Nowość w sklepie kp
Komentarze
CYTAT DNIA
Żeby było weselej, napiszę, jak Cię pamiętam. Pochylnia z Sali Śniadeckich, ty lecisz na czele grupy robotników i studentów goniąc bojówkę endecką, która chciała rozbić wieczór poezji różnych narodów. Masz taką minę wilkołaka, jaką umiałeś robić, zęby na wierzchu, oczy wytrzeszczone, w ręku trzymasz szczątki krzesła. I wyjesz.
list M. do Czesława Miłosza, Rok myśliwego
|
|
Sierakowski: Wywrócimy stolik z oszustami |
|
|
Sławomir Sierakowski
|
|
20.04.2009 |
Michał Karnowski (i nie tylko on) coraz bardziej dziarsko zachęca środowisko „Krytyki Politycznej” do zaangażowania się w „prawdziwą politykę”. Ostatnio nawet – wyraźnie zniecierpliwiony – postanowił nas sam zapisać, umieszczając moje nazwisko na liście… kandydatów w wyborach prezydenckich. Nie przeszkodził mu nawet fakt, że do spełnienia wymogów formalnych 2010 roku będzie mi brakowało 5 lat, nie mam żony i nie byłem bierzmowany. Wystarczy chcieć, a ja podobno chce.
Pożartowaliśmy, a teraz przyjrzyjmy się warunkom wejścia do „prawdziwej polityki” na poważnie. Najlepiej na konkretnych, bieżących przykładach. Oto Paweł Piskorski wchodzi do gry, szukając najpierw kamienic, które można byłoby sprzedać i za uzyskane pieniądze robić politykę, a następnie zbiera niezadowolonych po różnych partiach i na koniec dopiero zastanawia się, co odpowiadać na pytania o program, które zresztą nie padają zbyt często. Zemsta i powrót do establiszmentu to cele, a zajmujący kilkanaście wartościowych budynków skansen SD to metoda. Powrót marzy się także innym nie tylko „prawdziwym politykom”, ale i „prawdziwym Polakom” z LPR. Cel: jak wyżej. Metoda: lista płac TVP, ewentualnie pieniądze zwariowanego milionera z Irlandii. Rozstawać się z życiem europarlamentarzysty nie chce Dariusz Rosati, nie chce też być gorszy od innych, więc wymyślił swój patent. I dzięki niemu spogląda na nas z licznych bilboardów, reklamując – o ile dobrze pamiętam, napisano niemal petitem – akademię prawną, za pieniądze Parlamentu Europejskiego.
Janusz Palikot zawdzięczający swoje powodzenie wyborcze nagłej i kolektywnej ofiarności studentów i emerytów, w równym stopniu mających kłopoty z pamięcią (które jednakże nie przeszkodziły znaleźć im zatrudnienia w lubelskim magistracie), zasłynął już wielokrotnie z niekonwencjonalnych sposobów zwrócenia uwagi na siebie. Udało mu się także przy okazji finansowania swojej kampanii wyborczej, choć akurat ten numer nie miał być przeznaczony dla szerokiej publiczności. Nie ma co pytać też Palikota o prawdziwy cel promocji książki Tuska wydanej w trakcie kampanii wyborczej, na którą wydał 600 tys. złotych, bo tu każdy z nas sam może sobie policzyć, że gdyby chodziło o promocję książki, a nie o wsparcie finansowe dla Tuska, wydrukowano by co najmniej 65 tys. egzemplarzy tego dzieła (żeby sprzedaż pokryła chociaż koszty promocji), a nie tylko 13 tys. Mowa, przypomnę, o najbogatszej partii w Polsce i najbogatszym pośle. Jeśli nawet oni kręcą lody, to czym właściwie jest polska demokracja? Jak konkurować z wyżej wymienionymi i w czym? W skoku na kasę?
Więc niech nikt nie pyta mnie, kiedy „Krytyka Polityczna” stworzy lewicową partię, bo dziś wejście w politykę jest równoznaczne w Polsce z wejściem na drogę przekrętu albo zachowań nieetycznych. Szczęśliwie, akurat my nie musimy przebierać nogami, bo w przeciwieństwie do przytłaczającej większości „poważnych polityków”, prowadzimy i coraz szybciej rozwijamy konkretną działalność, która służy społeczeństwu poprzez edukację i debatę publiczną, aktywizowanie młodzieży, budowanie instytucji, produkowanie wiedzy i docieranie z nią do jak najdalszych zakątków Polski. Mamy to zamienić w „poważną politykę”, czyli dostosować się poziomem do standardów plucia i lewego finansowania kampanii, żeby nas kilku dziennikarzy doceniło za „skuteczność” i żebyśmy czasem „nie przespali swojej szansy” albo „zbyt długo dobrze się nie zapowiadali”?
Obywatel, który chciałby zaangażować się politycznie, stoi dziś przed odstraszającym wyborem: nauczyć się cynizmu albo pozostać na marginesie. Co gorsza, wśród dziennikarzy znajdzie się wielu takich, którzy wprawdzie chętnie krytykują cynizm i miałkość polityków, ale nie przeszkadza im to uważać tych, którzy „się nie dopchali” za zwykłych frajerów, albo identyfikować to z brakiem talentu albo po prostu zapotrzebowania społecznego. Jakaż ekscytacja towarzyszy wszystkim sztuczkom „sprawnych graczy”, którym udało się wykiwać przeciwnika, przejąć lokalne struktury, przetransferować znanego posła, zaprosić jakiegoś celebrytę na listy. W ten sposób samu tworzy się ład, który się drugą ręką na co dzień krytykuje.
Wszystkim, którzy nas tak gorąco zachęcają, polecam zaangażowanie się raczej w reformę systemu politycznego, który zamiast partii produkuje prywatne armie zaciężne, zamiast debaty daje nam mordobicie, a zamiast programu sztuczki marketingowe. Zasada rzeczywistości podpowiada dziennikarzom, publicystom i politologom, żeby podążać świadomie lub nieświadomie za ewolucją życia politycznego. Każdy może być politykiem i każdy może być dziennikarzem, o ile zaakceptuje reguły tej gry i zapisze się do któregoś z oligopoli politycznych lub medialnych. Czy to tylko przypadek, że żaden nowy podmiot nie przedarł się do głównego nurtu od czasu wprowadzenia takiego modelu finansowania polityki? A skoro rozmawiamy o lewicy, czy Grzegorz Napieralski reprezentuje dziś „największą siłę na lewicy” z powodu licznych zdolności i zaciągu sprawnych i wykwalifikowanych polityków, czy dlatego, że odziedziczył majątek partyjny i ma wielomilionowe dotacje? Jakie szanse miałby w równej konkurencji? Dlaczego w Polsce to pozapartyjne środowisko wielkim wysiłkiem stara się stworzyć instytut badawczy, a nie robią tego polskie partie? Dlaczego w Polsce istnieją filie partyjnych niemieckich think-tanków, a nie istnieją nasze, choć na partie podatnik wydał już setki milionów złotych?
Symptomatyczna jest tocząca się od jakiegoś czasu debata w „Europie”, w której próbuje się podsumować przemiany w sferze publicznej ostatniej dekady. Krasowski i Michalski zdają sobie sprawę z miałkości gry, w której dziś uczestniczą, dezawuują przeszłe i obecne ideowe zaangażowanie (także swoje) tak na prawicy jak i na lewicy, aby zracjonalizować swój dzisiejszy sposób funkcjonowania. W ostatecznej instancji liczy się ten, komu udało się dopchać do koryta, kto ma „słuch społeczny” (czyli umie dostosowywać się do sondaże), reszta to co najwyżej sentymentalni frajerzy. Gdyby twórcom „Europy” naprawdę zależało na obecności idei w polityce, to zaangażowaliby się w zmianę reguł gry.
To znaczące jak szybko skończyła się ledwie rozpoczęta dyskusja o sposobie finansowania partii z budżetu państwa i reklamie politycznej. PO jako partia najzasobniejsza i mająca najłatwiejszy dostęp do pieniędzy (choćby dzięki setkom partyjnych urzędników i dygnitarzy odprowadzających obowiązkowy procent na konto partyjne) próbowała zawiesić finansowanie, wiedząc, że per saldo i tak skorzysta na tym. Opór PSL, które wiecznie balansuje na progu i SLD, które trwa na scenie politycznej właściwie wyłącznie dzięki dotacjom, bo przecież nie dzięki talentom liderów, sprawił, że zamierzony efekt udało się osiągnąć Platformie tylko w stosunku do głównego konkurenta, czyli PiS. Partie Pawlaka i Napieralskiego faktycznie zyskały, bo istotnie zmniejszyły dystans do dwóch największych, nie tracąc go wobec partii pozaparlamentarnych. System pozostał zamknięty na konkurencję z zewnątrz, a przecież przez to właśnie się demoralizuje, bo prowadzi do sztucznej reprodukcji klasy politycznej dzięki ogromnej ekonomicznej przewadze nad potencjalną konkurencją. To czyni fikcją polską demokrację. Jeśli wszyscy, którzy odpowiednio wcześniej się załapali na budżetowe dotacje mają zapewniony byt w polityce, nie muszą śrubować poziomu, wystarczy, że przeciwników będą ściągać w dół.
Również w sprawie zakazu reklamy politycznej, który mógłby podnieść poziom debaty publicznej, zdecydowano się jedynie na pozorowane zmiany. Zakaz taki wprowadzony we Francji przyniósł wzrost frekwencji wyborczej i naprawę jakości debaty publicznej. Tam, gdzie nie działa polityka a la „mordo ty moja”, tam na popularność pracować trzeba zgłaszając projekty ustawy. Tam, gdzie nie da się epatować obywateli sloganami i zdjęciami kandydatów, trzeba pojechać i spotkać się z nimi twarzą w twarz.
Nam chodzi o realną zmianę, a nie o dorwanie się do stanowisk (mieliśmy sto okazji postąpić inaczej i nie bez powodu odmówiliśmy). Polityka to każde wpływanie na kształt rzeczywistości. Na społeczną świadomość, na współrzędne politycznego sporu, na zachowania ludzi, na to, jak będzie się zmieniał świat. Jeśli może w tym pomóc tradycyjnie uprawiana polityka (nawet taka, jaka jest), to też zamierzamy na nią wpływać: wchodząc do gry albo oddziałując na jej aktorów. Jesteśmy jednak głęboko przekonani, że polska demokracja wymaga głębokiej naprawy i w istniejących warunkach nie wystarczy prosta kooptacja do obecnych „elit”. Bo istniejąca dzisiaj sytuacja demoralizuje. Jeśli ktoś nie chce skazać się na porażkę w konkurencji z istniejącymi podmiotami, zmuszony jest zgodzić się na mniejsze lub większe szachrajstwa.
Sekunduje temu większość opiniotwórczych mediów, wybrzydzając na praktykę polityczną, a jednocześnie kreując ją. Proponują nam dwa sprzeczne przekazy. Jeden to wyidealizowany obraz demokracji, w której wystarczy mieć dobry program i zapał by zdobyć społeczne uznanie. Drugi brzmi: polityka ma swoje prawa, a kto ich nie rozumie, ten kiep. Konia z rzędem jednak temu, kto pokaże partie, którym udało się spełnić naraz te dwa wymagania. Pytacie nas, czy chcemy usiąść do stolika z oszustami? Jeżeli nawet, to tylko po to, żeby go przewrócić.
Tekst ukazał się w „Dzienniku” z 20 kwietnia 2009.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 22.04.2009 )
|
|
Serwis filmowy: Era Nowe Horyzonty
SERWIS SZWEDZKI
| Aż 80% Szwedów jest członkiem przynajmniej jednej organizacji. Prawie jedna trzecia ludności kraju angażuje się w
działania wolontarystyczne.
|
Serwis Narkopolityka.pl
Przegląd prasy Jasia Kapeli [więcej]
|
|
|
No fajny ten artykuł, bo jest jakiś r...
Greckie pojęcie symbol oznacza akt z...
"Są gry komputerowe, które mogą&n...