|
Witold Głowacki, „Polska The Times”: Spadek notowań Platformy i wewnętrzne kłopoty partii rządzącej sprawiają wrażenie, że może nastąpić rodzaj przesilenia na scenie politycznej. W euforii są politycy SLD, którzy całkiem serio tworzą swoje udziały w koalicyjnym gabinecie cieni, coraz wyżej podnosi głowy PiS. Czy rosnące nadzieje tych partii mają oparcie w rzeczywistości?
Sławomir Sierakowski, Krytyka Polityczna: Problem polega na tym, że wcale nie muszą mieć oparcia w rzeczywistości, aby mieć nadzieje na sukces wyborczy. Wystarczy dowolnymi metodami marketingowymi przekonać tę część Polaków, która nie została jeszcze ostatecznie zniechęcona do śledzenia polityki, że w ofercie praktycznie ograniczonej do czterech partii, konkurenci są gorsi. Liczy się to, co jest w telewizyjnej rzeczywistości, tę prawdziwą można sobie odpuścić.
Z czego biorą się kłopoty PO? Bardziej ze sfery Smoleńska, czy raczej z obszarów porażek na polu „polityki ciepłej wody w kranie” – PKP, emerytury?
Weźmy spór o Smoleńsk. Jest całkowicie oderwany od rzeczywistości. Nie dotyczy ani żadnego realnego problemu społecznego, ani właściwie nie ma się o co spierać. Realny za to jest podział społeczny między – mówiąc najprościej – sfrustrowanymi i zadowolonymi z polskich przemian. I dopiero na ten konflikt nakładane są takie sztucznie pompowane teoriami spiskowymi spory jak ten o Smoleńsk. W ten sposób dwie największe siły polityczne mogły dotąd nie rozwiązywać najpoważniejszych problemów społecznych i bezpiecznie rządzić każda w swojej grupie wyborców. Zmienne jest poparcie reszty wyborców, których w mniejszym stopniu dotyczy ten główny podział. To oni dziś powoli odchodzą od PO i bez entuzjazmu mogą poprzeć inne partie. Platforma traci w tej grupie, bo przestała za wszelką cenę unikać ryzyka i zaczęła wreszcie uprawiać politykę, proponując na przykład reformę OFE, które jednym się spodobają a drugim nie. Dramat polega na tym, że są to reformy słuszne, i należałoby je przeprowadzić nawet, gdybyśmy mieli nadwyżkę budżetową, a nie deficyt. Opozycja nie jest w stanie nic sensownego na ten temat powiedzieć i co gorsza nie musi, albo nie powinna nawet, jeśli chce zebrać poparcie zniechęconych do PO.
Czy z tym wiąże się jakaś zmiana w polskim społeczeństwie? Może to początek końca hegemonii konserwatystów?
W społeczeństwie nie ma żadnej hegemonii konserwatystów, bo zdecydowana większość ludzi żyje wbrew ich przykazaniom. Nie bardzo się to przekłada na polską politykę, bo stanowi ona osobną grę, bez związku z codziennymi problemami Polaków. Póki politycy mogą się dzielić na policjantów i złodziei, telewizja to pokazuje w coraz bardziej rozrywkowych formatach, obsługiwanych bardziej przezprezenterów niż dziennikarzy. Selekcja negatywna tak w piosence jak i w polityce, nie przeszkadza, a raczej sprzyja temu, żeby biznes medialny się kręcił. Monika Olejnik narzeka, że zanim zada pytanie, zna już odpowiedź. Ale, jak mówi, robota jej nie nudzi. Gdyby papież stracił wiarę, straciłby też niezła posadę. W sferze publicznej wzmacniane są dziś zachowania konformistyczne, pozbawione treści, mało ambitne. Kto się nie pcha do władzy albo na ekran, ten frajer. Gdy na rok odspawałem się od szklanego okienka i pojechałem do Princeton czytać książki i wzmacniać organizację, Piotr Zaremba nie mógł się nadziwić, że tak łatwo daje o sobie zapomnieć, a Witold Gadomski poczytał mi to za „regres”… [śmiech]
Te same kategorie obowiązują chyba też w polityce. Ustawa o politycznych fundacjach coś tu pomoże? Czy może nawet jeśli powstałby jakiś prawdziwy partyjny think-tank, to i tak posłowie takiej szczęśliwej partii miast ślęczeć nad opracowaniami ekspertów woleliby pchać się przed kamery TVN24?
Na pewno dobrze się stało, że zmniejszono dotacje dla partii politycznych, choć w dalszym ciągu mają one ogromną przewagę nad potencjalną konkurencją. Dobrze, że częściowo zabroniono reklamówek wyborczych, bo to zastępowało partiom konieczność prawdziwej rozmowy z wyborcami. Kolejnym krokiem powinno być wprowadzenie obowiązku przeznaczania części dotacji dla partii na fundacje partyjne. Prawdę o klasie politycznej i mało demokratycznym systemie politycznym, widać po tym, jak bardzo SLD, PiS i PSL mobilizowały się przeciwko tym zmianom. Wprowadzono je tylko dzięki temu, że Platformie udało się zgromadzić wystarczającą ilość pieniędzy i posad, a wsparli ją uciekinierzy z PiS, którzy wcześniej głosowali przeciw zmianom, dopóki nie stracili dostępu do dotacji.
Oprócz Tuska mamy jeszcze czwórkę kandydatów na premiera po wyborach: Schetyna, Napieralski, Kluzik-Rostkowska i oczywiście Kaczyński. Rzecz jasna, każdy z tych potencjalnych premierów oznaczałby inną koalicję. Sądzi pan, że które z tych teoretycznie możliwych układów są najbardziej prawdopodobne?
Jeśli PO i PSL nie zbiorą wystarczającej liczby głosów, to albo do koalicji włączy się SLD albo powstanie jawna lub ukryta koalicja PiS-SLD-PSL.
W niemal każdej koalicyjnej konfiguracji tworzonej w oparciu o aktualne sondaże pojawia się SLD. Po części wynika to z arytmetyki sondażowej. Ale czy rzeczywiście partia Napieralskiego ma aż tak plastyczne zdolności koalicyjne?
Drugi wariant jest możliwy wobec komplementarnych ambicji liderów PiS i SLD. Głównym celem Kaczyńskiego jest dziś nie tyle stanowisko premiera, co zemsta na Tusku. Za odebranie mu władzy Kaczyński może zapłacić stanowiskiem premiera. Napieralski może się na to zgodzić, wiedząc że to może być jedyna w życiu okazja dostąpienia takich zaszczytów. Później może też negocjować odwrócenie sojuszy i wyższą zapłatę od PO, niż gdyby od razu wszedł z Tuskiem do koalicji. Na korzyść PO działa fakt, że kadrowa i programowa słabość opozycji, jest dziś tak wielka, że Platforma mogłaby oddać jej władzę, czekając spokojnie na rychłą kompromitację konkurencji. Tusk mówiąc, że PO nie ma z kim przegrać wcale się nie mylił. Tym bardziej, że zaraz dodał, że może przegrać sama ze sobą.
Za to zwycięstwa spodziewa się lewica. Katarzyna Maria Piekarska mówiła mi jesienią w wywiadzie, że SLD liczy na całkowitą dominację po wyborach 2015 roku. Czy sądzi Pan, że wybory 2011 mogą przybliżyć jej partię do realizacji tego marzenia?
SLD nie rozwija się jak partia, która miałaby ambicję zdobycia rządu dusz w Polsce i zaproponowania jakiejś poważnej zmiany społecznej, przeprowadzonej przez przygotowane i ambitne kadry. Stowarzyszenie Ordynacka nie jest od dusz, ale od tego, co się sadza na stołku. Nikt poważny nie usiądzie na tej samej ławce z Czarzastym i Łapińskim. Z daleka trzymają się nawet byli liderzy SLD, Włodzimierz Cimoszewicz i Aleksander Kwaśniewski. Partia lewicowa powinna proponować cofnięcie pisowskiej obniżki składki rentowej, powrót do trzech progów podatkowych, uszczelnienie prawa o samozatrudnieniu, żeby nie wypychało milionów ludzi z systemu ubezpieczeń społecznych, a innym umożliwiało unikanie płacenia podatków. Powinna mieć także swój pomysł na zwiększenie aktywności zawodowej Polaków. Wówczas moglibyśmy mówić o socjaldemokratycznej odpowiedzi na zmniejszenie deficytu finansów publicznych i nierówności społecznych.
Czy lepszym paliwem dla SLD okaże się coraz większa gotowość społeczeństwa do rewizji konserwatywnych poglądów w tzw kwestiach światopoglądowych (rola kościoła w państwie, aborcja, in vitro) jak zdawało się jesienią, czy po prostu słabość Platformy – jak może zdawać się dziś?
Wszystko co ugrywa dziś SLD w sondażach, dostaje od wykrwawiającej się Platformy i tego, co ludzie SLD ugrają nieuczciwie w mediach publicznych. Nazywanie takiej polityki lewicową nie ma sensu.
I odwrotnie – czy siłą Napieralskiego może stać się jakaś sensowna oferta lewicowa, czy raczej punktowanie obecnych rządzących i PiS dla równowagi.
Poparcie 13,7% w wyborach prezydenckich dostał Napieralski dzięki wystawieniu przez PO i PiS bardzo konserwatywnych kandydatów, ale także dzięki kilku hasłom lewicowym. Coraz trudniej zachować równy dystans do Platformy i PiS, ponieważ PiS przekroczył wszystkie możliwe granice populizmu. Kaczyński sam odebrał sobie możliwość przechwycenia jakichkolwiek wyborców PO. Na tym wąskim straganie polskiej polityki, poparcie dziś samo płynie do SLD.
Wreszcie – czy oferty społecznej/socjalnej (bo lewicowej to jednak nie) nie przedstawi zamiast SLD czasem PiS – ostatnio przecież urządzające cykliczne konferencje o drożyźnie itp?
Konferencje o drożyźnie są raczej wyrazem niemocy PiS, które nie ma dziś polityków, którzy mogliby wiarygodnie sformułować jakiś program solidarności społecznej. Zniechęcające i demoralizujące jest to, że gdy Michał Boni i Jan Krzysztof Bielecki zaczęli odchodzić do neoliberalnych rozwiązań, Platforma zaczęła tracić, nie będąc w stanie obronić się przed populistyczną krytyką Balcerowicza i obrońców nieudanych reform.
Wywiad ukazał się w „Polska The Times” z 18 lutego 2010.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...