|
Bronisław Wildstein postanowił wystąpić przeciwko niecnemu procederowi zabijania ludzi, aby pobrać od nich organy. Proceder ten odbywa się na naszych oczach. Jego narzędziem jest kategoria „śmierci mózgowej”. Okazuje się, że śmierć mózgową orzeka się nie dlatego, że nastąpiła, ale dlatego, żeby można było od tak zdiagnozowanego (na śmierć) pacjenta pobrać organy.
Co prawda nauka nie zna przykładów przeżycia śmierć mózgowej. Nie może ich znać z jednej prostej przyczyny. Prawnicza definicja śmierci mózgowej, która tak irytuje Wildsteina, bo powinna być przecież metafizyczna, zakłada nieodwracalność. Jeśli jest cień szansy, że mózg jeszcze żyje, to śmierci mózgowej się nie orzeka. Co więcej, nawet gdy się śmierć mózgu orzeknie, to po trzech godzinach powtarza się po raz drugi wszystkie badania. Aby ostatecznie wykluczyć pomyłkę. Tymczasem przywrócenie funkcji mózgu nie jest możliwe, gdy ustaną one na dłużej niż dziesięć minut. To oczywiście niektórym nie przeszkadza tropić spisek. W końcu przeszczepów za darmo się nie robi. Ktoś na tym zarabia pieniądze. I to duże pieniądze. Pewnie nie tak duże, jak niektórzy redaktorzy na tropieniu spisków. Ale wciąż. Dominikanin Jacek Norkowski w swojej książce Medycyna na krawędzi ponoć „przytacza ileś przykładów ludzi, których mózgi uznano za martwe, ale dzięki uporowi rodziny lub opiekunów nie przerwano terapii, a oni nie tylko wracali do świadomego życia, ale okazywali się osobami pod każdym względem sprawnymi”. Ja też znam przykłady takich ludzi. Nazywamy ich zombie. To jedyni ludzie, jacy potrafią funkcjonować z martwym mózgiem. Ojciec Norkowski jest nie tylko obrońcą życia po śmierć, ale również wielkim orędownikiem homeopatii. Być może działa tu ta sama logika. Skoro tabletki z cukru mogą leczyć, to śmierć mózgu pewnie też nie może nikomu zaszkodzić.
Trudno powiedzieć za jak bardzo martwe uznano mózgi ludzi opisywanych przez Norkowskiego. Z pewnością nie mogły być bardzo martwe. Śmierć mózgu nieuchronnie powoduje obumarcie innych organów. Ale skoro zombie potrafią żyć z martwymi licznymi organami, to może przykłady Norkowskiego też. Również niezbyt realistycznie wygląda cała koncepcja rodzin, czy opiekunów walczących przeciwko orzeczeniu śmierci mózgowej. W końcu orzekają ją lekarze na podstawie badań, a nie widzimisię pacjentów. Być może chodzi o śpiączkę? Książki Norkowskiego nie mam, ale w internecie można znaleźć jego tekst na ten temat z numeru „Teologii Politycznej”. Tutaj nie ma żadnych przykładów. Za to argumentem przeciwko definicji śmierci mózgowej ma być np. to, że w Japonii prawo daje ludziom wybór, czy zgadzają się na definicję śmierci mózgowej, czy nie. Podobno około 30% Japończyków nie uznaje śmierci mózgowej za ostateczną śmierć człowieka. Cóż. W Polsce 32% badanych wierzy w reinkarnację. Dlaczego ojciec Norkowski nie zacznie walczyć o ich prawa do życia po śmierci?
W Polsce, co prawda, nie potrzeba zgody rodziny, żeby orzec śmierć, nie potrzeba jej też do pobrania organów. Ale praktyka jest taka, że sprzeciw rodziny często skutecznie uniemożliwia dokonanie transplantacji. Tutaj trzeba przyznać Wildsteinowi rację. Niektóre media domagają się zwiększenia „pobrań” organów. Trudno im się dziwić. Od czasu tropiącego spiski Ziobry i aresztowania – niewinnego jak się później okazało – doktora G. polska transplantologia zaliczyła poważny dół. A nigdy nie było z nią bardzo dobrze, jeśli chodzi o ilość organów do pobrania. Niestety są też inne media. Media, które, zamiast starać się pomóc tym, którym można pomóc, wolą węszyć spisek i spierać się o definicje. Bo przecież nie wiemy do końca, czym jest śmierć. A skoro Polska definicja śmierci mózgowej jest inna niż niemiecka, to czy nie oznacza, to, że nasi lekarze są mordercami? W związku z takim wątpliwościami trudno nie życzyć redaktorowi Wildsteinowi, żeby popracował przez jakiś czas w szpitalu. Poorzekał śmierć. A potem pospotykał się z ludźmi, których bliscy umarli, bo rodzina zmarłego nie zgodziła się na przeszczep. Bo przecież nie wiemy, czym jest śmierć. Warto więc poczekać, aż pacjent zacznie gnić. Wtedy bezpiecznie będziemy mogli wypisać go z OIOMu. Na koniec chciałbym Wildsteinowi, jako dobremu katolikowi, przypomnieć, że„Kościół katolicki już w 1975 r. wyraźnie odciął się od prawa wskazywania momentu śmierci pozostawiając to prawo i obowiązek jednocześnie medycynie i biologii”. Więc redaktor chyba powinien się wyspowiadać ze swoich wątpliwości.
Na podobny temat
|
Nie zgadzam się z tobą :) Moja droga...
Polecam uwadze: o chorobach z autoagr...