Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Prawie jak Kołakowski |
|
|
Jaś Kapela
|
|
07.08.2010 |
|
Zawsze wydawało mi się, że jestem w stanie wypowiedzieć się na dowolny temat. Co zresztą już zauważyli moi czytelnicy. Nie bez pewnej złośliwości. Kiedyś nawet o tym jakiś wiersz napisałem. To znaczy nie o złośliwości moich czytelników, choć o tym pewnie też, tylko o wypowiadaniu się na dowolny temat. A może to był wiersz o czymś innym? Teraz już nie pamiętam. A nie chcę mi się sprawdzać. Ale z pewnością mógłbym taki wiersz napisać. Nawet jeśli tego nie zrobiłem. Problem jednak rodzi się w momencie, gdy nie ma się nic do powiedzenia. Nic do napisania. Są takie momenty. Być może przede wszystkim one. W tym jednym jest mi blisko do Czesława Miłosz. I kilku innych też. Ale to Miłosz pisał: „Skąd bierze się moja pokora? A stąd, że zasiadam do stawiania znaczków na papierze w nadziei, że coś wyrażę, umiem na tym spędzać całe dnie, ale kiedy postawię kropkę, widzę, że nie wyraziłem nic.” Ale inni też pisali inne rzeczy w tym samym guście. Więc ja chyba też mogę. Jednocześnie jest przecież tak, że nie da się nic nie powiedzieć. Wręcz przeciwnie. Wystarczy powiedzieć: „ser”, a już nasz mózg generuje miliony skojarzeń. Przecież wiadomo, że dużo jest gatunków sera. Ser serowi nie równy. Coś jest serem albo nim nie jest. Co więcej: wokół sera istnieje cały wszechświata. Na przykład mój kolega uważa, że świat nie miałby sensu, gdyby nie było sera. Podobnie zresztą chyba uważa o piwie. Dlatego, między innym, został serowarem. I piwowarem. W ten ładny sposób od sera dochodzimy do piwa. Wszystko układa się w zgrabną narrację. Wszystko zawsze mi się układa w zgrabną narrację. Która oczywiście nie zawsze jest zgrabna. Ale przeważnie się taka wydaje. Przynajmniej mi. Ale myślę, że nie tylko. Swojej teksty przeważnie buduję na rozmaitego rodzaju związkach i relacjach. Więc czytelnik rzadko może być zaskoczony tym, co będzie dalej. Bo zazwyczaj wynika, to z tego, co było wcześniej. Nawet jeśli to wynikanie nie zawsze jest oczywiste. W ten sposób opowiadam historię. Które oczywiście nie zawsze są historiami o postaciach, czasami są historiami o faktach albo ich interpretacjach. Albo jeszcze czymś innym. Ale generalnie są to historie. I gdyby jakiś specjalista od narratologii, zajął się rozbiorem moim tekstów, mógłby z łatwością opisać ich budowę. Zarówno strukturalną, jak i stylistyczną. Nikogo takiego nie ma, na szczęście. Ale to grubsza sprawa i nie dotyczy tylko mnie. Ogólnie raczej jest tak, że opowiadamy sobie historie. I te historie też nie zawsze są o postaciach, czasem są o ideach. Ale generalnie są przewidywalne. Gdy ktoś powie „wolny rynek to podstawa”, to mogę spodziewać się, co będzie dalej, co raczej sprawia, że nie za bardzo chcę mi się otwierać usta. Oczywiście czasem można też przeprowadzać tego rodzaju rytualne dyskusje. Często trzeba to robić. Ludzie do mnie dzwonią, a ja mówię: „Krytyka, słucham”, jeśli jestem w pracy. Albo „halo”, jeśli dzwonią na komórkę. A przecież mógłbym powiedzieć: „mózg to kiczowata kokarda” albo „drzewiej mądrość, zawżdy humanoid” i może nawet więcej by w tym było smaku. Ale tak nie mówię. Andrzej Szpindler pewnie też tak nie mówi. Choć, kto go tam wie. W każdym razie napisał książkę, w której tak pisze. Tak, czyli jak? Na przykład tak: „Nie wynik oceny, a sama ocena, jej wartość. Jest to zajęcie miejsca i tego miejsca odlot na skrzydłach nietoperza.” Albo: „Czasami odnoszę wrażenie, że moja wędrówka jest tylko pretekstem. Ogień łapie się przy kończynach. Pragnąłem zapytać: - Co wy widzicie w swoich wierzchołkach, płomienie? - To w ogniu, nie w słońcu opala się jajo bazyliszkowe, które odpowiada pytaniom widzenia.” Pisze też inne rzeczy, które nie poddają się temu, co zwykliśmy nazywać rozumieniem. Nie poddają się przynajmniej na dłuższą metę. Na krótszą można mieć wrażenie pewnego sensu. Niektóre zdania zdają się nas do czegoś prowadzić. Budują jakiś obraz, który kojarzy nam się ze skądinąd znaną przestrzenią. Już chcemy wejść w historię, gdy okazuje się, że prowadzi nas ona donikąd. Pozory sensu rozpływają się w surrealistycznej strukturze, którą rządzi nie wiadomo jakie prawo. Być może żadne. Chciałbym wierzyć, że żadne. Choć pewnie tak nie jest. Grunt, że jest to tak odległe prawo, od tych, które znam, że to, co się wydarzy jest zawsze dla mnie zaskoczeniem. Choć jednocześnie jest to książka, w której nic się nie dzieje. A przynajmniej nic takiego, co można by łatwo opisać. Gdy ktoś mnie pyta, o czym jest książką Andrzeja Szpindlera Oko chce bardziej, niż chce tego wątroba!, mówię, że o wiewiórkach i trójkątach. Choć raczej nikt mnie tak nie pyta, bo nie są w stanie zapamiętać tytułu. Ale gdyby ktoś mnie tak spytał, to bym tak powiedział. Choć jest też o nietoperzach i mydle. I wielu innych rzeczach. Właściwie jest to poniekąd mały traktat filozoficzny, którego nie powstydziłby się Leszek Kołakowski. To znaczy nie powinien by się był wstydzić. Bo, znając go, byłby zawstydzony ogromnie i nikomu by go nie pokazywał, gdyby takie dzieło spłodził. Całkiem niewykluczone, że jest to ukrywane przez Kołakowskiego dzieło, które Szpindler mu wykradł i opublikował pod własnym nazwiskiem. Ale nawet jeśli nie, to jest to, co najmniej, równie frapująca lektura jak Główne nurty marksizmu. Choć na szczęście krótsza. I napisana z większym poczuciem humoru. W ogóle zresztą znacznie ciekawsza.
Felietony Jasia Kapeli publikujemy w czwartki i w soboty.
Na podobny temat
|
|
|
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...