Zosia mieszka w na jednej z wąskich, przedwojennych uliczek tuż przy placu Grzybowskim. Kamienica owinięta jest drucianą siatką, zapięta w metalową sukienkę, spod której wystają nieotynkowane cegły. Balkony chylą się niebezpiecznie nad głowami przechodniów, opadają zmęczone w dół kawałek po kawałku na prowizoryczny, drewniany daszek wyłożony folią. Folia wydyma się gwałtownie, trzepocze nerwowo, chciałaby pofrunąć, wyrwać się spod resztek tynku i kamieni, ale jest zbyt słaba, nie do końca zdecydowana, szeleści więc tylko niespokojnie i odgraża się w nieskończoność, podjudzana podmuchami wiatru. Wchodzę w ciemną bramę, której strzegą dwa kamienne krasnoludy. Olejna, zielona farba łuszczy im się z twarzy, patrzą na mnie zmęczone, pełne biernej agresji. Podwórko, ciemna studnia z kupą cegieł i zmurszałych desek w jednym rogu. Odrapane schody z windą-klatką po środku, taką jak na kiczowatych amerykańskich filmach, która jedzie w górę, wydając przytłumiony odgłos narastającej grozy. Zatrzymuję się z łoskotem na czwartym piętrze, z trudem rozsuwam ciężkie, metalowe drzwi, zamykają się za mną głośno i wibrujący trzask odbija się długo echem po pustej klatce schodowej. Naciskam szybko dzwonek. Czekam, aż Zosia otworzy, wpuści mnie do jasnego przedpokoju, w którym zawsze unosi się zapach gotowanych warzyw i suszonych grzybów, tak jakby Zosia nie zajmowała się w życiu niczym innym, jak tylko gotowaniem tradycyjnych polskich zup.
„Boże, jak ja nienawidzę tej twojej kamienicy,” mówię, ściągając buty, już bezpieczna w środku, owiana obłokiem nieistniejących rosołów i ćwikły buraczanej, zanurzona w ciepłym świetle lampy. „Jak ty możesz tu wytrzymać? Nie boisz się codziennie wracać do domu?”
„Kwestia przyzwyczajenia” - Zosia uśmiecha się trochę zmęczona. „Głodna jesteś?” - pyta niespokojnie.
„Nie, nie, jadłam już” - odpowiadam pośpiesznie, bo wiem, że nie znajdę w jej kuchni niczego oprócz starannie zapakowanych, upchanych na półkach zapachów pożywnych potraw. Zosia nigdy nie gotuje. Wieszam płaszcz i idę za nią do pokoju, siadam przy zarzuconym książkami wiklinowym stoliku, wyciągam przed siebie nogi.
„Zrobię ci herbaty”. Patrzę, jak wychodzi, szczupła, zgrabna, ubrana w wełniane spodnie w kratę i nieskazitelną białą koszulę. Wraca, niosąc w rękach parujące kubki, jeden malowany w jaskrawo-niebieskie fiołki, drugi biały, bez uszka. Pochyla się nad stołem, przesuwa książki i papiery, żeby zrobić miejsce. Pod koszulą, falują jej wielkie, miękkie piersi. Nie nosi stanika. Dwa prosiaki zamknięte w worku, wyzłośliwiam się mimo woli. Zazdroszczę… Na odkrytym dekolcie delikatne brązowe plamki, kilka siwych, niedofarbowanych włosów, dłonie trochę spierzchnięte, trochę zbyt blade, parę niewielkich defektów, poza tym jest idealna. Zosia ma już ponad pięćdziesiąt lat, wygląda znacznie młodziej, chociaż ostatnio posunęła się trochę, mniej wychodzi z domu, wsiąkła w swoje opracowania, zestawienia rejestrów muzealnych, albumy o sztuce. Nie chce jej się.
„Nie, nie zajęta jestem,” odpowiada, kiedy do niej dzwonię, żeby spróbować ją gdzieś wyciągnąć. „Nie, idź sama.”
Poznałam ją dziesięć lat temu na jednym z rodzinnych przyjęć. Przyszła z mężem, który jest naszym dalekim kuzynem. Szczupła, przystojna kobieta, ubrana w czarny sweter i kończącą się tuż przed kolanami prążkowaną spódnicę, odkrywającą zgrabne łydki i delikatne kostki u nóg. Zwróciłam uwagę na jej śliczne, regularne łuki brwiowe, ogromne oczy, idealnie wykrojone uszy, srebrne kolczyki z koralowym oczkiem. Podeszłam. Rozmawiałyśmy przez chwilę o dzieciach, jej dzieciach, że kończą już szkoły, dobrze się uczą, o małżeństwie, że jest zadowolona, tyle lat, w końcu wszystko się ułożyło, żadnych niepotrzebnych burz, trzaskania drzwiami… E nie, pomyślałam, wygląda jak krowa z tą swoją lekko rozmazaną twarzą i zbyt dużymi oczami, jak głupia, bezmyślna krowa i właśnie taką krową jest. Znudziłam się, przesiadłam szybko i zapomniałabym zupełnie o tej poukładanej, porządnej kobiecie, pędzącej idealne życie w swojej obcisłej spódnicy i eleganckich butach z drogiej skóry, gdyby nie to, że dwa miesiące później zadzwoniła do mnie nieoczekiwanie. Do tej pory nie mam pojęcia, dlaczego właściwie to zrobiła.
„Pamiętasz mnie?” - spytała.
„Tak… Tak, tak…” - odpowiedziałam niepewnie. „Oczywiście, że cię pamiętam.”
„Pomyślałam, że może mogłybyśmy się zobaczyć? Wiesz, odeszłam od męża…”
Znieruchomiałam ze słuchawką przyciśniętą do ucha.
Jeszcze tego samego dnia umówiłyśmy się na piwo w jednej z modnych, warszawskich knajp, w której średnia wieku bywalców nie rośnie powyżej trzydziestu lat. Zosia weszła zupełnie niezmieniona, w eleganckim popielatym płaszczu, skórzanych rękawiczkach, z mocnym, ale nie przesadzonym, starannie wykonanym makijażem. Rozejrzała się po sali. Obserwowałam ją ciekawie. Nie przestraszyła się młodszych lasek w obcisłych dżinsach ani przystojnych chłopców w bawełnianych T-shirtach. Zaimponowało mi to. Podeszła prosto do stolika.
Usiadła, na ściśnięte kolana odłożyła torebkę, zamówiła kawę, a potem bez zbędnych wstępów, bez wikłania się w niepotrzebne dygresje, powiedziała po prostu:
„Rozstałam się z mężem, dłużej nie mogłam znieść tej relacji”.
„Ale dlaczego?” Spytałam, a potem dodałam od razu, bo następne pytanie narzuciło mi się w oczywisty sposób: „Zdradzał cię?”
Spojrzała na mnie zdumiona swoimi zbyt dużymi, nieobecnymi oczami. „Nie, oczywiście, że nie. Po prostu byłam nieszczęśliwa… Tego się chyba nie da wytłumaczyć…”
„Nie martw się”, próbowałam się zrehabilitować. „Na pewno kogoś sobie znajdziesz…”
Co mogłam powiedzieć, przecież taka kobieta po czterdziestce, doprowadzona do rozpaczy przez niewątpliwie złego męża, kobieta zdesperowana i starzejąca się powoli, musiała czuć strach przed samotnością? Jakie to musiało być potworne, zostać zupełnie samej w tym wieku, żyć w poczuciu, że nikt się już w niej nie zakocha, nie zamieszka z nią, nie wesprze? Co on jej zrobił, ten człowiek, że od niego odeszła? Może znęcał się psychicznie?
„No tak, tak…” - powiedziała z tym swoim nieprzytomnym wyrazem twarzy, jakby nie docierało do niej zupełnie, co właściwie usłyszała. Wypiła łyk kawy i biała mleczna piana osiadła jej na górnej wardze, zadrżała leciutko, kiedy uśmiechnęła się do mnie. „Ale wiesz, to bardzo dziwne, ja tego chyba zupełnie nie potrzebuje, może jak kogoś spotkam, sama nie wiem…”
Kłamie, oceniłam ją natychmiast. Kłamie, bo boi się stawić czoła rzeczywistości i temu, co ją czeka w przyszłości… Może zresztą wszystko jakoś się ułoży, może kogoś sobie znajdzie, w końcu jest taka ładna… Nadal ładna…
„Herbata stygnie,” Zosia podaje mi kubek bez uszka. „Wypij, kompletnie przemarzłaś, trzęsiesz się cała.”
„A co u Roberta?” - pytam.
„Jest. Nadal istnieje.” Układa książki w rogu stolika w równiutki, schludny stos.
„Znaczy, jesteście dalej razem?”
„W pewnym sensie…” Stos uległ gwałtownej deformacji. „W pewnym sensie…”
„Nie spróbujecie zamieszkać razem?”
„Z nim?” Zosia śmieje się krótko i ostro. Wiem, że to ostrzeżenie dla mnie, że powinnam się zatrzymać w tym miejscu, nie dociskać dalej. To taka gra między nami, ja nie wierzę, ona nie stara się przekonywać, więc od dziesięciu lat próbuję znaleźć rysę w tej jej szczęśliwej, samotnej egzystencji. Kiedy pojawił się Robert, miałam nadzieje, że wygrałam w końcu, że Zosia zrozumie jak bardzo była nieszczęśliwa, przywiąże się do kogoś, zawiśnie na drugiej osobie. Tymczasem Robert trzymany jest konsekwentnie na dystans, nawet nie może u niej nocować, chociaż spotykają się już od czterech lat.
„Po co?” - pyta zirytowana.
„Żeby nie być samą…”
„Człowiek jest zawsze sam, zawsze” - dodaje z mocą. „Nikt nigdy nie zapełni mu pustki, żaden trwały związek, żadna relacja. Są spotkania z innymi ludźmi, często ważne, często bliskie i długie, ale to tylko spotkania, nic więcej.”
Powiedziała to. Uśmiecham się. Chciałam, żeby mi to powiedziała, żeby powtórzyła mi to jeszcze raz. A ona wie dobrze, że to właśnie chciałam usłyszeć, że na to czekałam.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...