|
Wczoraj wieczorem nadużyłam alkoholu w towarzystwie bliskim memu sercu. Spotkałam się z przyjaciółmi w „PKP powiśle”. Wieczór był ciepły, leniwy. Wiadomo, wakacje. Codzienne obowiązki rozprzęgły się, tonąc w nadmiarze wolnego czasu. To prawda, od dziesięciu lat nie jestem już studentką, ani ja, ani moi znajomi, jednak wakacje staramy się mieć długie, przynajmniej dwa miesiące, w końcu nam się to należy. Tak więc, siedzieliśmy senni przy wystawionym na chodnik stoliku, zamawiali kolejne piwa i liczyli mijające nas samochody. Tylko Witek kręcił się jakoś nerwowo, przestawiał szklanki.
- Co ci jest? - spytałam.
- No wiesz - odpowiedział - W Polityce był taki artykuł o nowym zjawisku socjologicznym. O pojawieniu się w Warszawie hipstersów…
- No i?
- No to są tacy, co chodzą w bluzach z kapturem - ciągnął, poprawiając kaptur - siedzą w „Pędzlach i Szczotkach”, „PKP powiśle” albo w „Planie B” i jak ich spytać, czym się zajmują, nie chcą odpowiadać, w żaden sposób nie chcą dać się zaszufladkować. - Rodzina go przeczytała, ten artykuł cały, to chyba jakiś pojeb napisał, ja kurwa, zwolniłbym dziennikarzynę - Witek zrobił się całkiem czerwony. - No i mówią mi, że jestem hipsterem, ja i moi znajomi, czyli wy. To bzdura jakaś, ciężki niewypał…- odetchnął - i choroba psychiczna jest, kupmy sobie piwo albo wino, coś na znieczulenie, bo się strasznie zdenerwowałem.
- Kupmy - zgodziła się Michalina.
- To się kiedyś nazywało warszawka - odezwał się ponuro M.
- Co, piwo?!
- Nie hipstersi.
- No ja, kurwa, żadną Warszawką nie jestem, z Poznania przyjechałem.
- Twoja babcia przyjechała z Poznania!
Zamówiliśmy piwo i wtedy sobie przypomniałam. Hipstersi, już słyszałam to określenie. To było siedem, nie, może osiem lat temu. W czasie przerwy semestralnej pojechałam odwiedzić Magdę do Nowego Jorku. Magda mieszkała tam już parę lat, znała miasto, lubiła je pokazywać znajomym i naprawdę fajnie było się tak z nią włóczyć po Brooklynie, Queens i Greenpoint. Kupiłyśmy wino (tanie) i papierosy (drogie jak skurwysyn) w sklepiku na rogu, a potem ruszyłyśmy przed siebie.
- Zobacz - mówiła Magda - Tu, pod mostem, sprzedają najtańsze i najlepsze w całym mieście tajskie jedzenie. - A tu, na rogu dzielnicy Chasydzkiej, stoją polskie kobiety i czekają, na to, że ktoś wynajmie je do pracy. Stoją też Ukrainki.
- O - pokazała ręką - a to jest właśnie hipster, oni się teraz masowo wyprowadzają z Manhattanu. Z Greenpoint robi się naprawdę modna dzielnica.
- Kto? Hip-co? - zapytałam. Tuż przed nami szedł wysoki, straszliwie chudy chłopak, w obcisłych, gumkowanych dżinsach, flanelowej koszuli w kratę i ogromnych czarnych okularach.
- Hipster, no, cool-człowiek - odpowiedziała Magda.
- Wygląda strasznie - zaprotestowałam. - Jakby go wyjęli prosto z lat osiemdziesiątych.
- Oni się tak ubierają.
- To przecież ryfa - powiedziałam, bo w tamtym czasie moda na lata osiemdziesiąte nie dotarła jeszcze do Warszawy. Nie dotarła też na Midwest, na którym mieszkałam, tam zresztą nie dotarła nigdy, bo na Midwest żadne mody nigdy nie przybywają. - Ryfa, jakby się tak pokazał w Warszawie, to uznaliby go za idiotę.
- Widocznie to, co jest głupie w Warszawie, jest cool na Manhattanie - przyznała filozoficznie Magda.
- No, ale co to dokładnie znaczy Hipster? - pytałam.
- O Jezu, no hipster, taki młody, w miarę przynajmniej, przed czterdziestką. Ubiera się na używkach, kupuje dom na Greenpoincie albo w Brooklynie i siedzi w knajpie.
- A czym oni się zajmują? - Nie dawałam za wygraną.
- Niczym… Zazwyczaj mają bogatych rodziców. To znaczy nie, przepraszam, zajmują się SZTUKĄ.
- Jak to „sztuką” - drążyłam.
- Jak ich spytasz, co robią, to powiedzą ci, że PROJEKT. Film kręcą albo fotografie artystyczne pstrykają. Byłam zafascynowana. Następny dzień spędziłyśmy z Magdą siedząc na murku, machając nogami i oglądając przechodniów.
- Hipster? - pytałam.
- Nie, głupia, to jakiś freak.
- A to?
- To tak. Możemy już iść?
- Nie, poczekaj, jeszcze chwileczkę. A ta?
- Ta też…
To wszystko zdarzyło się bardzo, bardzo dawno temu, w czasach, kiedy do Warszawy nie doszła jeszcze moda na duże okulary i bluzki z szerokimi rękawami. Czasy się zmieniły. Siedziałam przy stoliku ubrana w obcisłe, kończące się tuż nad łydką spodnie i szerokie, zamszowe botki. Zerknęłam na Michalinię. Michalina pstryka amatorskie zdjęcia, pisze krótkie, treściwe teksty o wystawach malarskich i zamieszcza je co miesiąc w Przekroju, ma męża muzyka. Nie nosi bluz z kapturem, tylko kupowane na używkach białe koszule z żabotami, wąskie spódnice i srebrną biżuterię. Emil… Emil jest chyba specjalistą od projektów multimedialnych, ma bluzę, ma kaptur i kręci amatorskie filmy. Zdrętwiał mi język. O sobie wolałam nie myśleć.
Późno w nocy wracaliśmy z M. autobusem. Usiedliśmy z przodu. Koło nas stała dziewczyna z aparatem w dłoni. Nie znam się na sprzęcie fotograficznym, więc zapatrzyłam się na jej krótką, przycięta ukośnie grzywkę i właśnie myślałam z żalem, że ja nie mogłabym sobie w żaden sposób na taką fryzurę pozwolić, ze względu na ogrom nosa, oraz na inne dość przykre cechy mojej fizjonomii, kiedy M. zasyczał, odwrócił się gwałtownie i zasłonił mi całkowicie widok.
- O co ci chodzi?
- Ona chciała nam zrobić nam zdjęcie! To jest już naprawdę bezczelność. Zresztą, czy teraz wszyscy muszą zajmować się fotografią? Facebooka nie można otworzyć, żeby nie obejrzeć pięćdziesięciu nowych fotek.
- Ale co ci to przeszkadza?
- To jest jak w tej reklamie Pepsi - tłumaczył M. - „Bądź sobą, pij pepsi”, „Bądź artystą, pstrykaj zdjęcia”.
- Nie rozumiem - potrząsnęłam głową.
- No… - zastanawiał się przez chwilę. – Widzisz, kiedyś ludzie chcieli przynależeć. Byli dumni, jeżeli mogli stać się częścią większej grupy, na przykład takiego cechu szewskiego albo garncarskiego, dajmy na to. Teraz każdy chciałby być oryginalny, jedyny w swoim rodzaju. Więc jak być innym niż wszyscy? Ano, robić zdjęcia, najlepiej artystyczne i jeszcze jeździć na rowerze. Wszyscy jeżdżą na rowerach i pstrykają zdjęcia. Zdjęcia architektury z innego miasta, na których widać gzyms domu albo druty telegraficzne, zdjęcia bezdomnych, wysypisk śmieci, zdjęcia chmur i inne, szalenie wysublimowane, dobrze wykadrowane kalki. Chcą być artystami, a zamiast tego roztapiają się w tłumie.
- No… - Zastanawiałam się. - No to chyba nic się nie zmieniło? Też przynależą do czegoś w rodzaju cechu?
- Tia… Tyle tylko, że udają, że jest zupełnie inaczej. Szkoda, że nic tej lasce nie powiedziałem… Głupi babsztyl – dodał zgrzytając zębami.
- Daj spokój.
- A jak nam to zdjęcie zrobiła?
- No to będzie je miała - roześmiałam się - i opublikuje na Facebooku.
Wysiedliśmy. Po powrocie do domu otworzyłam komputer i obejrzałam zdjęcia z wakacji. Bardzo ładne, artystyczne wszystkie. Jestem hipsterem, pomyślałam, wrzucając je na Facebook, jestem warszawką.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...