt nie odbierał, bo widocznie byli na tyle zajęci, żeby nie odbierać. Więc to boli.

Rozmawiamy trochę o historii Łodzi. Dowiaduję się, że dla Marka historia, to, co się wydarzyło, nie jest tak istotne w porównaniu z tym, co aktualnie dzieje się w Izraelu.

- Ja wolę mieć spokojne życie, niż myśleć o tym, czy w ogóle będę żył, i w Łodzi mam je z całym bólem, brudem, chwilową przemocą na ulicach. Mogę pytać siebie: „Jak będę żyć?”, a nie: „Czy będę żyć?”.

Kiedy drążę temat, pytając o to, jak odbiera łodzian, to dzieli się ze mną obawą, że on ogólnie ma tendencję do krytyki, co poniekąd wypływa z jego charakteru i dlatego cokolwiek powie, może zostać odebrane tak, że to nie jest na miejscu, że obcokrajowiec - już nieraz spotykał się z takim reakcjami. W końcu jednak postanawia zwierzyć się i opowiedzieć o tym, co było największym szokiem, kiedy przyjechał do Łodzi.

- To była sytuacja, kiedy na pierwszych zajęciach języka polskiego pani profesor powiedziała, że gdyby ktoś zaatakował nas na ulicy, to nie można wołać pomocy, ratunku, tylko pożar!

Mark, twierdzi, że to była dla niego totalna abstrakcja - to, że ludzie pomagają dopiero wtedy, kiedy wiedzą, że im też coś zagraża. Z drugiej strony zaznacza, że w Łodzi czuje spokój, którego nie doświadczył w Izraelu i że cokolwiek by się nie działo, to nie jest tak mocne, nie do zniesienia. - To kwestia proporcji - zaznacza.

Mark nie ma konkretnych planów na przyszłość. Na pewno chce skończyć studia. Poczeka, aż Dominika, jego dziewczyna, skończy swoje. Na razie nie chce wracać do Izraela.

Po krótkiej wymianie SMS-ów umawiam się z Tomkiem Ziółkowskim, który mieszka dwa piętra niżej. Pukam. Otwiera i natychmiast pyta, czy się czegoś napiję. Proszę o wodę. Po raz kolejny bez mojej wiedzy włącza się dyktafon i zaczyna głośno trzeszczeć, odtwarzając nagranie z hałasem miasta. W środku jest bardzo domowo. To, co przykuwa moją uwagę, to lampa, której podstawa wykonana jest ze starego statywu, a na nim sterczy czerwony klosz - pomysłowe i zabawne. Poza tym jakieś zdobycze na ścianach w postaci dziwnych tabliczek, pordzewiałych jak sprzed wojny. Tomek to rodowity łodzianin. Mieszkał też w Piotrkowie. Od pięciu lat jest na stałe w Łodzi. Studiuje na 5. roku operatorki w szkole filmowej.

- Tu mieszkam od 1,5 roku (Piotrkowska). Wcześniej na Polesiu i jeszcze w innych miejscach. Z jednego wylecieliśmy przez kota. Z dwóch za imprezowanie.

- Jak to przez kota?

- No tak, właścicielka, jak zobaczyła kota, to powiedziała, że albo go likwidujemy, albo się wyprowadzamy. Kota nie zlikwidowaliśmy.

Obok Tomka, na kanapie, wylegują się dwa koty, wyglądają na szczęśliwe i rozpieszczone.

Tomek opowiada: - Długo byłem totalnym, bezkrytycznym łódzkim patriotą. W tym sensie, że miałem mnóstwo znajomych w Krakowie i zawsze tej Łodzi broniłem, i to było dosyć łatwe, bo przeważnie nikt nie był w Łodzi, więc wierzyli mi na słowo. Ale z czasem zaczęli przyjeżdżać i okazało się, że nie jest tak, jak mówiłem.

- Jakie były reakcje?

- Generalnie ludzie się śmieją.

- Przez łzy?

- Tak, też. Ale i z absurdów różnych. I nagle zobaczyłem, że jesteśmy dwadzieścia lat do tyłu w stosunku do Polski, nie mówiąc o świecie. Raz kolega z Krakowa przyjechał tutaj, robiliśmy razem spektakl w teatrze, to nagle się okazało, że ilość sklepów monopolowych jest niezwykła. Albo że w Rossmanie jest stoisko alkoholowe. Ja bym w życiu nie zwrócił uwagi, że to jest nienormalne, a ludzie przyjeżdżają i słyszę: „Kur…, co się dzieje!”.

- A jak z ciekawymi miejscami w tym mieście, inicjatywami społecznymi? - pytam.

- Jak się chodzi po Łodzi, to masz kilka fajnych miejsc, bo są takie, ale żeby przejść z jednego do drugiego, to musisz albo iść przez slumsy, albo przejdziesz obok dziesięć razy i nie znajdziesz.

Wiem, że Łódź działa tak, że można łapać doły. Większość znajomych miała stany depresyjne. Pytam się Tomka, jak się czuje psychicznie w tym mieście.

- Jak powtarzałem jeden rok i był taki semestr, na którym nie miałem w zasadzie nic do roboty, to dostałem takiej depresji, że nie wychodziłem z domu, spałem. A wtedy mieszkaliśmy na Starym Polesiu, które jest strasznym syfem. Każde wyjście z domu było dla mnie torturą. Byłem też parę razy napadnięty. Może to za ostro zabrzmi, ale to jest jednak miasto, w którym większość ludzi to hołota. To się bierze z tego, że konstrukcja społeczna jest taka. Tu były fabryki, tu byli robotnicy - z założenia ludzie niewykształceni. Kiedyś fabryki zatrudniały masę ludzi. Nagle to się skończyło, a ludzie zostali i muszą się czymś zająć. Połowa zajęła się piciem wódki. Młodsze pokolenie jest jeszcze bardziej skupione na tej piłce, biciu się po mordach, i to się radykalizuje. Przemarsz kibiców ŁKS-u na Widzew jest czymś takim jak przemarsz wojsk pod totalną eskortą, śmigłowce, stały punkt - obrzucenie komisariatu kamieniami - to bywa męczące. To, co mnie doprowadza do szału, to to, że słyszę, że burzą kolejną kamienicę albo jak widzę, że w miejscu kolejnej kamienicy powstaje parking, jak ktoś kupuje i celowo rozwala albo jak remontuje i maluje potem na różowo tudzież na żółto, i czuję wtedy taką bezradność. Myślę, że to dobre słowo. Wszyscy narzekają, że Piotrkowska jest brudna, że się rozpada chodnik, te gwiazdy takie porozpieprzane. Albo spacer po Wschodniej: wchodzisz w podwórko i widzisz, że tam nikt nie mieszka, wchodzisz w kolejne - nikt nie mieszka, wchodzisz w kolejne - nikt nie mieszka. Mam wrażenie, że Polska w ogóle się nie interesuje Łodzią. Jak polepszyć sytuację tutaj - nie mam pojęcia. To jest problem społeczny, którego rozwiązanie zajmie lata. Nikt, kto jest z Łodzi albo bardzo mała liczba osób stąd powie ci, że Warszawa jest fajnym miastem. Typowy łodzianin, który pojechał do Warszawy, powie, że tam jest wyścig szczurów albo że „warszawska Praga to co!?”. W Łodzi jest właśnie taki kompleks.

Tomek mocno zadomowił się w Łodzi. Wraz ze swoją dziewczyną Anią spodziewają się dziecka, które ma urodzić się za 3 tygodnie. Razem planują zamieszkać w Warszawie, gdzie najłatwiej znaleźć pracę w branży filmowej.

4 grudnia 2010 roku. Sobota

Mróz, Piotrkowska, zapada zmrok. Myślę o Łodzi, o tym, co usłyszałem od moich sąsiadów. To głos młodych ludzi. Ważny głos. Mam potrzebę z kimś pogadać. Z kimś, kto znalazł się na innym biegunie, z kimś, kto zrósł się z tym miastem. Znajduję taką osobę. Przy wejściu do Irish Pubu na Piotrkowskiej znajdują się dwa otwory, z których bucha gorące powietrze. Przy jednym z nich stoi bezdomny, ogrzewając sobie dłonie, obok jednorazówka z ćwiartką chleba. Podchodzę bliżej. Pytam, czy mogę chwilę zająć. Mówi, że są ludzie źli i są ludzie dobrzy.

- Większość to taka hołota, potrafią bezdomnych za nic pobić. Ale jest też wesoło. Dzisiaj widziałem panie - jechały z chłopakami poprzebieranymi za mikołajów, muzyczka świąteczna. Ja na Piotrkowską nie mogę narzekać. Czasami zbieram tu puszki. Jakoś udaje się przeżyć. Jestem bezdomnym, odkąd się załamałem. Wcześniej siedziałem w więzieniu, potem mnie wypuścili. Zabrali mi mieszkanie, potem ojciec, siostra i szwagier umarli. Siostrę potrącił samochód, kobieta, która jechała z naprzeciwka myślała, że to worek, później szwagier z rozpaczy powiesił się. Ja zacząłem pić.

Podchodzi dwóch innych bezdomnych. Pytają, czy mam szluga. Częstuję ich, dziękują i odchodzą.

Na koniec pytam, czy widzi szansę na zmianę.

- Na razie jeszcze nie. Na razie jeszcze trochę piję. Kiedyś dostałem padaczki, ale już z tego wychodzę. Po prostu koledzy pili i ja z nimi. To życie takie trochę bez sensu. Taka wegetacja. Ale muszę sobie w końcu zdać sprawę z tego, że nic się nie zmieni. Czasami jest tak źle, że nie mogę dłużej. Ale na tym się kończy.

  

Reportaż Igora Pisuka nagrodzony w konkursie Wrzenie miasta, który odbył się w ramach festiwalu Literatura: miasto otwarte 2


Zobacz też: Łódź: 2010 rok na plakatach


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 02.01.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.89955 Seconds